123

Jest ładnie.

Długa lista rzeczy, które trzeba zrobić, nie ma na to wpływu. Mam ją w głowie, mam ją w  Onenote, ale jak gość wejdzie w dom, to mu się w oczy nie rzuca.

Szafy jeszcze świecą pustkami, większość rzeczy dalej poutykane „po ludziach”. Ale powoli ich przybywa. Na ścianie jadalni  wisi coś, z czego jestem dumna: ebonitowy, przedwojenny domofon z oryginalnym kablem.

Wprawdzie współczesne domofony są zdecydowanie bardziej praktyczne (można przez nie gadać), ale strasząc plastikiem,  nie dorównują takim ślicznotkom jak mój, urodą !

W święta dom tętnił życiem. Rodzina może nie w komplecie, ale w dużym kawałku.

W puzzle z 1000 kawałków, zabrakło trzech. Tak się kończy układanie na podłodze (odkurzacz, przyklejanie do skarpetki itp.).


Wnuk aktualnie celuje w Nobla z chemii


ale w pokoju ma jeszcze zabawki


Po wielu latach rozstałam się z Neostradą i założyłam UPC. W obiecywane 300 Mg nie wierzyłam, ale w 150 już tak. I tyle dostałam. Kosztuje to 50 zł/ miesięcznie, Orange za 10 liczy 80 zł, więc będą powoli tracić klientów. Nie oni jedni.

Powoli umiera Galeria Brwinów. Właśnie zamknęli pasmanterię.

Efekt niedzieli bez handlu. Takie sklepy zarabiały w sobotę i niedzielę, w samą sobotę nie pociągną.

A z UPC też pierwszy brzdęk. Kupiłam Telewizor Smart TV, by robił za ekran komputerowy. Łapie Wi-Fi, widzi kabel, ale o niczym poza poza Netflixem i YouTube nie chce słyszeć.  Jak chce oglądać „swoje” HBO GO muszę puszczać je przez kabel HDM.  Czyli zmieniając laptop, będę  musiała kupić model „bogaty” w gniazda. Coraz mniej takich na rynku. 

Śpię pod prawdziwą pierzyną. Przyjechała do mnie z Kaszub i jest cudowna!

Wiem też co będę robiła przez następny rok – sprzątała! Dom jest duży, ja jestem sama, nie będę się nudziła. A jak jeszcze wiosną zawoła ogród …

 

Rok na walizkach

Patrząc wstecz, widzę jak koncertowo zmarnowałam ten rok.
Mieszkając kątem u mamy, w zasadzie cały czas miałam dla siebie. Mogłam przenieść góry, ale wyszło, tak jak wyszło. Przez miesiąc nawet byłam szczupła, bo fajnie schudłam na diecie pudełkowej, ale jak remont wszedł w ostrą fazę, aby to przetrwać zaczęłam się objadać słodyczami i efekty, są „bardzo” widoczne.
Na drutach w zasadzie nic nie zrobiłam – jedyna rzecz, która udało mi się zrobić w tym roku  to odtworzyć zgubiony Funchal Mobious.
Z czytaniem też nie było szału – czytałam mało, były nawet i takie tygodnie, że nie miałam książki w ręku.
Kontynuując narzekactwo: życie towarzyskie ledwo dycha – po części dlatego ciotki zakopały się w bycie babciami i oddają się życiu rodzinnemu, ale chyba nie tylko. Wyczuwalny jest nastrój zniechęcenia i rezygnacji. Nie umiem powiedzieć, czy to zniesmaczenie światem to kwestia wieku, czy tego jak ten świat wygląda, ale to, że takie zjawisko występuje, czuję każdą komórką ciała.
Remontu też nie uważam za swój wielki sukces. To, że odczuwam tylko lekki dyskomfort, to zasługa ekip wykończeniowych i ludzi których na finiszu poprosiłam o pomoc.
Druga połowa roku w zasadzie była poświęcona naprawianiu błędów, popełnionych w pierwszej połowie roku.  I tak, gdybym dziś wiedziała, to co wiem teraz:
  • W umowie z budowlańcami powinien znaleźć się zapis, że niezależnie od podpisanej umowy, wstawienie elementu, który będzie widoczny po zakończeniu budowy, każdorazowo wymaga uprzedniej akceptacji. Uniknęłabym w ten sposób kilku istotnych nieporozumień, m.in. tego że okna połaciowe mam w kolorze jasnego drewna. Prosiłam o drewniane, ale nie miałam pojęcia, że teraz przez pięć lat, nie mogę ich pomalować, ani obkleić, bo stracę gwarancję.
  • Warto trzymać się przyjętej w umowie kolejności robót i bardzo niechętnie zgadzać się na zmiany w przyjętym harmonogramie robót. Takie „skakanie” po zapisanej w umowie kolejności robót, bardzo utrudnia późniejsze odbiory.   
  • Zanim cokolwiek zostanie zakryte gipsową ścianą, czy zalane betonem, musi być dokładnie sfotografowane. papierowy plan to nie to samo. Jeszcze nie skończył się remont, a już w ścianie za szafkami wycinane były dziury, by dostać się do instalacji wodnej i potwierdzić poprawność wykonania ‚spadków”. Minuty dzieliły mnie od kucia podłogi.
  • Konieczne jest to, przed czym bardzo się broniłam. czyli przed rozpoczęciem prac, dokładne wyobrażenie sobie efektu końcowego. W przypadku łazienek i kuchni nie można bez tego rozpoczynać remontu. Nie zdawałam sobie sprawy, na jak wczesnym etapie prac instalacyjnych rozstrzygane są takie kwestie jak bateria podtynkowa/natynkowa czy wanna wolnostojąca/przyścienna. To samo dotyczy elektryki, chociaż w mniejszym stopniu (najwyżej będzie widoczny  kabel od lampki).
  • Instalację sieciową warto robić wariantowo. Co z tego, że mam zrobioną „bezkablowo” Neostradę, kiedy zdecydowanie lepsza ofertę ma teraz UPC, ale aby skorzystać z ich usług, muszę mieć do domowego routera pociągnięty kabel koncentryczny.

