Tydzień bez chemii

W poniedziałek rano, wsiadłam po tomografie w autko i pojechałam do mojego ulubionego kina. Jak ja lubię ten moment, kiedy z biletem wchodzę na salę …

Film, który chciałam zobaczyć wybitny nie był, ale – po przeczytaniu autobiografii Polańskiego i Horowitza – stanowił coś w rodzaju „kropki nad i”.

Słowem dla koneserów.

We wtorek i środę zrobiłam sobie przerwę: dzięki Agacie Tuszyńskiej wróciłam do czytania. Może mi tak zostanie?

W przerwach walczyłam z Głupimi pannami. Wszystko przez to, że na niedzielnym zarządzie byłych Szarotek utwierdzono mnie w przekonaniu, że „głowy panien” powinny być przy górnym suwaku. Mogłam a) spruć; b) przeszyć na maszynie i przeciąć (za tym optowała Agata i Danka); c) podpruć od dołu i zszyć. Wybrałam to trzecie rozwiązanie.

Jeszcze tylko raz wypiorę by wyrównać zszycie kitchenerem i zacznę obszywać.

W czwartek hedonizowałam z Joanną. Miałyśmy to robić raz w miesiącu w okolicach 20-tego. Ale jest to tak przyjemne, że nie mogłyśmy wytrzymać. Tym razem wybrałyśmy się do Alebosko w Podkowie (zdjęcie z ich strony). Drogo. W porównaniu do najbardziej popularnej Werandy, nawet bardzo drogo. Ale, jak ustaliłyśmy z Joanną, nie można być hedonistką, nie będąc utracjuszką.

Gorzej, że następna na liście wysoko notowanych w okolicy knajp, jest restauracja słynna z przepysznych steków i wybornej oferty win. Nic tam dla mnie.

Teraz jak jestem po stronie „chorych”, otworzyły mi się oczy. Bariery architektoniczne są widoczne i usiłuje się temu zaradzić. Nikt natomiast nie mówi o wykluczeniu gastronomicznym, a jest ono równie trudne do przeskoczenia. I nie chodzi mi o wieczorne wyjście do restauracji, ostatecznie bez tego można się obejść. Chodzi mi o wakacje za granicą. Na stronach biur turystycznych są miejsca, gdzie można pojechać na wózku. Natomiast nikt nie przejmuje się czymś takim, jak wykluczenie gastronomiczne. Jestem już tak spragniona wyjazdu, że zastanawiam się nad opcją All inclusive. A jak po przyjeździe okaże się, że tam nie będzie, tak jak zakładam, szwedzkiego stołu?

W piątek byłam rodzinna i przywiozłam do Brwi moją mamę.

Dla Mamy gazeta musi być „w papierze”. Boi się, ze nie zdąży umrzeć zanim wszystko przeniesie się do sieci i jej zostanie już tylko jej własna biblioteka. Raz w tygodniu chodzi do czytelni Biblioteki publicznej, ale jest tam zawsze jedyną osobą. Mówi, że jest przygotowana na to, że może za jej życia zamkną czytelnie. Ale co wtedy, ma kupować cały plik gazet i czasopism? Cały czas zadaje mi też pytania, na które nie umiem odpowiedzieć: np. dlaczego Spotify, gdzie puszczam jej Mozarta jest płatne, a nawigacja Googla darmowa?

W sobotę pojechałam do Gumisia, nawet nie tylko pojechałam, ale i popłynęłam promem.

Na wstępie dałam kwiatki, bo tak wypada, ale potem już cały czas byłam rozpuszczana.

Było mi tak dobrze, że ledwo wróciłam na niedzielne wieczorne Scrabble z córką.

I to by było na tyle. Jutrzejszy tydzień zaczynam od wyrwania zęba, a potem będzie już tylko gorzej.

Po chemii

W tym tygodniu miałam osiemnastą chemię. Po niej planowane było omówienie wyników tomografu i podjęcie na tej podstawie decyzji, czy mam być dalej leczona, czy odesłana do hospicjum domowego. Ale radiologów brak i być może za dwa tygodnie zamiast informacji jakie spustoszenia dokonał przez ostatnie 3 miesiące mój rak, dostanę kolejną chemię.

