Anonimowość w sieci

Ania wychodząc z domu zostawiła otwartą furtkę i w ogrodzie pojawił się pies.

Pewnie wszedł do domu, zlustrował czy na kuchennym blacie nie leży coś ciekawego. Zażądał jedzenia, nie był zainteresowany wodą. Było jasne, że jest to rozpuszczony bachor, a nie żaden pies po traumie. Napisałam na lokalnym forum, po godzinie zgłosiła się właścicielka. Byłam przygotowana na to, że w następnym kroku podam adres na Messengerze, tymczasem przeczytałam: Za chwilę u Pani będę.

To tyle na temat anonimowości w sieci.

Synek nie miał okazji poznać Lucy. Opiekuje się w Wwie kotem, który nie wygląda na zadowolonego.

Ruszyło się u mnie z drutami. Dłubie pokrowiec na laptopa Anki. Najgorsze, czyli robota na 16 nitek, za mną.

Zaczęłam Misiokocyk dla Płodzia.

I za tydzień pokażę co zrobiłam z tego przepięknego, kupionego w Amiqsie, Malabrigo Rios.

dobry serial

Dwa dokumenty + jeden biograficzny

Sophe. Morderstwo w West Cork to trzyodcinkowy serial dokumentalny, który za pomocą „gadających głów” opowiada o nigdy nie wyjaśnionym zabójstwie francuskiej dziennikarki na irlandzkim zadupiu. Zostawia nas z pytaniem, czy człowiek, którego bardzo wielu podejrzewa o popełnienie tego morderstwa, rzeczywiście zabił Sophe?

Szpital Lenox Hill. Z tęsknoty za Doktorem Housem próbowałam oglądać Szpital New Amsterdam, czy Good Doctor, ale się nie da. W tych poszukiwaniach przypadkiem natknęłam się na ten dokument. 10 odcinków opowiadajacych o lekarzach i pacjentach trzech oddziałów nowojorskiego szpitala: neurochirurgii, położnictwa i odpowiednika naszego SOR-u. Ostatni odcinek o Covidzie.

Halston to pięcioodcinkowa opowieść o życiu człowieka, który w latach 70-tych i 80-tych miał wielki wpływ na amerykańską modę. Do momentu obejrzenia tego serialu nawet nie wiedziałam o jego istnieniu i o tym, że to on stworzył image Lizy Minnelli w czasach Kabaretu. Sam serial mógłby być mniej przegadany i lepiej zagrany. Ale i tak wybija się na tle tego co jest.

W tym tygodniu znalazły się klucze Joanny, od których „wszystko”, się zaczęło. Dzień zgubienia tych kluczy był – o czym wtedy nie wiedziałam – próbą generalną, tego dnia wstąpiłam na onkościeżkę. Tyle że niedługo potem, gdy znamię nie okazało się czerniakiem, nieświadoma niczego cieszyłam się że jestem zdrowa … Wracając do dnia kiedy zgubiłam klucze. Ich brak odkryłam po powrocie do domu, ale ponieważ chwilę wcześniej byłam u Joanny po Milę, nie miałam pomysłu gdzie mogłabym je zgubić. Przeszukany został dokładnie dom, ogród, a przede wszystkim autko. Nigdzie nic, klucze zapadły się pod ziemię.

Minął prawie rok. W tym tygodniu jeździłam z Joluśką po Wwie, w pewnym momencie Jolka chciała sobie przestawić oparcie fotela, coś tam zaczęła przy nim majstrować i z zagłębienia fotela wyjęła klucze Joanny.

Nie tylko ja przeszukałam wtedy dokładnie autko. Joanna też. Dlaczego nie zauważyłyśmy wtedy tych kluczy? Małe nie są.

Filmowo

Byłam w kinie. Wprawdzie nie w moim ukochanym Muranowie, tylko Lunie, ale ważne że byłam.

