Na Jawie już nie było takiego obozu przetrwania (przynajmniej do czasu). Zatrzymałyśmy się Yogyakarcie, w znajdującym się niedaleko centrum hostelu prowadzonym przez autorkę tego bloga.
Pierwszy wieczór po przyjeździe spędziliśmy na pobliskim placu Alun-Alun Kidul. Atmosfera festynu. Dzieci naciągały rodziców na przejażdżkę rowerem, który był tak obwieszony ledowymi lampkami, że udawał święcące się autko.

Na środku placu rosły dwa drzewa. Zabawa polegała na tym, by startując z obrzeża placu, z zawiązanymi oczami przejść pomiędzy tymi drzewami. Do pokonania był dystans ok. 100 metrów. Wydawało się to dziecinnie proste, ale nie było.

W Yogyakarcie zwiedziłyśmy pałac sułtana, w którym poza murami, nie było nic ciekawego do zobaczenia.

Potem Pałac Wodny. Sułtan miał tam do dyspozycji dwa baseny, jeden mniejszy dla siebie, drugi, dwa większe, dla swoich żon. Podczas gdy one się kąpały, on obserwował je ze znajdującej się obok wieżyczki (na poniższym zdjęciu, baseny dla żon)

Podziemny meczet

Znajdująca się obok naziemna świątynia, została zniszczona podczas trzęsienia ziemi

Cmentarz rodziny sułtana, na którym niestety nie wolno było robić zdjęć. A szkoda, bo był tam niezły myk. Jednemu z krewnych, z racji urodzenia, należało się miejsce w kaplicy. Ale umarł pokłócony z rodziną. Więc umyślili tak, że wpasowali sarkofag w ścianę tak by tylko połowa była w kaplicy, pozostała część wystaje na zewnątrz.
Teatr cieni

Fabrykę batiku

W okolicach Yogyokarty zobaczyłyśmy Borobudur, największą świątynię buddyjską na świecie.

Zespół świątyń Prambanan – są z IX wieku, ale zważywszy na to ile „przeżyły” trzęsień ziemi, podziw budzi pieczołowitość z jaką je ponownie składają, niczym z klocków lego


Muzeum historii płd Jawy (a tak naprawdę rodziny sułtana), w którym też nie wiedzieć czemu, nie wolno robić zdjęć. Nieopodal znajdowało się miejsce upamiętniające ostatni wybuch znajdującego się niedaleko Yogyakarty wulkanu Merapi..

Cudowną plażę, dającą wyobrażenie jak piękne jest wybrzeże wulkanicznych wysp



Kulminacyjnym punktem wyprawy była wycieczka w głąb Jawy. Wyjechaliśmy o 12 w nocy, tak by o 4.30 rano być na miejscu. Po ciemku wdrapałyśmy się na górę i trzęsąc się z zimna, czekałyśmy na wschód słońca. Otaczał nas tłum, tyle że on w przeciwieństwie do nas wykazywał entuzjazm przypominający reakcje kibiców sportowych.

W drodze powrotnej obserwowałyśmy dymiące stoki gór, na których na tarasach uprawiają nie ryż, tylko kartofle i wulkaniczne jeziora.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam bulgoczące wulkaniczne jeziorko i stojąc obok wdychałam obrzydliwy smród siarki.

Ostatnie trzy dni spędziłyśmy na wyspie Lembongan, bycząc się i nabierając sił na powrót.

Cała wyspa to wygrodzone i starannie utrzymane ośrodki i otaczający je jeden wielki śmietnik. Płynąc na wyspę, nie wzięłyśmy pod uwagę tego, że sytuacja odcięcia wykorzystywana jest do skubania klientów. I tak bandycki kurs wymiany w miejscowym kantorze sprawił, że bardziej dla zasady niż ze skąpstwa, zredukowałyśmy plan zaplanowanych wcześniej masaży. Dobrze, że jadąc z lotniska do portu poprosiłyśmy taksówkarza by zatrzymał się przy supermarkecie, w którym zakupiłyśmy spory zapas wina.























