Przeczytane 2019.17

dobra książka

Stramer Mikołaj Łoziński

Snujowata saga rodzinna Stramerów. Poznajemy ich w latach 20-tych ubiegłego wieku. Nathan i Rywka mieszkają w Tarnowie, mają sześcioro dzieci. Nathan nie może zapomnieć Ameryki, z której wrócił, bo tęsknił za Rywką.  Rywka milcząco przygląda się jego kolejnym nieudanym interesom, w których topi przysyłane przez brata z Ameryki dolary. Patrzymy jak dorastają ich dzieci i po kolei decydują się na opuszczenie rodzinnego domu. Najstarszy podejmuje studia w Krakowie, inny jedzie walczyć do Hiszpanii, kolejni oddają duszę partii komunistycznej. Jeden zapowiada się na czarną owcę. Córka wiąże się z żonatym mężczyzną. Śledząc losy tej ubogiej żydowskiej siłą rzeczy jesteśmy i świadkami tego za oknem. I siłą rzeczy od początku też wiadomo czym się to wszystko skończy.

Stramer został opublikowany 8 lat po Książce i aż takim „wow” jak poprzednie jego dzieło nie jest. Jest świetnie napisaną powieścią, tyle i aż tyle. Można się oczywiście czepiać, że książka jest trochę cukierkowa, ścieżka awansu społecznego w II RP nie była aż tak prosta i dostępna. Na 440 stronach nie da się też szczegółowo opisać kolei losów tylu postaci na przestrzeni dwudziestu lat – o wielu wydarzeniach dowiadujemy się z kilku zdaniowych retrospekcji.

Ale podobnie jak dwie poprzednie jego książki, ma to „coś” co wciąga.

dobra książka

Olive powraca Elizabeth Strout

Kontynuacja Olive Kitteridge, książki której nie czytałam, tylko obejrzałam nakręcony na jej podstawie trzyodcinkowy serial na HBO. Główną bohaterkę gra w nim Frances McDormand, w książce Olive powraca główna bohaterka ma kłopoty z nadwagą, nie wyobrażam sobie tej aktorki tak „przerobionej” (serial jest tak dobry, że biorąc tę książkę do ręki miałam już wdrukowane jak wyglądają bohaterowie miasteczka Crosby i wyłapywałam wszystkie takie „niedopasowania”).

Już w pierwszym tomie, główna bohaterka nie była młoda. W Olive powraca jest osobą starą. Mało jest powieści o osobach w tym wieku. Jak są, starsze osoby często są w nich przedstawiane jak infantylne przedszkolaki, albo otępiałe, nie umiejące się zsynchronizować z rytmem współczesności, worki flegmy.

U Elizabeth Strout starość Olive nie jest przerysowana. Podobnie to, jak radzi sobie codziennością.

No i jak zawsze u Strout, świetnie się to czyta.  

Zaginiony Egon Hostovsky

Niedawno była w Publio przecena książek czeskich autorów, kupiłam kilka, ale dopiero jedną przeczytałam. Zazwyczaj nie czytam książek szpiegowskich (a tak była ta książka przedstawiona), ale ta mnie zaciekawiła, bo tłem wydarzeń jest rok 1948.

Nie tak sobie wyobrażam książkę szpiegowską – oczekiwałam tempa, tajemnic, nagłych zwrotów akcji. Nic tego. Zaginiony to mocno przegadana, pełna nieprzekonywujących postaci, opowieść o przewrocie 1948 roku. Jest też i tak, że książka została napisana w 1951 roku, więc trąci trochę myszką.

Jest za to w tej książce motyw, dla którego jednak warto ją przeczytać. Skończyła się wojna, ludzie odetchnęli z ulgą i nie mieści się im w głowie, że kolejne, nie pasujące do demokratycznej układanki wydarzenia, to nie incydenty, tylko milowe kroki ku dyktaturze. Do bólu aktualny opis „gotowania żaby”.

Oficjalne zakończenie remontu

Przyjechał Bojar i postawił kropkę nad „i”. Ostatnią remontową pracą była wymiana rogu w szafce. Małą rzecz, a cieszy oko (niewykluczone, że tylko ja widzę tę „zasadniczą” zmianę).

Zrobił też całe mnóstwo innych, mega potrzebnych rzeczy. Tu wkręcił, tu uzupełnił, tam poprawił. Przez dwa dni wykreślałam kolejne punkty z długiej poremontowej listy rzeczy do zrobienia i niewiele ich na niej już zostało.

Nie mam już też wody w liniach nawadniających.

Nie muszę kupować nowych reflektorów.

Mam ścięta kolejną gałąź, oczyszczony dach i rynny

Teraz powoli będę umilać ten dom, pilnując się by go nie zagracić. Miedzy innymi powiesiłam swoje witrażyki, mam ich nawet więcej, ale nie wszystkie się zmieściły na metalowym wieszadełku w kształcie drzewka.