Zabij to i wyjedź z tego miasta

O filmie po raz pierwszy usłyszałam w radio, gdzie jego autor (reżyser i scenarzysta) pięknie o nim opowiadał. W audycji kupił mnie tym, że pomysł na film powstał, gdy w przeciągu jednego roku zmarli jego rodzice. Miał z nimi skomplikowane relacje (byli rozwiedzeni) i po ich śmierci uświadomił sobie, że jest w nim potrzeba pożegnania się z nimi. Pomyślałam, że podobne doświadczenie czeka moje dzieci, więc powinnam ten film zobaczyć .

Tyle tylko, że czas (14 lat), jaki Mariusz Wilczyński poświęcił na stworzenie tego filmu, nie przekuło się na wartość jego dzieła. Graficznie ujdzie, chociaż też i bez szaleństw, po jakimś czasie byłam lekko znudzona monotonią jego kreski. Muzyka Nalepy świetna, ale jest dostępna na Spotiify. A gdy chodzi o to, co artysta chciał powiedzieć, można mieć mu sporo do zarzucenia. Niestety duża część tej opowieści jest zrozumiała tylko dla Mariusza Wilczyńskiego i jego bliskich. A i tak myślę, że odebrałam z tego filmu trochę więcej niż inni. Raz, ze słuchałam godzinną audycję na temat tego filmu. Dwa, że pamiętam lata 60-te, w tym ówczesną małą architekturę, neony, wyłapywałam więc sporo smaczków, mało czytelnych dla widzów młodszych ode mnie.

Ponadto obejrzałam na HBO GO dwa filmy dokumentalne: The Last Cruise i Covid: Nowojorska kronika.

Pamiętam historię wycieczkowca Diamond Princess. Z tym, że jeżeli film miał wzruszyć widza tą historią, pokazać całą niesprawiedliwość tego świata, który nawet w obliczu pandemii, dzieli się na biednych i bogatych, to mu się nie udało. Ale co się naoglądałam w pierwszej części filmu jak wyglądają wakacje na takim statku to moje.

Drugi film Covid: Nowojorska kronika nie ma żadnej wartości dodanej. Kilkuminutowe sekwencje pokazujące życie ubogich nowojorskich rodzin w czasie pandemii. Takie filmowe ogryzki, bez składu i ładu. Szkolne etiudy mają prawo być na takim poziomie. Ale dlaczego pakowane są do oferty HBO?

Kompletnym fiaskiem zakończyło się też oglądanie trzeciego sezonu The Kominsky Method.

Rozpoczyna się od pogrzebu przyjaciela Douglasa, Nie ma już ich wiecznych słownych utarczek i pryska cały czar tego serialu.

Za ten sezon Złotych Globów nie będzie.

dobry serial

Za to Mare of Easttown

Film trzyma Kate Winslet. Wprawdzie dopiero jutro obejrzę ostatni odcinek, ale już dziś wiem, że warto. Typowy kryminalny snuj: małe miasteczko, wszyscy wszystkich znają, dochodzenie w sprawie morderstwa ujawnia wiele skrywanych tajemnic. Nic odkrywczego, ale trzyma przy ekranie.

Milagros mówi, by pisać o chorobie. Ale o czym tu pisać? Jest, czasami daje o sobie znać, ale delikatnie, nie zaburzając codziennego tupania. Słowem czai się za rogiem i nie wiadomo kiedy przypuści decydujący atak. Pewnie coś będzie wiadomo po 10 czerwca po kolejnym tomografie. Za każdym razem, gdy jestem w aptece myślę co robią chorzy, których po wykorzystaniu przysługującego im zwolnienia, wysyłają na rentę, a którzy nie mogą liczyć na rodzinę. Moje leki to ok. 700 zł/miesięcznie (są refundowane, ale na inne choroby, akurat na moją nie), drinki 700 zł/miesięcznie, diabetologa i okulistę mam w ramach abonamentu Luxmedu. Do tego prywatnie lekarz paliatywny (bezpłatnie mam prawo do leczenia paliatywnego dopiero po zakończeniu leczenia onkologicznego). Mam jeszcze sporo innych wydatków związanych z chorobą, ale bez tego co wyżej napisałam, chorować się nie da. Pozostałe to ułatwianie sobie życia, ważne, ale też i nie konieczne. Dlaczego tak mało się o tym pisze? Koszty leków, w przypadku chorób przewlekłych to jakiś horror.

