Zawracamy …

W odległej galaktyce miałam siedzieć na tarasie, robić na drutach i czytać książki. Moja kamizelka w niczym jeszcze nie przypomina tego czym ma być .

Tymczasem zamiast drutów, od dłuższego czasu w weekendy tylko skreślam kolejne rzeczy do zrobienia i zastanawiam się, czy zdążę. Druty poszły w kąt i gdyby nie audiobooki w zasadzie to samo powiedziałabym o książkach (trochę też ratują mnie dojazdy do pracy koleją).

Inna sprawa, może nie musiałam kupić 5 kg wiśni, z czego 4 poszły na przetwory?

Ale niezależnie od tego, że nie do końca panuję nad swoim czasem, praca + dom + ogród + 62 lata to trochę za dużo na mnie jedną. W tym tygodniu padłam na zraszaczach, gdy w sobotę wróciłam z targu zobaczyłam takie coś:

Źle zdiagnozowałam awarię i zorganizowałam kolejny zraszacz. A trzeba było kupić złączkę …

Niezależnie od ogrodowej awarii i tak w ten weekend musiałam pojechać do Wwy. Jak już tam byłam, zrobiłam przy okazji zakupy na wyjazd. Dużo większe niż zrobiłabym w Brwi i gdybym miała czas, pewnie coś jeszcze bym kupiła. Zamknięcie sklepów w niedzielę w widoczny sposób przełożyło się na zmniejszenie ilości kupowanych przeze mnie rzeczy, w Internecie kupuję dokładnie to, co wcześniej założyłam. Z punktu widzenia planety to dobrze, ale ekonomii?

Z tym, że jak kupuje się w Internecie, to potem nie za bardzo wiadomo jak tego używać. Kupiłam na Allegro ceramiczne dozowniki wody, powsadzałam i kwiaty piły wodę jak smoki. Nigdy tyle wody im nie lałam. Zaczęłam mieć obawy, czy nie pogniją od nadmiaru wody. Przez jeden dzień moje scindapsusy wypiły mniej więcej szklankę wody.

Zapytałam na fejsie, zdania były podzielone. Przemówił do mnie głos: to się nie nadaje do kwiatów, które raczej lubią sucho. Generalnie wszyscy błędnie myślą że kwiaty z tego piją, a to po prostu działa na zasadzie fizycznego zjawiska osmozy i nie pozwala przeschnąć ziemi. Jeśli kwiat lubi cały czas wilgoć to mu to będzie pasowało, ale kwiaty lubiące czasem przesuszenie gleby będą gniły jeśli zostaną długo w takim środowisku. Ponadto szybkość osmozy zależy od tego jak chłonna jest ziemia i to też trzeba tak na prawdę wziąć pod uwagę.

Wykończyłam już jedno geranium, bo byłam przekonana, że lubi wodę i teraz byłam na ścieżce by wykończyć następne.

Byłam w urzędzie. Ładne szklane tablice pod sufitem pokierowały mnie go do właściwej sali, podeszłam do biletomatu wzięłam numerek i siadłam na jednym z wielu wygodnych foteli.

Po pół godzinie, jak mój numerek dalej się nie wyświetlał, postanowiłam zapytać się dlaczego. Okazało się, ze wydział został przeniesiony dna drugi koniec miasteczka. Nie zmienili szyldów, tablic i biletomatu bo kupili to ze środków UE, a teraz stać ich co najwyżej na kartkę papieru. Powiesili, ale w mało widocznym miejscu.

Podyskutowałam sobie na fejsie z panem burmistrzem i dowiedziałam się, ze PKP odmówiło zrobienia na schodach podjazdów. Pan burmistrz uważa, że powinnyśmy być szczęśliwi, bo zdecydowali się u nas na windę, a nie tak jak na innych dworcach, na podnośnik. To zdjęcie z dworca Wwa Ochota – aby przejechać się tym cudem, trzeba zadzwonić do służby ochrony kolei. Ma do tego prawo jedynie osoba na wózku inwalidzkim.

Ciekawe, który szwagier produkuje te podnośniki.

Reklamy

Przeczytane 2019.9

Czas ciekawy, czas niespokojny – Zbigniew Mentzel rozmawia z Leszkiem Kołakowskim

Wywiad rzeka z Leszkiem Kołakowskim. Już na początku wywiadu Kołakowski określił granice: Nie będziemy rozmawiać o moich Rodzicach. Jestem bardzo przywiązany do bliskich Zmarłych. Nie chcę również rozmawiać o tym, kto z kim spał. Sztywno się tego trzymał przez co całe dwa tomy są poświęcone w zasadzie jego pracy zawodowej, z lekko zarysowanym tłem historycznym.