A zbiera mi się po tych chemiach coraz trudniej, co w moim przypadku oznacza kilkunastogodzinny sen.

I tak przespałam początek tygodnia. Tyle, że zblokowałam Głupie panny. Przy okazji, dzięki Ładzie przeczytałam przypowieść o 5 pannach mądrych i 5 pannach głupich, która – tak jak i wiele innych nowotestamentowych przypowieści – zupełnie do mnie nie przemówiła, życie podpowiada, że już szybciej powinno być o 5 kawalerach mądrych i 5 głupich.

Oraz obejrzałam dwa filmy.

Alternatywne zakończenie to dokument o nowych pomysłach na żegnanie zmarłych. Pięć z nich nie tyle jest nowych, ile ciągle jeszcze mało popularnych. Z kolei ten szósty, ma małe szanse na przyjęcie: polega on na tym, że zamiast stypy, urządza się pożegnanie ze życia. Na filmie organizują to Meksykanie, tłumaczą to tym, że gdy ktoś odchodzi ważne jest okazanie miłości i radości z tego że się go znało jeszcze za jego życia. Niby logiczne, ale jakoś tego sobie u nas nie wyobrażam. Chociaż po części jest coś na rzeczy, gdy przypomnę sobie rewelacyjny film Inwazja barbarzyńców (kto jeszcze nie oglądał, gorąco polecam).

Córki rzeszy. Obejrzałam dla Judi Dench. Wyjątkowa szmira.

W piątek się obudziłam i poszłam do z synkiem do Multikina w Pruszkowie.

Zupa nic

Przemiły film o niczym. Tzw. obserwacja uczestnicząca. Obserwujemy życie inteligenckiej rodziny w drugiej połowie lat 80-tych. Ona – sympatyzująca z Solidarnością pielęgniarka, on – ciapciatowaty architekt. Oraz ich dwie córki, w tym jedna powoli wkraczająca w wiek dorastania.

Dobrze zagrane, niezłe dialogi, całe mnóstwo sytuacyjnych scenek granych w dopracowanych, zgodnie ze stylem tamtej epoki scenografiach. Tylko, że z naszymi bohaterami, w czasie gdy ich obserwujemy, się nie dzieje. Z historią też nie – żegnamy się z nimi gdy nic jeszcze nie zapowiada 1989 roku.

Ale po wyjściu z kina jest przyjemnie.

W sobotę postanowiłam zrobić coś z ogrodem. Mój synek zamieścił na Instagramie takie zdjęcie.

Ale wieczorem ogród wyglądał zupełnie inaczej.

Synek z założenia nie robi nic w ogrodzie. Z rzeczy dla domu, w wolny dzień kupił mieczyki.

Podobno w Indonezji mieczyki nosi się na pogrzeb.

W niedzielę wybrałam taką stylizację.

I wzięłam udział w posiedzeniu Zarządu byłych (?) Szarotek.

Przy okazji dostałam „babę na zdrowie”. Cudo!

Cały czas monitoruję też sytuację w kraju (zdjęcie po prawej z tweetu Mirosława Reczki).

Rodzinny gen

Moja córka, zgodnie z tym co było w planach, poleciała. Ale że ma „moje” geny, nawet tak krótka podróż musiała się czymś się odznaczyć.

Tym razem zapomniała walizki ze swoimi ciuchami.

Zapominałam o różnych rzeczach, dwa razy przepadły mi przez to bilety, raz pomyliłam datę wylotu, innym razem ustawiłam się nie przy tym gate’cie. Ale żeby zapomnieć coś tak dużego jak walizka? Myślę że należy się jej medal.

W pierwszej chwili pomyślałam, że to przez wyjazd Anki zmarnowałam „dobry” tydzień (dobry, bo bez chemii). Do środy przezywałam to, że wyjeżdża. Od środy to, że wyjechała i przed grudniem się do Polski nie wybiera.

Ale to chyba nie tak. Dom się wprawdzie wyludnił (synek nie wnosi tyle życia do domu, co córka i wnuk), ale ja tej ciszy wcale źle nie odbieram. Nawet mnie to trochę zaniepokoiło, ale ciotki mówią że to normalne o tej porze roku. Może i tak. Kiedyś tak nie miałam. Sama już nie wiem o co obwiniać starość, a o co chorobę.