O tej porze roku zazwyczaj dużo pisałam o ogrodzie. Już w weekend majowy sadziłam w oknach czerwone pelargonie. Teraz wszystko czeka na przyjazd córki.

Azalie zdążą przekwitnąć do jej przyjazdu.

Podobnie oskubany w zeszłym roku z przekwitłych kwiatostanów bez, który wreszcie zakwitł

No i czeka na nią mój pierwszy własny kompost.

A nadchodzący tydzień sponsorują moje ciotki. Synek wyjeżdża i będą się mną naprzemiennie opiekować!

Pustka w domu

Joanna (czyli rodzic A) zabrała Milę do domu. Oj jak mi jej brak. Na liście rzeczy, których żałuję że już nigdy nie będzie mi dane zrobić jest m.in. i to, że nie będę już miała jamnika. Jakiś czas temu miałam pomysł, by po najdłuższym życiu Mili, sprawić sobie takie 7 kg szczęścia.

A tak, zważywszy na sytuację, musiałam się zadowolić kupieniem psiej miski w TK-Max.

W środę wylatuję do Londynu, a Kwiatuszek dalej nie skończony. Wszystko przez to, że chorowanie i cały związany z tym zgiełk, który wywrócił do góry nogami monotonię dotychczasowego życia, jest bardzo czasochłonne. Prawdopodobnie z czasem byłoby to do oswojenia, ale jeśli wierzyć doktorom, ja tego czasu mieć nie będę. I tak miotam się pomiędzy życiem towarzyskim (bo kiedy jak nie teraz, gdy mam jeszcze na to siły), a potrzebą posiedzenia samą ze sobą bez włączonego telefonu.

Jutro: badanie PCR, pojechanie do Otwocka i zostawienie Gumisiowi autka, powrót z Dorotą do domu, z tym, że po drodze jeszcze wizyta u mojego lekarza paliatywnego i krótkie odwiedziny u mojej mamy. Około 19 powrót do domu, gdzie czeka sterta prasowania.

Pojutrze: w południe angielski (raz w tygodniu gadam z fantastyczną dziewczyną z Indonezji), zaraz po obiedzie manicure i pedicure, Wieczorem pakowanie się do wyjazdu.

Środa: w południe wyjście z domu.

Gdzieś po drodze postaram się skończyć Kwiatuszka (zostało przyszycie plisy, zrobienie rantu w drugim rękawie i wciągnięcie jeszcze kilku nitek) Bardzo chciałabym w nim pojechać do Lądka,

Tym bardziej, że kupiłam idealnie do niego pasujący podkoszulek. Bo trochę w tym tygodniu pozakupowałam.

Zdjęcie po lewej to TKMax. Wysłałam je ciotce Iwonie z dopiskiem, że synek się obkupił. Natychmiast dostałam odpowiedź: W to różowe też? Zdjęcie po prawej jest z Ikei. I tu jestem zmuszona powrócić do dawno już nieobecnego na blogu działu, czyli:

z pamiętnika wk … konsumentki

Pojechałam do Ikei po worki do kubłów od śmieci. Te na półkach w okolicznych sklepach (60 l i 120 l ) nie pasują, potrzeba czegoś „pośredniego”. Zawsze Ikea miała worki do swoich niewymiarowych kubłów, ale teraz odechciało im się sprzedaży worków. Wystarczy, że zarabiają na sprzedaży kubłów. O żesz …

Ale też dzieją się i rzeczy dobre. Synek w tym tygodniu odebrał rezonans głowy i na szczęście nie potwierdziła się wstępnie postawiona diagnoza nerwiaka. Rezonans zrobił we wtorek i zaraz potem wysłał siostrze plik ze zdjęciami. Anka znalazła w necie program do odczytywania takich zdjęć i już po godzinie odpisała, że wszystko jest ok. Z tym, że odhaczyliśmy temat dopiero wtedy, gdy trzy dni później radiolog potwierdził jej „opis”.

