309

Święta spędzam w wersji wyciszającej – Netfix, książka, druty i audiobook. Z drutami się zawzięłam i postanowiłam wytrwać – całą sobą rzuciłabym kolejną robotę w kąt, ale będę twarda i to skończę. Chodzi o Color affection (po mojemu Buras affection – robiąc słucham katastroficznego Blackout’u, więc pasuje).

Problem w tym, że to co mi wychodzi nie do końca jest tym, co mnie urzekło na zamieszczanych na Raverly zdjęciach. Wychodzi mi długi i wąski rogal – w pierwszej chwili myślałam, że coś pomyliłam we wzorze, ale nie. W dodatku „krótszy” bok się nie rozciąga – więc za bardzo w to, że blokowanie wszystko załatwi nie wierzę. Jeszcze mi trochę do zrobienia zostało, ale co z tego, że na szerokość przybędzie, jak to za cenę tego, że się sporo wydłuży.

Córka zdjęciami wnuka nie rozpuszcza, ale przesłała mi jedno z ich wizyty w Kidzanii.


Weszłam do Internetu, poczytałam o tym i jeżeli jest tam tak, jak o tym piszą, jest to niesamowite. Dla takich maluchów chyba nawet lepsze niż interaktywne muzea w stylu Muzeum Kopernika. Mój wnuk podczas jednej wizyty był dentystą, dziennikarzem, mechanikiem samochodowym, pracował w kawiarni, i agencji reklamowej oraz w elektrowni. Przez cztery godziny zarobił tyle, że stać go było na breloczek do kluczy.

Nie poszłam do Domu Historii na spotkanie z Agatą Tuszyńską, która opowiadała o Irenie Krzywickiej – wybrałam spotkanie w Faktycznym Domu Kultury z Andrzejem Jagodzińskim, tłumaczem literatury czeskiej.

Okazją do spotkania było wznowienie przez wydawnictwo Szczygła powieści Josefa Škvoreckiego Przypadki inżyniera ludzkich dusz (mam w „stosiku”). Publiczność piła wino, główny bohater piwo. O literaturze czeskiej za dużo nie wiem, więc nie zawsze wiedziałam o czym mówią. Ale mówili tak ciekawie, że nie żałowałam, że nie poszłam na Tuszyńską. Nie wiedziałam też, że opowieść o byciu tłumaczem może być tak ciekawa.  

Tu można posłuchać podcastu z tego spotkania.

 Byłam w tym tygodniu jeszcze na jednym spotkaniu

Samo miejsce bardzo lubię, trzymam kciuki by przetrwali. Ale to spotkanie się nie udało – cały czas wrażenie, że odbywa się po „łepkach”, prowadzący się gdzieś spieszą, pilnują by za dużo nie mówić, bo a nuż zaciekawią i rozpocznie się trudna do skontrolowania dyskusja. Nie minęło pół godziny, gdy padła prośba o pytania z sali. Jak zawsze nie było ich za dużo, wiec po godzinie było już „po wszystkim”. 

A że temat mnie ciekawi – mam wrażenie, ze zawsze był mocno zamiatany pod dywan, więc kupiłam książkę i będę czytać. 

Ostatni będą pierwszymi


Nie wiem jakim cudem przeoczyłam ten film – nie dlatego, że jest tak dobry ale dlatego, że z mojej „alternatywnej” półki. Dwóch facetów dostaje zlecenie znalezienia skradzionego telefonu – jego właścicielowi zależy na jego odzyskaniu, bo są w nim nagrane kompromitujące go materiały. Gdzie mają go szukać wiedzą dzięki lokalizatorowi. Śledząc ich poszukiwania, poznajemy mieszkańców miasteczka, na którego terenie ktoś ma ten telefon w kieszeni. Francuska prowincja fotografowana jak trzeci świat, a nie jak przyciągający oko region turystyczny. Scenki robiące za metafory, sugerujące głębszy sens. Nie zawsze uchwytny, ale można obejrzeć.

Dalida

Jestem tak stara, że pamiętam czasy, gdy była sławna.

