Życie wróciło do normy, czyli do codziennego patataj.
W obcych ogrodach zachwyt budzą obce magnolie (tu zdjęcia zrobione na spacerze z Joluśką po Mokotowie).

To co zobaczyłam budzi nadzieję – budyniowa żółć tynkowa jest passé, króluje jasno szary tynk, ciemno-szara stolarka i czarne dodatki.
Mój ogród wygląda mniej zachwycająco. Dom też. Pojechałam go zobaczyć, ale zapomniałam klucza do furtki, nie wzięłam pod uwagę tego, że brama został zamknięta na kłódkę i musiałam przejść przez płot.

Już nie te lata. Ręka rozwalona, spodnie rozdarte.
A poza tym remontowy standard, wszystko idzie w dobrym kierunku, ale nie tak szybko jakbym chciała. Powoli dociera do mnie, ogrom wyzwania jakie niesie z sobą urządzanie domu.
Na razie w tym tygodniu zamknęłam moją przygodę z wolontariatem.

Ciekawe doświadczenie, sporo było na ulicy wspierającego uśmiechu, podobna ilość obojętności, tylko kilka osób coś tam nieprzychylnego pomamrotało pod nosem, nikt wprost nie zaprotestował. Tyle że już z daleka, jeszcze przed nawiązaniem kontaktu wzrokowego, łatwo przewidzieć, kto podejdzie i weźmie żonkila.
W przerwie, po rozdawaniu żonkili, a przed koncertem, poszłam spotkać się z Gumisiem, który uczestniczył w nauczycielskich warsztatach samopomocowych. Oglądali film, Miejsce urodzenia Łozińskiego.

Film znałam, książkę czytałam. Aż trudno uwierzyć, że film nakręcono tak niedawno, ledwie 25 lat temu, niesamowite jak od tego czasu zmieniła się polską wieś. A przecież taką jeszcze ją pamiętam. Z kolei prowadząca warsztat zwróciła uwagę na to, że dziś nakręcenie takiego filmu byłby bardzo trudne: ludzie już nie są tak otwarci, odmawiają rozmowy nawet w prostych sprawach, a co dopiero w tak „ciężkich”.
Spotkanie na jakim byłam w tym tygodniu też kręciło się wokół tematu Zagłady.

Bardzo emocjonalny Jacek Leociak, opanowany i tonujący emocje Grzegorz Dostatni. Wyjątkowo, książkę przeczytałam jeszcze przed spotkaniem. Kawał dobrej publicystyki.
To nie jedyne spotkanie literackie na którym byłam. W ramach warszawskiego weekendu księgarń kameralnych wybierałam się na spotkanie z Magdaleną Kicińską, autorką Pani Stefy, ale przyszłam godzinę po czasie i wylądowałam na spotkaniu z Jarosławem Kamińskim, po którym zostałam jeszcze na spotkaniu z Włodkiem Goldkornem.

Tylko Lola to moim zdaniem jedna z lepszych powieści przeczytanych w zeszłym roku, ale autor nie umiał jej zareklamować. Ma wyraźny kłopot z byciem osobą publiczną, na celebrytę się nie nadaje. Ale coś tam z niego prowadzący wyciągnął. Nie wiedziałam, że bohaterowie jego książki nie mieli swoich pierwowzorów.
Bohaterem następnego spotkania był przeciwieństwem Kamińskiego. Świetnie radzący sobie z takimi sytuacjami obywatel świata, wieloletni redaktor działu kultury tygodnika „L’Espresso”. A mnie gdzieś w środku było szkoda Kamińskiego, jego nieporadności, tego że przyszło na spotkanie z nim tak mało ludzi.
Dotarłam też wreszczie na Szarotki. Zachwyciłam się Gackową skarpetką:

Robienie tej skarpetki musi być to bardzo pracochłonne, bo zgodnie ze wzorem, druga skarpetka, która ma stanowić z nią parę jest robiona z tej samej wełny, ale innym wzorem.
Przy okazji zrobiłam coś pozytywnego:

Wydziergałam fragment flagi, która ma być zawieszona 2 maja na skwerze Bartoszewskiego.
dobry film
Lato 1993

Dawno nie widziałam tak dobrego filmu przedstawiającego świat widziany oczami dziecka. Powiedzieć, że nie jest przegadany to mało, dbając o realia – dzieci w tym wieku jeszcze nie potrafią mówić o tym co czują, Carlą Simón opowiada nam o tym głównie obrazem i scenkami, w których pada zaledwie kilka zdań. Ale jak! Tyle, że nie jest t film dla tych którzy lubią by na ekranie dużo się działo.
Z tym, że na pewno na mój odbiór filmu wpłynęło to, że przed pójściem do kina przeczytałam wywiad z reżyserką, Carlą Simón. Wiedziałam że w filmie opowiada o tym jak zapamiętała lato 1993 roku. Miała wtedy 6 lat, jej matka umarła na HiV (już wcześniej umarł jej ojciec) i musiała opuścić mieszkanie w Barcelonie i zamieszkać na wsi z rodziną brata matki.
Chodząc w ten ciepły weekend po Wwie co krok napotykałam na oznaki szaleństwa. Trwa wielka megafonowa ewangelizacja. Koło Dworca Centralnego dudniło, odmienianym przez przypadki imieniem Jezus. Z kolei w Ogrodzie Saskim rozłożyła swoje stoisko parafia św. Augustyna. Do tej pory takie sekciarskie zeznania, o tym jak było komuś w życiu źle, jak błądził ale Bóg nie opuścił i pomógł uprawiały na ulicach niszowe protestanckie sekty.

Jest aż tak źle?