dobry serial

The Kominsky Method

Perełka. Michael Douglas prowadzi studio aktorskie, gdzie z braku oferowanych mu ról, uczy innych, starając się być dla nich guru aktorstwa. Alan Arkin jest właścicielem wielkiej agencji aktorskiej. Panowie się przyjaźnią, a my obserwujemy jak to z tą przyjaźnią bywa na kolejnych życiowych zakrętach i zakręcikach.

Świetnie napisane dialogi + popis gry aktorskiej.

23 maja na Netflixie odpalają trzeci sezon.

wojna o wodę

Gmina Brwinów ma kształt ameby, przez co np. droga z Brwinowa do wchodzących w skład gminy trzech miejscowości (Owczarni, Terenia i Żółwina), prowadzi przez Podkowę Leśną. W 2000 roku podpisano pomiędzy obu gminami umowę, na mocy której mieszkańcy ww. miejscowości korzystali z wodociągu Podkowy. Jakiś czas temu burmistrz Podkowy zażądał renegocjacji umowy, ale nasz burmistrz odmówił. W przeddzień majówki, burmistrz Podkowy odciął więc te trzy miejscowości od wody i zmusił naszego burmistrza do podpisania umowy na podyktowanych przez siebie warunkach.

Nasz burmistrz napisał po tym wszystkim dramatyczny list na Fejsie i oddał sprawę do sądu. Jest rozżalony, bo uznając ww. rozwiązanie za trwałe, poczynił szereg inwestycji, w tym dołożył się do inwestycji Podkowy.

Natomiast zdaniem Burmistrza Podkowy musi on dbać przede wszystkim o mieszkańców swojej gminy. Tymczasem od roku 2007 zapotrzebowanie na wodę na ww. terenie gminy Brwinów wzrosło niemal trzykrotnie z około 50 tys. m 3 wody do ponad 140 tys. m 3 w zeszłym roku, gdy w Podkowie Leśnej w analogicznym okresie ok. 45 proc. 

I tak nasz burmistrz przejechał się na tym, że dbając o to by nasza gmina miała jak najwięcej mieszkańców, zapomniał o tym, że worek z wodą nie jest bez dna.

Takich wojen będzie pewnie coraz więcej. Na razie ku pokrzepieniu serc:

Luźne uwagi o codzienności

To będzie trudny tydzień (chyba ostatnio innych w moim życiu nie ma). Z wielu powodów, ale też i dlatego, że w tym tygodniu do Londynu wraca córka z wnukiem: 8 marca dzieci wracają tam do szkoły. A wnuka mam genialnego. Po prawej zajęcia z cooking class, po lewej dziennik jego tygodniowej aktywności na Ipadzie (z tym, że jego Ipad nie rejestruje czasu, jaki poświęca na grę w Roblox na laptopie).

Jedna rzecz mnie dziwi: dzieciaki od roku siedzą uwięzione po domach, gapią się w monitory, a nie ma żadnej sagi adresowanej do tego pokolenia. Czegoś w stylu Gwiezdnych wojen, czy Harry Pottera. Gdy wnuk zgłosił chęć obejrzenia Gwiezdnych wojen, w domu odbyła się burzliwa dyskusja, czy kanoniczną wersją jest oglądanie tej serii, zgodnie z chronologią wydarzeń, czy zgodnie z tym jak były kręcone poszczególne jej części. Do niczego nie doszliśmy. A Tomek ogląda zgodnie z tym, jak mu się wyświetli w wypożyczalni Amazona – według mojego syna, pozwalając na ten chaos, zniszczyliśmy mu dzieciństwo.

Podobno w przyszłym tygodniu mają zacząć zapisywać „moją grupę” (czyli przewlekle chorych) na szczepienia. Obkleili całe miasto plakatami, tak jakby problem polegał na zgłoszeniu.

