Obrażona na rzeczywistość

Zgłosiłam się na obserwatora wyborczego i chyba nie był to najlepszy pomysł. Zapomniałam, jak źle znoszę bycie w grupie przegranych na starcie. No nie mają naszego płaszcza i co im zrobimy? Oni nas nienawidzą, my nimi pogardzamy. Jeżeli jest to pozycja wyjściowa, to na pewno nie do pokojowego współistnienia.

Popatrzyłam za to jak to wygląda z drugiej strony. Przede wszystkim, ponieważ tajność jest prawem, a nie obowiązkiem, w wielu przypadkach samodzielność głosowania jest iluzoryczna. Komisja reaguje dopiero wówczas, gdy ktoś za kogoś wypełnia kartę, natomiast gdy mąż stoi nad żoną i „pilnuje” jaką kratkę ona zaznacza, czy gdy rodzina wspólnie wypełnia karty milcząco to toleruje, udając że nic nie widzi. Inna sprawa, że gdyby zareagowała i tak skończyłoby się na pyskówce, bo nie ma w tej sprawie jasnej podstawy prawnej. Lokale też są różne. Jeden z nich (byłam w trzech) był tak mały, że w zasadzie bardzo łatwo było zorientować się kto jak głosuje. W żadnej komisji nie było kotar, tylko ograniczone z trzech stron, postawione na stole boksy. Co do liczenia, to wszystko opiera się na zaufaniu. Jeżeli jakiś członek komisji będzie chciał oszukać innych, przy tych procedurach ma sporą szansę, że mu się to uda. Jak wszędzie, tak i tu, najsłabszym ogniwem jest człowiek. Inna sprawa, że gdy słyszę, że nie wszędzie opozycja zadbała by wziąć udział w pracach komisji, ogarnia mnie wściekłość. A jeżeli chodzi o wybory korespondencyjne dziwię się, że od rana do wieczora nie trąbią jak to zostało przygotowane.

To nie jedyna moja porażka. Chodzę wściekła, bo nie jem. A nie jem, bo stanęłam na wadze i to co zobaczyłam, mnie przeraziło. To, że jedna z moich ciotek ma covid+10 nie pociesza. Mam mniej, ale też tego co mam w tydzień się nie pozbędę. Liczę kalorie i usiłuję tak jeść, by ponad 50% kcal było z tłuszczów i białka. Z trudem mi się to udaje. Zjeść tak by węglowodanów było poniżej 50% jest naprawdę trudno, a podobno powinno być ich jeszcze dużo, dużo mniej. Plusem jest to, że okazało się, że jednak mogę mieć w szafce całe mnóstwo bakalii, ciasteczek, lodów, serów i nie podjadać. Tyle, że jak pisałam, odmawianie sobie tego wszystkiego co oczy widzą, humoru nie poprawia.

Motywuje mnie Joan Macdonald. Miała 70 lat jak zabrała się za siebie. Teraz ma 73 i 30 kg mniej.

Za dwa tygodnie mam jechać na trzy tygodnie do sanatorium, wiem, że skierowanie zostało do mnie wysłane, tylko poczta w Brwi ma jak zwykle problem z jego doręczeniem. Pobyt w sanatorium zamierzam potraktować jako prezent od losu. Przede wszystkim cieszę się na spotkanie z rehabilitantem. Zaczynam podejrzewać, że moje obecne wędrówki po neurologach to wynik nadwyrężenia kręgosłupa po pilatesowych harcach.

Powoli zaczynam się już pakować do sanatorium. Kindle raz na zawsze rozwiązał problem co ze sobą zabrać do czytania. Wyjazdowym problemem do rozwiązania pozostają druty. Jadę autkiem, wiec mogę zabrać ze sobą Twistle-Covid i jest duża szansa że tam go skończę. Na zdjęciu tył kamizelki. Mam nadzieję, że nie będzie to kolejna porażka.

Zawsze na wyjazdy brałam szale, ale chwilowo czuję przesyt. Z drobnych rzeczy myślę o skarpetkach – nie tyle do chodzenia, ile do noszenia w domu w długie zimowe wieczory. A z rzeczy większych mam zamiar ponownie zrobić Pianino (sweter na zdjęciu wzięła ode mnie córka). Pytanie z jakiej wełny. Holst to 90$ ale pewność, że warto. Drops Nord to 2/3 tej sumy i brak zaufania.

Ale to i tak po sanatorium. Na razie postanowiłam kupić na skarpetki Drops Nord i zobaczyć czy naprawdę jest taki dobry jak mówią. Myślałam o powrocie do niebieskiego Holsta. Robiłam z niego Ronan (zdjęcie z lewej), ale porzuciłam gdy okazało się, że po założeniu czuję się w nim jak w kaftaniku bezpieczeństwa, może gdyby był robiony z miękkiej, lejącej się wełny byłoby inaczej? Miałam zamiar zrobić z tej wełny zwykły kardigan z plisą, podobny tego prawej stronie (wzór z bardzo popularny na Raverly wzór: No Frills Cardigan).