Nie skończyłam opakowania na laptop. Zrezygnowałam z szycia pokrowca, postanowiłam kupić i obszyć go tym, co zrobiłam. Kupując kierowałam się kolorem suwaka. Mam nadzieję, że tak jak na zdjęciu będzie w bordowym kolorze.

W przerwie wzięłam się za Misiokocyk.

Przez te robótki na drutach nie wykorzystałam pakietu, jaki wykupiłam na Nowych Horyzontach. Wszystkie filmy miały napisy. Zamiast pięciu filmów, obejrzałam jeden: Berlin Aleksanderplatz.

Na podstawie powieści Alfreda Döblina. Współczesny moralitet. Na czasie, bo o uchodźcy z Afryki, który bez papierów, na czarno usiłuje zorganizować sobie życie w Berlinie.

Trzy godziny bez dłużyzn. Dobrze się to ogląda. Żałuję, że nie zobaczyłam tego w kinie.

Dalej pewnie będę oglądać, zamiast czytać. Bo wełen przybywa. Łada przywiozła mi w prezencie czerwoną wełnę na błyskawice.

Po lewej stronie szlachetny profil Melisy.

dobry serial

Retribution

Czteroodcinkowy serial kryminalny BBC. Bez dłużyzn – nie trzeba przewijać!

Rolnicza, mało zaludniona Szkocja. Dwie mieszkające nieopodal siebie rodziny świętują ślub swoich dzieci. Tydzień później młoda para zostaje zamordowana. Zanim dowiemy się kto i dlaczego zabił, patrzymy jak śledztwo ujawnia plątaninę tajemnic – w zasadzie każdy członek tej rodziny, coś przed pozostałymi ukrywał.

Może nie jest to rewelacyjny serial, intryga trochę za bardzo „wydumana”. ale przynajmniej, jak dla mnie, dający się obejrzeć do końca. A to już i tak dużo.

Kolejny dokument, tyle że genialny temat, ale beznadziejny film

Pollywood

Autor idzie śladami polskich Żydów, którzy stworzyli Hollywood. Wstawki historyczne i opowiadane przy tej okazji anegdoty są przecudnej urody. Niestety stanowią tylko 1/3 filmu.

Pozostałe 2/3 wypełnia mało strawne, nadęte ego reżysera.

Urzekła mnie jedna historia o Samuelu Goldwynie (urodził się w Warszawie jako jako Szmul Gelbfisz). Po przyjeździe do USA zajął się handlem rękawiczkami. Zamówił w Europie duży transport, 40 tysięcy. Tyle że zaraz potem Stany wprowadziły zaporowe cło na wyroby skórzane. Samuel sobie z tym poradził. Zawiadomił sprzedawcę by rozdzielił rękawiczki na prawe i lewe i wysłał je osobnym transportem do dwóch oddalonych od siebie amerykańskich portów. Gdy nikt się po nie nie zgłosił, zgodnie z obowiązującym prawem porty urządziły licytacje. W obu przypadkach Samuel był jedynym, który do nich przystąpił, wykupił płacąc po dolarze za każdą, uiścił od tego cło, połączył w pary i po raz pierwszy zarobił duże pieniądze.

Polowanie na komara

Siedem tygodni z córką minęło nie wiadomo kiedy. Synek nie ma tych zdolności społecznych, więc tak zaopiekowana jak byłam, nie będę. Chociaż – jak pokazała jedna moja „akcja” – wszyscy tylko udają, że nerwy mają ze stali. Chciałam trzepnąć w locie natrętnego komara, zahaczyłam o biurko, potknęłam się i z dzikim rykiem walnęłam tyłkiem o glebę, a łbem o drzwi. W sekundę wszyscy byli u mnie z przerażeniem w oczach. A to, jak synek wytłumaczył wnukowi: babcia tylko polowała na komara.

Ja też niby się trzymam, ale mam z tyłu głowy, że statystycznie rzecz biorąc, to i tak długo trwa i w końcu pewnego dnia runie. Już teraz, za każdym razem gdy mnie zaczyna ćmić, zastanawiam się czy to „już”. Ciągle jeszcze przechodzi bez prochów, ale pewnego dnia ból się może rozkręcić i ze mną zostać. Rozmawiałam z moją lekarką rejonową, którą zaniepokoiło to, że często w nocy mam niski cukier. Gdy zaczęła rozważać co powinnam robić by temu przeciwdziałać, delikatnie jej przerwałam, zwracając uwagę, że ze wszystkich opcji, które leżą na stole, śmierć w czasie snu wydaje mi się najbardziej atrakcyjną. W pierwszej chwili ją zatkało, ale potem przyznała, że można i tak na to spojrzeć.