Tymczasem to nie chętnych brakuje, a szczepionek. Chociaż z drugiej strony, w warszawskim liceum, w którym pracuje jedna z moich ciotek, zauważalna grupa nauczycieli odmówiła wszczepienia sobie chipa Billa Gatesa. Może po zakończeniu akcji szczepienia nauczycieli, sporo im tych szczepionek zostanie?

Na Twitterze spory rezonans wywołał reportaż Superwizjera TVN o Instytucie Immunomideca dr. Szalusia, w którym „leczone” są beznadziejne przypadki onkologiczne. Facet musi być popularny, skoro przeze ostatnie trzy miesiące dwie osoby zapytały mnie, czy nie zastanawiałam się, by do niego jednak nie pójść.

Z drugiej strony czym to się naprawdę różni, wielkością wyciągniętej z kieszeni kwoty? Niekoniecznie.

Nie zmienia to faktu, że dziwię się że dr. Szaluś od tylu lat bezkarnie żeruje na ludzkim nieszczęściu.

Mila ma zrobiony tzw. profil geriatryczny i pani weterynarz zasugerowała, że cierpi na chorobę Cushinga. Jednym z jej objawów jest wilczy apetyt.

Jeżeli to się potwierdzi, to moim zdaniem wszystkie jamniki cierpią na tą chorobę.

W tym tygodniu obejrzałam trzy seriale, w tym jeden dobry.

It’s a sin

O tym serialu dowiedziałam się z kanału Tomasza Raczka na Youtubie. Londyn, początek lat 80-tych. Grupa młodych, nieheteronormatywnych dzieciaków zaczyna start w dorosłe życie. Odrzuceni przez rodziny, stają się dla siebie grupą wsparcia. Początkowo nikt nie wierzy w AIDS, a jak już, to że jest to lokalny problem gejów w Ameryce. Wprawdzie Anioły w Ameryce to nie są, jedynie całkiem przyzwoicie zrobiony obyczajowy snuj. Ale jak dla mnie wystarczy.

W dodatku It’s a sin to pięć, 45-minutowych odcinków, bez szans na kolejne sezony.

Zabójcza biel, Artyści

Zabójcza Biel to ekranizacja kolejnego kryminału o Cormoranie Strike. Książka nie jest dobra, nakręcony na jej podstawie film, również. Na miejscu Joanne K. Rowling odspawałabym się od tej serii. Co tom to gorzej. Ekranizacja nic tu nie pomoże.

Z kolei Artyści to polski serial, który obejrzałam do końca. A rzadko mi się to zdarza. Teatr od środka. w warszawskim teatrze dyrektor popełnił samobójstwo, na jego miejsca przyjeżdża nowy, spoza układu, z Krakowa. Łatwo mu z zespołem nie jest. A i bez tego wewnątrz zespołu, konflikt, goni konflikt.

Jak dla mnie Strzępce i Demirskiemu starczyło pary na trzy pierwsze odcinki. Potem to wszystko się rozłazi. No i jak zawsze w polskim filmie, kładą wszystko sztywne dialogi.

Za drzwiami czuć już kończącą się zimę. Tyle, że to że za chwilę zacznie pachnieć wiosną, w tym roku mnie nie cieszy.

Moim zdaniem mój nastrój współgra z tym co można usłyszeć w programach informacyjnych.

Na Twitterze jest taki pan, Rafał Mundry, który na podstawie publikowanych danych, publikuje co jakiś czas tabelki. Moim zdaniem zapowiedź powołania jednego Instytutu na rzecz Rodziny i Demografii to za mało. Porównując III kwartał z IV kwartałem 2020 roku, tu i trzy narodowe instytuty mogą nie wystarczyć.

W dodatku zgadzam się z tymi, co sugerują, ze pod pretekstem pandemii wycofają się ze spisu powszechnego – do czasu przeprowadzenia tego spisu możemy mówić, że jest nas 38 milionów. Tymczasem jest nas prawdopodobnie 2-3 mln. mniej.