Bardzo to wszystko ciekawe, ale … dla mnie Leszek Kołakowski jest w bardzo ważnym punkcie osoba niemądrą. Ktoś, kto ma pełny dystans do swoich lat „chmurnych i durnych”:

Ze swoim przyjacielem Ryszardem Herczyńskim, który matematykę studiował, chodziłem na seminaria Henryka Mehlberga z teorii nauki. Jako wszech­wiedzący dwudziestolatek przeprowadziłem tam druzgocą­cą polemikę z teoriami Poincarego, wielkiego matematyka francuskiego. Zatroskany Mehlberg tłumaczył mi łagodnie: „Panie Leszku, może ten Poincare nie jest aż taki głupi…”.

Bardzo krytycznie patrząc na ideę, która swego czasu go uwiodła:

Prawdziwi komuniści uważali się właściwie za narzędzie tej ideologii i tej partii (…) odmawiając zeznań, chociaż ich torturowano na śmierć. Co więcej, odmawiali popełnienia samobójstwa. To był przypadek Duracza choćby, znanego adwokata, który bronił komunistów na procesach (…) Kiedy aresztowało go Gestapo, była możliwość dostarczenia mu trucizny, ale on odmówił, chociaż był torturowany straszliwie i w końcu zabili go podczas przesłuchania. Myślę, że taki komunista prawdziwy, stuprocentowy, nie czuł się w prawie dysponować własnym życiem. W partii komunistycznej samobójstwo było zabronione, nieformalnie oczywiście, ale było zabronione.

Na stare lata zachorował na to samo: zafascynował go kolejny autorytaryzm. Do momentu przeczytania tej książki, myślałam, że na starość „zluzował” swoje krytyczne podejście do religii. Tymczasem poszedł dalej, bijąc hołdy przedstawicielom Boga na ziemi. Nie jestem przekonana, że wszystko można tłumaczyć wiekiem (wywiadu udzielał, już pod koniec życia). Zapis myślenia, które pogrążyło nas na początku lat 90-tych, wtedy mówili o ty nieliczni, dziś kolejni przecierają oczy ze zdumienia.

Na deser jeszcze jeden cytacik:

Jako jedenastoletni chłopiec usłyszałem na wsi od innego chłopca, że Żydzi nie mogą widzieć słońca. Kiedy go zapytałem, dlaczego w takim razie noszą czasem okulary przeciwsłoneczne, odpowiedział: „Oni tak udają…”

Czytając wywiad z Kołakowskim, w  roli przerywników, czyli niewiele ponad 100-kartkowych przekąsek na jeden wieczór, wystąpiły:

Severina Rodrigo Rey Rosa

Opis książki na okładce, zapowiada, że jest to: Opowieść o wyzwalającej, a zarazem destrukcyjnej sile miłości. Zagadka kryminalna na tle barwnego obrazu Gwatemali.

Opis mocno na wyrost. To, ze zafascynowany kobietą mężczyzna pozwala jej kraść książki ze swojej księgarni trudno nazwać „zagadką kryminalną” a fakt, że akcja toczy się w Gwatemali, barwnym jej obrazem.

Urokliwe czytadełko. Nic więcej

Bębny nocy

Najsłabsza z trzech przeczytanych przeze mnie książek Miljenko  Jergović (dwie pozostałe, to Ojciec i Buick riviera, obie całkiem niezłe).

Bębny nocy to opowieść o Sarejewie.  Bohater książki przyjeżdża latem 1914 roku do Sarajewa badać klon jaworowaty, drzewo, które rośnie  w okolicznych górach i jest od wieków wykorzystywane jako materiał na gęśle i skrzypce (robiono z niego robiono Stradivariusy).  Wyjeżdża z Sarajewa w 1919 roku. Przez cały czas pobytu robił notatki , które zostały dwukrotnie wydane, drugi raz w latach osiemdziesiątych.  Obie wersje trochę się od siebie różnią i książka to  w dużym stopniu analiza porównawcza obu tych wydań.

Pomysł na książkę ciekawy, napisana jest w formie historycznej gawędy, ale nie „haczy”. Może to wina tłumacza?