Zanim zacznę mieć takie problemy, bardzo ucieszyła mnie propozycja Joanny, by raz w miesiącu pójść do dobrej knajpy i „lekko” zaszaleć bawiąc się w babcie hedonistki.

Jak córka zobaczyła co sobie zamówiłam, wydała okrzyk dezaprobaty. Na talerzu jest wszystko to, czego mi nie wolno. Ale z drugiej strony, kiedy jak nie teraz?

W tym tygodniu chciałam skończyć pokrowiec na laptop Anki, ale się nie udało. Trochę tłumaczę siebie tym, że po poniedziałkowej chemii, w zasadzie do piątku spałam. Ale też mogłam wcześniej się za to ostrzej zabrać.

Tak, że tak.

Robiąc na drutach oglądałam fimy

Bez pożegnania

Hit&Run jest dla mnie za ostre. Myślałam, że francuski film będzie „łagodniejszy”.

Ale kiedy po 10 latach dziewczyna od razu wie gdzie na rozległym trawniku jako dziecko zakopała telefon i ten telefon (oczywiście IPhone) bez problemu daje się naładować, lekko zjeżyła mi się sierść.

Dałam spokój gdy lokalizacja wskazała, że kolejny poszukiwany telefon jest na dzikim wysypisku śmieci pod mostem i dwóch chojraków prawie od razu go znalazło.

dobry film

Dwa dokumenty na Netflixie

Circus of Books – Los Angeles, początek lat 80-tych. Należące do konserwatywnej synagogi małżeństwo, trochę przez przypadek zaczyna prowadzić księgarnię. Na początku na półce są różne magazyny, w tym i dla gejów. Potem, powoli księgarnia staje się głównym centrum „gejowskiej literatury obrazkowej”. Jest też taki moment, gdy sami stają się producentami filmów hard porno. Cudowny film o bardzo ciepłych ludziach. I zazdrość bierze, gdy patrzy się na ich niezachwianą wiarę w państwo, w to, że niepodważalnie obowiązuje w nim pierwsza poprawka do konstytucji.

Pray Away – o terapii konwersyjnej. Liderzy tego ruchu opowiadają o szkodach, jakie wyrządził on im i społeczności LGBTQ+. Co robią z ludźmi widać nawet na ich twarzach: po lewej Ryan Murphy w czasach gdy robił za najsłynniejszego ex-geja Ameryki. Po prawej gdy przestał udawać

A to jeszcze nie koniec mojego filmowego tygodnia.

Rojst – Taki współczesne 07 zgłoś się. W dodatku nawet nieźle zagrane. Tyle, że sama fabuła naciągana i jak zawsze w polskich filmach, niedopracowane dialogi. Ale i tak jest lepiej – nie są przegadane. Lekko zasnuta mgłą sugestia, że lata powojenne nie były aż tak proste, jak się je dziś przedstawia. W drugiej części w roli porucznika Borewicza, Magdalena Różyczka, która – pewnie by było nowocześnie – jest lesbijką.

Blackbird- film o umieraniu. Dzieci przyjeżdżają do matki na zorganizowany przez nią ostatni rodzinny weekend z jej udziałem. Po ich wyjeździe ma popełnić samobójstwo (choruje na stwardnienie zanikowe boczne). Przez pierwsze 15 minut zastanawiałam się, gdzie ta Kate Winslet. Nie poznałam jej. A jest jak zawsze rewelacyjna. Może film i ponury, na pewno schematyczny, ale dla Kate warto.

W kraju trwa wymiana elit. Projektant sukni milczącej Agaty, projektuje już suknie i na międzynarodowe konkursy piękności. Tak ubrał reprezentantkę Polski na Supernational 2021.

Może rzeczywiście pora umierać? Tym bardziej, że oni tym kryzysem uchodźczym dostali wiatrem w plecy.