Nic nie wiedziałam o jej życiu prywatnym. Tymczasem miała je dość skomplikowane i jak najbardziej nadające się na film. Szczęścia w miłości nie miała. Była szczęśliwie zakochana, gdy jej wybranek popełnił samobójstwo, bo nie został dobrze przyjęty na festiwalu w San Remo. Dwóch następnych zabiło się, nie potrafiąc się pozbierać po rozstaniu. W upragnioną ciążę zaszła z chłopakiem, z którym bała się założyć rodzinę, bo był dużo od niej młodszy itd. … Na koniec – przerażona samotną starością, popełniła samobójstwo.

Sprawnie opowiedziana historia pięknych, bogatych ludzi, ale i mega nieszczęśliwych bohaterów z pierwszych stron plotkarskich magazynów.   

Na Dalidę poszłam do Kinoteki, zrobiłam tam takie zdjęcie.

 

310

Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów Charles King

 

W pierwszej chwili było wow, już chciałam tam jechać. Potem ostudziła mnie zarówno cena biletów jak i sama książka.

Moim zdaniem autor nie umiał się zdecydować: sucha historia miasta czy przeplatana anegdotą opowieść o jej mieszkańcach. Niby jest i to i to, ale mniej więcej w połowie, ten brak określonej formuły mnie zmęczył.

Ale, o ile o wsiach potiomkinowskich wie każde dziecko, to o tym że Katarzyna podziwiała również Wezuwiusza nie wiedziałam: 

Zbudowana nad Dnieprem w pobliżu Krzemieńczuka imponująca makieta Wezuwiusza plunęła na cichy step deszczem ognia i siarki.

Na marginesie dyskusji o lepszym sorcie:

W 1892 roku ponad połowa z sześciuset siedmiu odeskich prostytutek zadeklarowała, ze należy do stanu mieszczańskiego.

Skąd my to znamy?

Ludność chłopska, napływająca do miasta nieprzerwanym strumieniem z dawnych majątków ziemiańskich, przyniosła ze sobą cały repertuar stadnych zachowań i niezachwianą wiarę w słowa prawosławnego duchowieństwa. Systematycznie malał odsetek mieszczan, odgrywających coraz mniejszą rolę w kształtowaniu kultury miasta. 

A polityka zawsze lubiła ingerować w religię:

Usiłując oddzielić żydowską praktykę religijną od żydowskich aspiracji narodowych, Sowieci nakazali usunąć z recytowanych podczas świąt Pesach i Jom Kippur modlitw słowa „w przyszłym roku w Jerozolimie”

Zakończenie to głuchy śmiech historii – żegnamy się z miastem w chwili, gdy powiewa nad nim ukraińska flaga i miasto sposobi się do spokojnych lat rozkwitu …

 

Rzeczy Iwaszkiewicz intymnie Anna Król

 

Mieszkanie rzut beretem od Stawiska zobowiązuje. Ale o ile nie do końca mnie interesują poważne i opasłe opracowania dotyczące Iwaszkiewicza i jego twórczości, to plotki i ploteczki o mieszkańcach Stawiska jak najbardziej.

Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie wpisują się w ten nurt. Punktem wyjścia każdego z rozdziałów książki jest drobny przedmiot, który przykuł uwagę autorki podczas zwiedzania Stawiska (przypomniało mi się Trzynaście fajek Erenburga). Każdy z tych rozdziałów opowiada o  kolejnym węźle emocjonalnym Iwaszkiewicza. Z tym, że ogólnikowo, obszerniejsza jest jedynie opowieść o związku z Błeszyńskim (dalej czekam na odpowiedź na niezadane w tej książce pytanie, kto zniszczył wszystkie fotografie, po Jerzym Błeszyńskim zostało jedno niewyraźne zdjęcie legitymacyjne).

 

Miłość w ich życiu Lidia Olszewska-Wróblewska

 

Przesłodka książeczka.