Drugi koniec kijka

Remont trwał prawie rok, mieszkałam kątem u mamy czym budziłam współczucie i nawet trochę na tym „jechałam”. W tym tygodniu, boleśnie uświadomiłam sobie, że każdy kij ma dwa końce. Wyszłam z domu do pracy o 8 rano, wróciłam o 18.30. Po powrocie wypiłam herbatę i postanowiłam na godzinę pójść do ogródka. Przerwałam dopiero o 21, grzebałabym w tej ziemi i dalej, ale robiło się już ciemno. Zaczęłam sprzątać. Sprzątałabym dalej, ale o godzinie 23 uznałam, że pora iść spać. Po kąpieli, wzięłam do ręki książkę, ale nawet strony nie udało mi się przeczytać, zasnęłam przy pierwszej linijce tekstu. Rok temu wyszłabym z pracy o 17 i z gotowym planem na popołudnie: kino, prelekcja, spotkanie towarzyskie …

Tak mnie to zirytowało, że kolejne dwa dni posiedziałam u mamy, żyłam ubiegłorocznym życiem i nadrobiłam trochę zaległości kinowych, bo życie towarzyskie wakacyjnie klapło. Gdy trzeciego dnia wróciłam do domu, kilka kwiatków w skrzynkach ledwie zipało, difenbachia znów była „padnięta”, a kolendra padła na pysk. Mogę się tylko cieszyć, ze mój „bunt” trwał tak krótko., gdybym została dłużej, nie byłoby co zbierać.

W nagrodę siedzę sobie teraz na ładnym tarasie i pisząc te słowa mam przed oczami ładny widok. Tyle, że wieczorami chłodno.

W przerwach oglądam odkryty w tym tygodniu rewelacyjny kanał na Fejsie: Zielone pogotowie (polecam), a w przyszłym tygodniu wybieram się do punktu Adopcji i Wymiany Roślin „Zielony MokoTuff (wygląda bardzo obiecująco). Przygotowałam nawet „wkupne”.

Bycie ogrodnikiem, nawet takim który nie ma za dużo sukcesów, też wymaga czasu. Nie mogę się doczekać końca sezonu: weekendu w pidżamie z zapalanym kominkiem, audiobookiem i drutami w ręku.

W kuchni imponująco przedstawia się scindapsus, paprotka trochę gorzej, ale też i nie umiera. Scindapsusowi dobrze robi nawożenie, dawno temu, gdy nie było nawozów pamiętam, że w jednym domu dawano mu do jedzenia wodę z rozmrożonego mięsa.

Już się martwię jak przezimują moje rośliny pokojowe. Bardzo je lubię, ale chyba nie aż tak, by tylko dla nich grzać cały dom. Większość kwiatów w salonie nie wytrzyma, gdy w tygodniu zimą temperatura spadnie do 10 -12 stopni.

Pewnie przeniosę je do Hobbitonu, mam tam na parapecie sporo wolnego miejsca. Tyle, że mogą źle zareagować na zmianę miejsca

Mam takie doświadczenia z oleandrem, który po powrocie od Gabi, długo wyglądał jak badyl, zanim przypomniał sobie, że stał w tym miejscu przed remontem i łaskawie zaczął wypuszczać nowe liście.

Na tarasie zrobiłam sanatorium dla roślin, odżył w nim nawet popryskany na paciorkowce bluszcz, ale na jesieni będzie z tymi roślinami krucho. Pytanie czy do przetrwają do wiosny, kiedy znów będę mogła przenieść je na taras.

Z kinem już nie jest tak jak dawniej. Multipleksów unikam, bo drogie i śmierdzą kukurydzą. Kinotekę odkąd zaczęła przekształcać się w studyjny multipleks, też raczej omijam. Ale z drugiej strony: takie kino Amondo niewiele się rożni od tego co mam w domu.

Bilet w Amondo 12 zł, a abonament HBO GO 18 zł. Na emeryturze może to mieć dla mnie znaczenie.

dobry serial

Taboo

Klasyczny przygodowy serial. Londyn, początek XIX wieku. Główny bohater otrzymuje w spadku kawałek ziemi w Ameryce o strategicznym znaczeniu. Ten kawałek lądu usiłuje przejąć: angielski król, grająca w kontrze do niego Kompania Wschodnia oraz władze Ameryki. W pierwszym sezonie (kolejne dopiero mają być nakręcone) nasz bohater lawiruje pomiędzy tymi trzema graczami, starając się zachować życie i majątek. Dobrze zagrany, z wciągającym mrocznym klimatem.

dobry film

Kafarnaum

Karmel tej reżyserki był bardzo dobry, Kafarnaum zwala z nóg. Emocjonalny rollercoaster: slumsy Bejrutu pokazane oczami dzieci.