W ostatnią sobotę listopada spotkałyśmy się na tradycyjnym babowisku. Było miło, na wniosek Ewy wróciłyśmy do lania wosku.

Ale duch powoli umiera. Ostatni gość wyszedł po dziewiątej wieczorem. Życie towarzyskie stało się popołudniową herbatką z dietetycznym ciasteczkiem, po zjedzeniu którego gna się do dalszych zajęć. Z poprzedniego życia została tradycja przynoszenia butelko wina, tyle że mało kto pije, bo prawie wszyscy przyjeżdżają samochodem.

Byłam pod Ministerstwem Sprawiedliwości. Poszłam z myślą by tym szykanowanym pokazać, że nie są sami. Maniera tych wieców do mnie nie przemawia, zagrzewanie do boju budzi we mnie zażenowanie, wpienia zakrzykiwanie tego, z jak małym odzewem spotykają się tego typu akcje. Bo ludzi było zaskakująco mało. Tu też duch obumarł (pomijając to, że nigdy nie imponował swoją siłą).

Pogoda dalej płata figle. cały czas zapowiadają zimę, a po oczach bije zieleń trawy.

Z tym klimatycznym galimatiasem poradziłam sobie w ten sposób, że czekając na święta wsadziłam do wazonu gałązki sosny, a patrząc na to co za oknem obok postawiłam bazie.

Klub czerwonych majtek

W sporze z Zusem sąd I instancji uznał wszystkie moje racje, uznał nie tylko sporne 9 miesięcy jako czas pracy, ale i wykazane w świadectwie pracy wynagrodzenie. Jedno ale: ponieważ sąd poszedł dalej niż biegły, prawdopodobnie ZUS złoży apelację. Z tym, że nie mam tego wyroku na piśmie i miarą mego zaufania do państwa jest to, że z pewnym niepokojem czekam na to, jak dostanę go do ręki.

O tym, że wygrałam przeważyły dwie sprawy. Po pierwsze wzięłam z mojego obecnego miejsca pracy zaświadczenie, że podważone przez biegłego świadectwo było już w obiegu w 1994 roku i w tamtych czasach spełniało wymogi formalne.

Po drugie, jako członkini-założycielka Klubu czerwonych majtasów odpowiednio się na tę rozprawę ubrałam (gdy w przeddzień rozprawy zorientowałam się, że zostawiłam je u mamy, specjalnie w tym celu pojechałam wieczorem do Wwy). Poniżej opracowane w 2010 roku klubowe logo.

Poszłam na kolejne zajęcia biżuterii z recyclingu i mój podkoszulkowy naszyjnik dostał eleganckie zapięcie (fota z prawej). Moja miłość do szmacianej biżuterii zaczęła się w dniu, gdy dostałam od Gumisia naszyjniki z chustek do nosa (środkowa fota). Sama z siebie zrobiłam dżersejowe naszyjniki, kilka razy jakaś kobieta mnie zaczepiła, chwaląc za pomysł.

Kupiłam młynek dziewiarski i najpóźniej na emeryturze (a może uda mi się wcześniej) poszaleję:

Cały weekend zajęła mi domowa krzątanina. Zgrabiłam liście pod drzewa i teraz mam tylko nadzieję, że wiatr nie nawieje z powrotem.

Rozmontowałam nawadnianie i czekam jeszcze na Bojara i jego kompresor, by wydmuchać wodę z linii nawadniających.

W ramach autkowania, pojechałam do Leroy Merlin, parking był pełen, nie chciałam stawać miedzy dwoma samochodami i przycupnęłam przy wiacie na koszyki. Jestem z siebie dumna, że wyjechałam bez zahaczenia o słupek.

Kupiłam korę do ocieplenia krzewów i idąc do kasy odłożyłam z powrotem na półkę agrowłókninę oraz paczkę plastikowych kołków do mocowania agrowłókniny. Ogrodnictwo domowe to wielki konsumpcyjny świr i przynajmniej próbuję zachować rozsądek.

Z pamiętnika wk … konsumentki

Dostałam mail, że uznali moją reklamację dolnopłuku. Na szczęście przeczytałam ten mail do końca, ostatnie zdanie brzmiało: niezwłocznie wyślemy miskę na podany przez Panią adres. Zadzwoniłam i wytłumaczyłam, ze nie reklamowałam miski, tylko dolnopłuk. Dwa dni później w w skrzynce pocztowej znalazłam awizo o nieudanej próbie doręczenia paczki i o pozostawieniu paczki w punkcie odległym od mojego domu o 2 km. W pierwszej chwili nie skojarzyłam tego z reklamacją, obleciałam sąsiadów, zadzwoniłam do córki. Na koniec okazało się że paczka jest do mnie. Kilka następnych telefonów i dowiedziałam się że jest to dolnopłuk wysłany jako forpoczta serwisanta. Urocze. Szkoda tylko, że nikt mnie o tym nie poinformował. Najwidoczniej GLS uważa, że wszyscy od rana do wieczora siedzą w domu czekając na niespodziewaną wizytę kuriera Nie dano mi szansy na zmianę adresu doręczenia, a punkt w którym to na mnie czeka jest otwarty od 9-16 w dni powszednie.