Ale wtedy przypomniałam sobie o Kaffe Fassett i jego projektach oraz o tym jak bardzo nie lubię robić tzw. „zwyklaków”. Zdecydowanie wolę robić na drutach rzeczy unikalne, nie takie, jakie można kupić w sklepie. Dla mnie Kaffe Fassett jest takim drucianym Aleksandrem McQueen. Żakard na szaliczku powala i na pewno go kiedyś zrobię (nie wiem tylko czy będzie to szaliczek). Ale przeglądając jego wzory znalazłam kolorystyczne rozwiązanie dla mojego błękitnego Holsta. Kwiatki nie byłyby tak duże, bo i ja nie jestem duża. Biała owcza wełna w komórce jest, trzeba by tylko troszkę różowej dokupić i powstałoby coś cudownego.

Czyli w swoich rozmyślaniach wróciłam do punktu wyjścia i bujam teraz w obłokach, co trudno nazwać sukcesem.

Kolejna porażka to ogród. Paskudne ślimaki zjadają wszystko co mają na drodze. A w tym roku jest ich morze. Codziennie odławiam z córką przynajmniej sto (a czasami i więcej) ślimakowatych glizd. Pewnie bez tego byłoby dużo gorzej, ale to akurat mało pocieszające. Natura 2020 też okazała się porażką. Skosiliśmy, by łatwiej było łapać ślimaki i naszym oczom ukazał się zagon przesuszonej ziemi, z mrowiskami i podgniłymi źdźbłami trawy.

A taki ładny był ten trawnik …

Z pamiętnika wk … konsumentki

Mieszkam w domu, nie muszę z nikim niczego uzgadniać, ale moja mama mieszka w bloku. W dodatku na parterze, pierwsze drzwi po lewej. Siłą rzeczy jak ktoś nie ma kodu do domofonu, to do niej dzwoni. Do tej pory dało się jeszcze wytrzymać, bo techniczni z administracji czy listonosz znali kod do domofonu. Ale podobno (tak się dowiedziała mama w administracji) jeden z lokatorów zażądał zmiany kodów i nie ujawniania go nikomu, spoza lokatorów. Moja mama twierdzi, że jak zadzwoniła do administracji powiedzieli jej że nie podadzą go nawet listonoszowi, bo jeden z lokatorów się nie zgadza. Zgody by moja mama robiła za odźwiernego we mnie nie było i byłam gotowa iść na kolejną wojnę. Nie zdążyłam. Ktoś udostępnił swój kod i wyraził zgodę, by go podawać dalej.

Zazwyczaj jak ktoś na własną rękę usiłuje przeforsować coś swojego, nie konsultując tego z pozostałymi zainteresowanymi tak do się kończy. Przedtem była nad tym jakaś kontrola, teraz nie ma żadnej. Ale świadomość, że jest wśród nas tak dużo ludzi „myślących inaczej” poraża.

I jak tu nie być obrażona na rzeczywistość?

I jeszcze ten obezwładniający upał, który zmusza mnie do pomyślenia o naprawieniu systemu nawadniającego. A sił brak. Nawet Mila nie ma siły demonstrować jak jest głodna na nóżkach, tylko liże podłogę na leżąco.

Przeczytane 2020.6

dobry audiobook

Księgi Jakubowe Olga Tokarczuk

Księgi Jakubowe to książka tak gruba (912 stron), że samo przeczytanie jest wyzwaniem. Znam ciotki, co porzuciwszy ją na chwilę, nie potrafiły już do niej wrócić. Pogubiły się w nazwiskach bohaterów i wątkach. Tym bardziej bałam się audiobooka, bo przy tego typu książkach, łatwo się wtedy pogubić. Tymczasem zaskakująco łatwo się ją słucha. Pomaga to, że nie czyta jedna osoba, przy zmianie wątku, zmienia się i głos lektora (Danuta Stenka, Wiktor Zborowski, Jan Peszek, Agata Kulesza, Maja Ostaszewska, Adam Ferency i Mariusz Bonaszewski).

Wielokulturowa Polska drugiej połowy XVIII z Jakubem Frankiem na pierwszym planie, podolskim Żydem, który dla wielu swoich wyznawców był Mesjaszem. Pod jego wodzą przyjęli we Lwowie chrzest, uzyskali szlacheckie tytuły i osiedli na Morawach, w Brnie. Tam, po burzliwym życiu Jakub Frank zmarł jak typowy polski arystokrata, czyli po uszy zadłużony. Ale nie jest to tylko książka o frankistach, tylko barwny fresk historyczny z całym korowodem nietuzinkowych postaci.

Tokarczuk pisała tę książkę 6 lat, przewertowała wiele źródeł zrobiła bardzo starannie research. Ile w tym powieści, ile faktów. Ile było w tym ducha, ile sprytnego pomysłu na asymilację. Kto wie? Jakub Frank jest postacią tajemniczą, sam nie przywiązywał wagi do słów pisanych. W tym punkcie jego alter ego to ks. Benedykt Chmielowski, autor pierwszej polskiej encyklopedii Nowe Ateny (niewiele jest postaci, do których można się w tej książce „przywiązać”, jedną z nielicznych jest właśnie ów ksiądz).