Trochę pudelkowata, ale w taki „staroświecki” sposób. O miłościach bohaterów naszej historii. Po kilka stron o każdym, więc bez zagłębiania się w szczegóły. Kiedy poznali kolejne miłości swojego życia, potem jakaś anegdota, przywołanie opinii im współczesnych i jak to się wszystko – często w burzliwy sposób – kończyło.

Układa się to wszystko w ciekawą całość – gdyby to ode nie zależało, wykorzystałabym ją lekcji na temat „modelu polskiej rodziny”. 

We własnym sosie

Tydzień w miłym towarzystwie.

Najpierw we własnym. W niedzielę coś mnie zaniepokoiło, w poniedziałek pognałam do lekarza (2 wizyty + badania), ale tak na wszelki wypadek postanowiłam zarejestrować to i u „państwowego”. 45 minut w kolejce i najbliższy termin na koniec lipca. I tak dobrze, że udało mi się wypertraktować opcję: obcy lekarz na koniec kwietnia. Wszyscy wiedzą, że tak będzie działać pigułka dzień po na receptę. To nowa rzeczywistość. Ze starej dalej  nieustannie dziwi to, że w tych kolejkach nikt nie czyta, słucha, czy nawet i dzierga. Kolejka stoi pogrążona w ciszy i ożywa jedynie gdy ktoś usiłuje ją ominąć.  

Dostałam kapkę zwolnienia, więc chwilę posiedziałam w wiosennym, słonecznym, Brwi. 

W środę, w wypełnionej po brzegi sali kina Muranów był pokaz filmu Rodeo – przypomnienie najważniejszych wydarzeń ostatnich 18 miesięcy. Film ma być udostępniony na Youtube, jak już go wstawią, warto  zobaczyć.

 

Po filmie dyskusja z czwórką polityków jak „wypisać” PIS


Gdy na koniec Pacewicz zadał pytanie, czy politycy opozycji nie będą potrafili wykorzystać nadarzających się okazji i wszystko spier …, większość sali (ja również) podniosła rękę na znak, że tak. Nie musiałam słuchać tej dyskusji, by być o tym przekonana. 

Za to sala  była ciekawsza. Sporo znanych twarzy, mądrych ludzi, wielu z nich interesuje się polityka. Pytania zadawał m.in. Krzysztof Łoziński, Stanisław Tym. Nikogo na takim poziomie w polityce nie ma, po żadnej ze stron.

W czwartek u Warlikowskiego było spotkanie z Hanną Krall, ale zamiast tam, wylądowałam w Polin na wykładzie Marcina Zaremby Pogromy i napaści na Żydów w Polsce. 

  

W dużej auli było zajętych z 1/3 miejsc. Jak dla mnie wykład był zbyt „popularnym” poziomie. Niestety niewiele się z niego dowiedziałam, a też znowu wcale nie aż tak dużo wiem na ten temat.

Ruszyłam z ogrodem. To co wyłania się po zgrabieniu, to skrzyżowanie klepiska z perzowiskiem i w żadnym wypadku nie zasługuje na nazwanie tego trawnikiem.

Kwiaty pod płotem już przekwitają, jak babcia z bajki wiążę z brzozowych witek pączki chrustu, na tarasie posadziłam pierwsze zioła

Jest  tym wszystkim, dająca spokój monotonia pór roku. Im jestem starsza, tym bardziej to odczuwam. 

W niedzielę miał być brydż, ale kart było jak na lekarstwo, bo na miejscu zostałyśmy zasypane nieprzebraną liczbą worków z ciuchami.

Kilka godzin przeglądania 


Po co ludzie gromadzą tyle rzeczy nie wiem. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie minimalizm. Wprawdzie i tak byłam najbardziej asertywna, bo wyszłam tylko z 3 workami, podczas gdy inne ciotki miały ich przynajmniej dwa razy więcej. Ale te 3 worki też trudno nazwać minimalizmem.

311

Jak już przestanie być zimno i w Brwi robi się bardzo przyjemne, to i tak nie mam jak się tym cieszyć, bo choćbym nie wiem ile czasu mu poświęciła, ogród zawsze będzie uważał, że to za mało. Na razie wygrabiłam 2/3 grodu z igieł i mam serdecznie dość. Z tyłu głowy mi się kołacze, że powinnam wypryskać Miniszkiem na liściaste, przynajmniej trochę powyrywać perzu, nawieźć, posadzić trawę i podlewać by wyrosła. 