W dodatku, ja chcę mieć zreperowany cieknący dolnopłuk, a nie rozwaloną całą ścianę. Ratunku !!!

Martwy tydzień

Listopadowa smuta. W tygodniu praca – dom. Bez kina, bez spotkań towarzyskich, innych atrakcji. Zrobiłam listę zaległych spraw do załatwienia (stale się wydłużą) i teraz po kolei, punkt po punkcie, odhaczam. Może przed Nowym Rokiem zdążę.

Przy czym z jednej strony skreślam, z drugiej dopisuję. Czekam na rozpatrzenie reklamacji dolnopłuku, a tu niepodziewanie odkleiła się od oprawki i spadła na stół szklana oprawa dekoracyjnej żarówki z Ikei. I teraz do listy dopisałam „Ikea”.

Powoli przybywa mojego Kolibra. Jako znaczniki rewelacyjnie sprawdzają się spineczki do włosów dla bardzo małych dziewczynek. Dedykowane druciarkom trzeba przesuwać na drucie, a te wczepia się w robótkę i w niej tkwią. Wprawdzie podają miejsce tylko w przybliżeniu, ale przy robieniu szala to wystarcza.

Jeszcze raz pochwalę się moim zygokaktusikiem. Szczepki dostałam od Doroty, ma kilka odmian, a że były wymieszane, to teraz mam taki czerwono-różowy kicz.

Było w komentarzach o padniętej molinie, moja na razie rośnie.

z poradnika wk …. konsumentki

Jak straciłam na bezdurno 200 zł.

Dostałam rachunek za komórkę 200 zł. więcej niż się spodziewałam. Z zestawienia wynikało, że policzyli za rozmowy w Izraelu. Jak tam byłam nie dzwoniłam, w rachunku też nie było podanych numerów, więc uzbrojona w swoje racje zareklamowałam. A tu bęcka. Nie miałam wyłączonego tzn. przekierowania. wystarczyło że do mnie dzwonili, gdy telefon był niedostępny. Nie musiałam odbierać i gadać. Wyłączyłam to cholerne przekierowanie. Tylko nie wiem co to oznacza. I po co ono mi było potrzebne.

Jak straciłam 2 godziny (i stracę kolejne)

Skończyła mi się ważność duru brzusznego. Umówiłam się na Infolinii (Luxmed), pani doktor mnie zbadała i wysłała do rejestracji bym zapłaciła za szczepienie, bo mój abonament go nie obejmuje. A tam dowiedziałam się, że ponieważ chcę mieć wpisane szczepienie do żółtej książeczki, czyli robię go z myślą o wyjeździe, muszę zostać zakwalifikowana do szczepienia przez lekarza podróży. I o ile wizyta u pani doktor była w ramach abonamentu, to spotkanie z lekarzem podróży, po abonamentowej zniżce, kosztowałoby mnie 180 zł. Dur brzuszny też u nich dziwnie drogi, 300 zł. W tej sytuacji umówiłam się w Szpitalu Wolskim, gdzie za 300 zł zapłacę za wizytę i szczepienie. Tyle że każda taka wizyta, to minimum 2 godziny w pracy do odrobienia.

dobry serial

Kroniki Times Square


Trzeci (i ostatni) sezon. Zapis końca epoki przemysłu pornograficznego opartego na „dzielnicach uciech”. Jeszcze nie ma Internetu, ale strach przed Aids studzi (a dla innych stanowi poręczny parawan) i wymusza zmiany. Trzeci sezon chyba mało czytelny, bez obejrzenia poprzednich, ale dalej trzyma poziom. Co przy serialach rzadko się zdarza.

W niedzielę, aktywność towarzyską wymusza posiadanie autka. Pan z warsztatu kazał jeździć, więc wsiadam, dzwonię, wpraszam się i jadę. W tym tygodniu padło na Gabi. Pojechałyśmy do parku w Grodzisku, na tzw. stawy. Na plaży nikt się nie opalał, ale byli tacy, co się kąpali. Za ciepło by uznać ich za morsów.

Wracając ze spaceru pojechałyśmy na obiad do Milanówka i tam na szybie Domu Kultury zobaczyłam coś takiego. Poczułam że los do mnie woła: zobacz ile cię omija kiedy siedzisz w pracy!

Boję się być emerytem ze starego portfela, ale z drugiej strony jak tak dalej będę zwlekać, to w końcu tej emerytury nie dożyję.