Momentami łapałam się na tym, że zapominałam o tym, że jest to powieść. Czułam niedosyt, gdy książka się skończyła, za mało było dla mnie o dalszych losach frankistów (np. jeden z nich został ścięty z Dantonem, jako jeden ostatni, gawiedź już zdążyła się rozejść i mało kto patrzył jak ścinano mu głowę).

Przy czym zdania na temat Tokarczuk nie zmieniam – czyta się ją ciężko. Więc podejrzewam, że z przeczytaniem tej książki miałabym problem. A że sama historia bajecznie ciekawa, więc jakby co, polecam audiobook (44 godziny słuchania).

Emerytura na 4-tym biegu

W przyszłym tygodniu mam szkolenie, głupio się wycofać, bo wygląda na to, że i ze mną na liście mają kłopoty ze skompletowaniem grupy. Wycofanie się w tym momencie byłoby równoznaczne z odwołaniem tego szkolenia. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że i tak nie będzie pełnej grupy.

Zapisując się na to szkolenie zakładałam, że na emeryturze ma się dużo czasu. Tymczasem nie tylko na takie ekstrawagancje jak szkolenie, ale i na weekendowy wyjazd do znajomych czasu mi teraz brak.

Byłam w tym tygodniu na badaniu EMG. Nie wiem dlaczego postraszono mnie, że będzie to bolało, nic z tych rzeczy.

Co tak dokładnie dzieje się z moją ręką jeszcze nie wiadomo, ale jako druciarka dowiedziałam się czegoś optymistycznego – kilka lat temu cieśń nadgarstka tak dała mi się we znaki, że parę tygodni chodziłam z ręką na temblaku, w zasadzie jedynie widziałam swoją dłoń, niewiele czułam i nic nie mogłam nią zrobić. A tu badanie wykazało, że akurat na tym odcinku wszystko jest idealnie. Czyli takie rzeczy cofają się bez śladu.

W Brwi deszczowo Po miesiącach posuchy (przestałam chodzić do parku, by nie patrzeć jak biedne kaczki mają do dyspozycji jedynie błotną kałużę) wreszcie są szczęśliwe bo mają się w czym pluskać.

W ogrodzie córka poluje na wychodzące po deszczu ślimaki i kubełkami wynosi je na łąki. Chyba jest lepiej, przynajmniej jak na razie nie zaatakowały następnych roślin. Wysianej przez nią kwietnej łąki, takiej jak na zdjęciu po prawej stronie, w naszym ogrodzie już nie będzie: teraz tam buszują po schrupaniu warzywnika. Z tym, że akurat tych łąk to jeszcze najmniej żałuję, moim zdaniem te kwietne trawniki jak nie będą koszone, a będzie się po nich chodzić, szybko zamienią się w step. Wystarczy mi koniczyna (już mam), do której mam zamiar dosiać stokrotki – aktualnie „produkuję” nasiona z przyniesionego od Łady bukieciku.

Oczywiście jest dalej słodko.

W tym tygodniu wnuk miał pierwsze (z trzech zaplanowanych) przyjęcie urodzinowe. Przyszli kuzyni, którzy przez kilka godzin szaleli w domu i w ogrodzie: dom, po którym latają roześmiane dzieci ma niepowtarzalny nastrój.

Było dużo jedzenia i urodzinowy tort …

Pozostawione na talerzykach kawałki tortu wylądowały w kompostowniku i to już było dla Mili za dużo. Zamiast lizać podłogę w proteście głodowym (potrafi tak godzinami) postanowiła użyć siły swoich jamniczych mięśni i jakoś dostać się do kompostownika.

Jak widać na zdjęciu po prawej udało się jej odgiąć kratę. Zanim się zorientowałam tortu już na kompostowniku nie było. Powiedziałam Mili, że jak przerzuci się na ślimaki, przymknę oko, na przekraczanie dziennego limitu kalorii. Ale jakoś to do niej nie trafia, woli torty.

Myślę o diecie … czas już najwyższy. Z myślą o urodzinach wnuka, kupiłam w tym tygodniu sukienkę w żyrafy. Jest luźna, nigdzie mnie nie opina. Ale kiedyś będzie trzeba wyjąć z szafy spodnie. I co wtedy?

Przypomniałam sobie o spodniach, bo jak wracałam w tym tygodniu z dalekiej trasy, wpadłam po drodze do Gumisia. By nie marznąć na tarasie, dostałam sweter, który tak mi się spodobał, że Gumiś mi go podarował.

Idealnie pasuje do dżinsów. Ale trzeba się w nich zapiąć, bez schudnięcia nie jest możliwe, a w tym tygodniu przede mną kolejne urodzinowe przyjęcia.