Obok pokazania okrutnej rzeczywistości jest i wątek baśniowy, w którym dwunastolatek pozywa swoich rodziców, o to, że go powołali do życia. Bardzo niepoprawny politycznie film, pokazujący bez retuszu świat, w którym dzieci rodzą się bo „Bóg tak chciał”, ale niestety dla nich, na tym się ta boska interwencja kończy.

Pamiątki Claire Darling

W małym francuskim miasteczku, w bardzo dużym domu żyje samotna wdowa (Catherine Deneuve).

Chęć do życia straciła już przedtem (syn dawno temu zginął w wypadku, a córka wyjechała w świat), teraz traci pamięć i przeczuwając zbliżającą się śmierci postanawia pozbyć się rzeczy. A ma ich w domu całe mnóstwo, jedne piękniejsze od drugich. Zaklęta jest w nich cała historia rodziny, to że nierzadko mają i dużą wartość, jest sprawa drugorzędną.

Nostalgiczny film o odchodzeniu pewnej epoki, końcu francuskiej burżuazji. Ładne i miłe w oglądaniu. Nic odkrywczo.

W deszczowy dzień w Nowym Jorku

Kolejny Woody Allen. Jego bohaterzy, tak jak przed laty, umawiają w Central Parku, w tle gra jazz, a główny bohater idąc ulicami Manhattanu, prowadzi sam ze sobą dyskusję. Słowem to co zawsze. I nawet wszystko byłoby cacy, są nawet momenty gdy dialogi iskrzą jak za dawnych lat, gdyby nie dziewczyna głównego bohatera (Timothée Chalamet). Elle Fanning gra słodką idiotkę, ale Allen musi bardzo nie lubić kobiet, skoro stworzył aż tak przerysowaną postać. Niestety dla filmu, jest to główny wątek, przez co spory jego kawałek był dla mnie nie do przełknięcia. Natomiast o dziwo na plus zaskoczyła mnie Selena Gomez.

Zobaczenie kolejnego filmu Allena jak tylko wejdzie na ekrany, to nie jedyny mój rytuał. Jak tylko zobaczyłam, że Maciej Stuhr czyta kolejny kryminał o Cormoranie Striku, odłożyłam inne audiobooki na bok i słucham. Sporo tego, ponad 25 godzin.

Kolejna koza

Jeszcze do końca nie uporałam się z remontem (lista rzeczy do poprawienia może nie jest długa, ale jednak jest) i zamiast dać sobie na luz, wzięłam się za ogród.

Jest ładnie – ale z tzw. perspektywy.

Z detalem już gorzej. I nawet nie chodzi i krzaczki, które przechodzą okres adaptacyjny.

Ale o trawę. A raczej o to co miało być trawą, a nią nie jest. Mniej więcej 1/4 ogrodu przed domem zaatakowało dzikie proso, zwane czasami chwastnicą.

I teraz trzeba tę cholerę na kolanach wyskubać. Czyli zamiast książek, drutów i innych przyjemności, ciężka polna orka.

Przetrenowałam za to inny sposób na uniknięcie zbędnego wysiłku: obiad rodzinny zamówiony do domu. Zalogowałam się na pyszne.pl, dowiedziałam się, że w Brwinowie jest gruzińska knajpa, zamówiłam i cały wysiłek potrzebny do wyprawienia obiadu rodzinnego na 11 osób sprowadził się do włożenia naczyń do zmywarki.

Jak co roku poszłam na Marsz pamięci.

Tym razem bohaterem był Władysław Szlengel. Na koniec zaproszono na koncert. Myślałam, że jego przeboje zagra kapela w stylu syna Młynarskiego, autor Ada to nie wypada kojarzył mi się z takim klimatem. Tymczasem na scenę wyszła kapela heavy metalowa. Nie dało się tego słuchać.

W kinach nikanikuła. Z tęsknoty za kinem (bo raczej nie z chęci zobaczenia tego filmu), poszłam na drugą część I znowu zgrzeszyliśmy dobry Boże.

Miło się rozczarowałam. Wprawdzie przewidywalna do bólu i nie najbardziej lotna, ale przynajmniej śmieszna. A to ostatnie bardzo rzadko się udaje.

Na koniec moja przygoda z UPC (mnie śmieszy).

Usiłowałam się dogadać z UPS, a tam bot. Gada metaliczny głosem, wszystko chce załatwić sam, zadaje pytania i za nic nie chce przekierować do konsultnta. No się tak wpieniłam, że na kolejne jego pytanie krzyknęłam kurwa mać! I wtedy spokojny głos mnie poinformował: za chwilę zostaniesz połączony z konsultantem….