Przeczytane 2020.1

Urlopowe czytadełka

Trzy koperty i Ostatnie instrukcje Nir Hezroni

Taki trochę inny kryminał.

Książka o zbuntowanym agencie Mosadu, który wszystkie swoje (niemałe) umiejętności postanawia użyć w walce ze swoim byłym pracodawcą. Prawdopodobnie część z opisywanej w tej książce rzeczywistości istnieje (jej autorem jest były agent Mosadu), ale jest też w niej i spora domieszka s-fi (możliwość programowania ludzi jako robotów). Chyba aż tak wszechwładny świat służb nie jest. W tle likwidowanie przez Mosad ludzi uznanych za wrogów Izraela. To że służby Izraela to robią, wiadomo nie od dziś. Kto wie, może to rzeczywiście tak wygląda?

Jedno zastrzeżenie: Trzy koperty nie są według mnie odrębna pozycją, książka kończy się w nagle, w samym środku pewnej akcji i o tym, jak się wszystko skończyło można się dowiedzieć dopiero z Ostatnich instrukcji.

Przed końcem zimy Bernard Mac Laverty

Starcze romansidło.

Stare irlandzkie małżeństwo wyjeżdża na kilka dni do Amsterdamu. On udaje, że nie jest alkoholikiem, a że robi to od wielu lat gra tę rolę w sposób do bólu standardowy. Ona się miota, grając swoją rolę w kostiumie cierpiętniczej wiary, przez co za grosz nie budzi sympatii.

Książka przy której można zanudzić się na śmierć.

Alice in Brexitland Lucien Young

Pomysłowe. Niby śmieszne, ale patrząc na to co za oknem złowrogie.

Pisane w telefonie cz. III

Nagroda, czyli południowe rubieże Goa

Zaczęło się jak zawsze, czyli od kolejnej „przygody”. Wylądowaliśmy na Goa późno wieczorem i zanim dojechaliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, była już 23.00. Taksówka odjechała, strażnik wpuścił nas na teren posesji i wtedy ze zdziwieniem odkryliśmy, że nikt na nas nie czeka. Dopiero po jakimś czasie synkowi udało dodzwonić się do osoby, która udostępniła ofertę na booking.com. Okazało się, że mieszka w Delhi i jej rola sprowadza się do zdalnego zarządzania udostępnianymi przez różne osoby apartamentami. I akurat z właścicielem naszego apartamentu już jakiś czas temu straciła kontakt. Układałam się powoli do snu na trawniku, gdy przyjechała taksówka, która zawiozła nas w inne miejsce – możliwość zrobienia dymu na booking.com ma swoją moc.

Potem już było z górki. Tym bardziej, że już następnego dnia odkryłam, że znalazłam się w najpiękniejszym (z tych do których dotychczas dotarłam), zakątku turystycznym. Żadne plaże w Danang, na Bali, czy Phuket nie dorastają pd Goa do pięt. Przy czym nie chodzi o wyjątkowe piękno krajobrazów (intensywność zieleni Azji pd-wsch czy urok piaszczysto-skalistych, wulkanicznych zatoczek Indonezji jest nie do przelicytowania), tylko o tzw. całokształt.

Urzekło mnie to, że południowe rubieże Goa są jeszcze dzikie: nie doleciała tu jeszcze szarańcza biur podróży, wzdłuż plaż nie ma resortów turystycznych, a infrastruktury turystycznej jest tylko tyle, by indywidualni turyści dali sobie radę i czuli się bezpiecznie. Na pustych plażach, stoją rozstawione dla nich leżaki (za darmo!), są ratownicy, co jakiś czas knajpka, z przenośną toaletą i prysznicem.

Jak się minie takie malutkie centrum usług, można potem kilometrami iść pustą plażą. Przypomniały mi się klimaty młodości, „tamte” Dębki …

Nie ma też tutaj indyjskiego zgiełku: tłumów na ulicach, tuktuków, uliczek pełnych sklepów, których właściciele usiłują na ulicy zapolować na klientów.

Coś za coś. Kiepsko działa też sieć: trzeba się nieźle nagimnastykować by znaleźć miejsce gdzie będzie działać przeglądarka. Nawet jak jest wifi, to działa podobnie jak sieć, nie ma szans by odpalić wieczorem jakiś film. Przez kilka dni nie odczuwałam potrzeby dodatkowych rozrywek, wystarczały mi Kindle i druty.

Ale chciałabym tu jeszcze wrócić, tak na dłużej, wtedy przydałoby się coś jeszcze, np. joga. Tyle że może być i tak, że tam gdzie jest więcej atrakcji, joga itp, nie jest już tak dziko.