Więcej Brwi, mniej Wwy oznacza również zawężenie programu kulturalnego.

W tym tygodniu było ostatnie spotkanie w ramach Filozofii w Zimowym Ogrodzie. Tym razem gościem Tomasza Stawiszyńskiego był prof. Mikołejko

Tematem rozmowy był fanatyzm. Rozmowa im się nie kleiła, moim zdaniem prof. Mikołejko nie był w formie. Punkt dla niego – 10 kwietnia, 3 godziny po w wywiadzie radiowym widział groźbę powstania religii smoleńskiej. 

Siedziałam naprzeciwko nich, wprawdzie nie w pierwszym rzędzie, ale „na widoku” Pod koniec, odpowiadając na pytania z sali, Mikołejko się zaperzył broniąc swojego prawa do mówienia wprost co myśli o innych. Jako przykład dał studentki na wykładzie, które sprawdzają coś w komórce, kręcą się itp. A jak przez całe spotkanie robiłam na drutach. 

Mój Color affection ma roboczą nazwę Buras affection i to nie dlatego, że na zaprzyjaźnionym blogu przeczytałam, że brąz z czernią nie chodzi. Ten brąz nie jest brązem, a szary ma za dużo z niebieskiego. Ale już tyle zrobiłam, że zrobię do końca.


Na półce czeka wełna na następny szal

 

Moonlight

Tak jak to często bywa, gdy nastawię się na coś świetnego – wyszłam z kina rozczarowana.

Dojrzewanie chłopaka ze slumsów południowych Stanów. Syn ćpającej prostytutki, odstający wrażliwiec, całe dzieciństwo dostaje bęcki, a gdy wreszcie już jako nastolatek oddaje, ląduje w więzieniu. Tam staje się twardzielem  Słowem historia jakich wiele, tyle że w tym filmie bohater pod młodzieńczą wrażliwością, a potem grubą skórą ex-więźnia ukrywa swój homoseksualizm.

Może nie miałam nastroju na taki film. Bo tyle jest zły, ale nie jest tak dobry jak o nim mówią.

 

Ostatnie dni miasta

Film taki sobie, ale zapada w pamięć, bo obok tego o czym opowiada, przechodzimy każdego dnia.

Dzisiejszy Kair. Spotykają się w nim przyjaciele, którzy na co dzień zajmują się kręceniem filmów dokumentalnych, dziennikarstwem. Porozjeżdżali się po świecie. Jeden z nich opuścił Bagdad i ma status uchodźcy w Niemczech. Drugi uważa, ze Bagdad to jego miejsce na ziemi i nie wyobraża sobie by z niego wyjechać itd… Ich świat się rozpada i mają tego pełną świadomość. 

Taka nostalgiczna sentymentalna ballada filmowa. 

Z pamiętnika wk ….konsumentki

Odezwali się:

Szanowna Pani, Pani saldo wykazuje zaległość w kwocie 147,60 zł Firma Solid Security, będzie dochodzić tej należności lub okazania potwierdzenia wpłaty. Księgowanie do najstarszej zaległej należności odbywa się na podstawie: Art. 451 § 3. W braku oświadczenia dłużnika lub wierzyciela spełnione świadczenie zalicza się przede wszystkim na poczet długu wymagalnego, a jeżeli jest kilka długów wymagalnych – na poczet najdawniej wymagalnego. Wobec powyższego należność w kwocie 147,60 zł pozostaje wymagana.

Pytałam radcy prawnego – mam 100% racji. Nie można w 2017 roku ściągać długu z 2011 roku, w dodatku takiego o którym nie było wiadomo w 2016 roku.

Ale też mam graniczące z pewnością  przekonanie, że w sądzie przegram. Ja bez adwokata, bo za 150 zł się nie opłaca, a oni z prawnikiem  …