.Ale kto tam wie, co będzie za rok.

Tym bardziej, że wyjeżdżając z Goa przeżyliśmy kolejną „przygodę”. Na lotnisku mnie z Joluśką przepuścili, a synka zatrzymali, nawet nie udało mi się z nim pożegnać. Okazało się, że jego samolot jest odwołany, a zgodnie z tutejszymi zasadami w takiej sytuacji nie ma się prawa wstępu do hali. odlotów.

Na lotnisku nie działał bankomat, punkt wymiany był tylko na hali odlotów międzynarodowych, gdzie nie miałam prawa wstępu. A to był dopiero wstęp do dalszych przygód. Kolejny raz przekonałyśmy się na własnej skórze, że Indie nie są przyjaznym krajem dla turystów.

Pisane w telefonie cz. II

Nie taki był plan

Indie to jednak nie jest kraj dla backpackersów 60+. Może bym nawet i do takiego wniosku nie doszła, tylko uznała, że wyjątkowo wysoką cenę trzeba zapłacić za zobaczenie arcyciekawych miejsc, gdyby nie to, że się przeziębiłam. Może to przywiozłam, może dostałam od synka (jest i taka koncepcja, że wszystko przez to, że w ashramie, nie chcąc łamać reguł, postanowiłyśmy powstrzymać się od codziennego łyku „dla zdrowotności”), ale żebym aż tak na ostro przechodziła przeziębienie, nie pamiętam.

Jako że powalona chorobą z trudem rejestrowałam co się dzieje, nie miałam wyjścia i musiałam skorzystać z ubezpieczenia. I tu miło zaskoczyło mnie to, jak sprawnie to działa. Zadzwoniłam na infolinię w Polsce głuchą nocą, moje zlecenie zostało od razu przyjęte do realizacji i trzy godziny później miałam adres lecznicy i to tak jak prosiłam, blisko hotelu. Tam też zostałam błyskawicznie obsłużona. Nawet nie musiałam iść do apteki, bo w ramach pakietu były i leki. Zero problemu.

Generalnie chorowanie w podróży jest trudne, ale w Indiach to koszmar. Chorobę powinno się wyleżeć, ale raz, że jako 60+ raczej drugiej szansy by zobaczyć nie będzie, dwa głupio skazywać Joluśkę na samotne chodzenie po mieście (nie dlatego, że jest to niebezpiecznie, ale we dwójkę łatwiej opędzać się od namolnych sprzedawców i tuktuciarzy). Nie dość na tym: jedzenie czy toaleta jest w zasadzie możliwe jedynie w hostelach. Utrzymywanie takiego reżymu jak się jest zdrowym jest trudne. Co dopiero, gdy jest się chorym. Oddychanie powietrzem, na które składa się smog, smród i kurz też nie pomaga.

Ale jakoś dałyśmy mimo mojej choroby radę. Chociaż jak sobie przypomnę jedną noc w autobusie i dwie w pociągach… 9 – letni Leon przytomnie zapytał, skoro tak wygląda I klasa, to jak III?

Co należy zabrać ze sobą jadąc do Indii (czwarty raz w Azji, pierwszy raz taki problem)

  1. Przedłużacz – w pokoju będzie czynne jedno z dowolnej ilości gniazdek i prawie zawsze będzie to gniazdko najbardziej oddalone od łóżka.
  2. Turystyczną lampkę nocną – oświetlenie pokoju to jeden, walący po. oczach neon, w dodatku umieszczony nad drzwiami, nie nad łóżkiem
    No i wierzyć prognozom yr. no, nie Googla, jak tylko zajdzie słońce, jest naprawdę zimno.

Jaipur

Miasto z duszą. Nie dziwię się, że to w tym mieście nakręcono Hotel Marigold. Główne zabytki miasta, to Pałac wiatrów, który od strony ulicy prezentuje się jak pełen ażurowych okien kilkupiętrowy mur, przez który damy mogły obserwować życie ulicy.

Pałac królewski

i Obserwatorium astronomiczne z największym zegarem słonecznym na świecie. Astronomia zawsze budziła mój podziw, ale że oni na takim sprzęcie podawali czas z dokładnością co do 2 sekund, budzi więcej niż podziw.

Jaisalmer

1000-letni fort. w którym dalej tętni życie.

Pełen budowlanych perełeczek.

Co fajne, współczesne domy budują w stylu starych, tak że idealnie wtapiają się w krajobraz.

Jodhpur

Tu do zobaczenia jest w zasadzie jeden fort. Ale jaki!

Ranskpur

Po drodze do kolejnego miasta (tym razem już wynajętym autem z kierowcą), zwiedziliśmy wolno-stojącą świątynię. Świetnie zachowana (nie taka stara, 550 lat) ogromna, kamienna, o bardzo strojnym wnętrzu.

Udapiur

I jak już pogodziłam się z tym wszechobecnym brudem i syfem, znalazłam się w indyjskiej Wenecji. Dziwne miasto. Ulice bez śmieci, czyste tuktuki, często z wypolerowaną karoserią, kawiarnie że stoliczkami. Takich Indii jeszcze nie widziałam.

A tak na marginesie, idą naszym śladem.

Pisane w telefonie cz. I

Zaczynamy

Zaczęło się od tego, że Tomek utknął w Dhace i do ostatniej chwili nie był pewien czy uda mu się przed nami dolecieć do Delhi. Potem na Okęciu zakwestionowali moją wizę, miałam ją wystawioną na Kalinę, gdy w paszporcie mam Kalina Anna. Trochę to trwało zanim jakaś bardzo ważna pani zadecydowała, by mnie jednak przepuścić. Ale co mi krwi napsuła, to moje. W samolocie, zamiast spać, cały czas zastanawiałam się, co zrobię jak mnie nie wpuszczą i odetchnęłam dopiero gdy dostałam stempelek. Chwilę potem pojawił się kolejny problem: Tomka wśród witających nie było. W dodatku, szukając synka wyszłam z hali przylotów, a powrotu do niej nie było: całe Delhi to jedna wielka bramka pirotechniczna, którą można przechodzić tylko w jedną stronę. Na szczęście pomógł mi jakiś Hindus, któremu przypominałam mamę, zadzwoniłam do synka i moment później jechaliśmy w trójkę taksówką do hotelu.

Delhi

Pierwsza refleksja po kilku dniach w Indiach jest taka, że wysłałabym tu wszystkich proliferów. Niech na miejscu sami siebie zapytają, czy aby na pewno nie jest nas za dużo. Nie wierzę, by ktoś nad tą ciżbą ludzi panował. Przy tym ogromie nędzy, brudu i chaosu, rozczulają psy, które gdy mają pana, mają i swój kubraczek.

Pochodziłyśmy po mieście, zwiedziłyśmy kilka świątyń i kilka najważniejszych zabytków. Między innymi:

Czerwony fort. Imponujący kompleks budowli, wprawdzie z punktu widzenia obowiązującej obecnie wersji historii, zbudowany przez najeźdźców (Mogołów), ale wobec braku innej, nadającej się do krzesania dumy narodowej budowli, nikt się za bardzo nad tym nie rozwodzi.

Grobowiec Humajuna. Rozrzucone na sporej przestrzeni grobowce zrobiły na mnie dużo większe wrażenie niż Taj Mahal. Czuć historię. Budowle wyglądają na swój wiek, na murach. ostały się tylko resztki mozaiki.

W środku mieszkają gołębie, ale ktoś to regularnie sprząta, bo. pampersów nie mają, a wszystko lśni.

Nieopodal głównego grobowca jest też grobowiec jego ulubionego golibrody.

Dom, w którym zabito Gandhiego. Na zdjęciu ścieżka, na której postawił swoje ostatnie kroki.

W muzeum Gandhiego przeurocze były tablice medialne z zeszłego wieku.

Z jednej strony są koszmarnie brzydkie. Z drugiej, mają urok, jaki potrafią mieć tylko starocie. Tutaj wizyta Mahatmy na angielskim dworze

Agra

Taj Mahal to wprawdzie niespotykanej urody diament, ale na wysypisku śmieci. W dodatku tak zadbany, doczyszczony, nabłyszczony, że większych emocji nie budzi. Taki codziennie sprzątany, przepiękny domek dla lalek.

Ashram

Wylądowałyśmy w cudownym, bo wolnościowym, ashramie. Zajęć jest w nim huk, ale są nieobowiązkowe i każdy robi to, na co ma ochotę. Niestety, ćwiczenie jogi pokazały że coś się przez ostatnie lata stało. Myślałam, że skoro dużo chodzę i mam ogród, jestem w jako takiej formie. Tymczasem zwykła świeca jest poza moim zasięgiem (prawidłowy siad turecki też). Obiecałam sobie, że po powrocie „coś” z tym zrobię.

Sam ashram leży w pięknym miejscu, nad Gangesem, u podnóży Himalajów.

Ale brudno i brzydko jest tutaj tak jak wszędzie.