 

Z tym, że to co najważniejsze, jest i najbanalniejsze: o wszystkim decyduje czynnik ludzki.
Ekipę budowlaną miałam mocno taką sobie i nikomu, kto nie umie twardo egzekwować swoich praw,  ich nie polecam. Ostatnią rzeczą jaką można było zrobić to obdarzyć ich zaufaniem. Wszystko do czego zgłosiłam zastrzeżenie: było:
– dobrze zrobione, tylko mnie się wydawało, że jest źle zrobione,
– dobrze zrobione, tylko wykończeniowiec zepsuł
– dobrze zrobione, tylko ja zepsułam
Czwartej ewentualności nie było.
Za to z ekipą wykończeniową miałam niesamowitego farta. To dzięki niej, daje się jednak mieszkać, chociaż bardzo dużo jest jeszcze do zrobienia,
Rok 2019 będzie rokiem urządzania domu. Rzeczy do zrobienia huk.
Na początek przedstawiam mój Hobbiton: oddzielony od reszty drzwiami „część babci”: salonik, sypialnia i łazienka.

Najmniej zostało do zrobienia w tej ostatniej. Brakuje szuflad w szafce, trzeba jeszcze raz pomalować parapet, postawić kwiat w białej doniczce, a kiedyś w przyszłości zrealizować chodzący za mną od dawna pomysł na lustro. Ale już dziś prysznicuję się  w świetnie wyprofilowanym brodziku, jest dobrze zrobiony  i woda się nie „wychlapuje”, tak jak w poprzednim rozdaniu. Sprawdziły się też duże płyty gresowe na podłodze – dzięki temu w brodziku nie ma fug, a odpływ pod ścianą został wycięty z jednej płytki.

Moja sypialnia ma już główny zarys, brakuje jej tylko wykończenia: zawieszenia żyrandola, pomalowania parapetu i obramowania okna, kwiatów na oknie, uchwytów w szafie, zagłówka, półki przy łóżku, słowem wszystkiego co sprawi, że będzie w niej ujutnie.

Prawdopodobnie uchwyty do szafy zrobię takie jak pokazują na tym blogu. W sklepie największe drewniane uchwyty jakie znalazłam mają 13 cm. Na zagłówek jeszcze nie mam pomysłu. 
Najgorzej jest z tzw. salonikiem. Zero pomysłu po tym, jak okazało się, że moja ukochana szafa nie zmieści się we wnęce. Szafa stoi w jedynym miejscu, w którym przynajmniej nie przeszkadza, do wnęki wstawiłam komodę, towarzyszy im kanapa i fotel z poprzedniego rozdania i wszystkie razem wytwarzają nastrój magazynu przechowywania niechcianych rzeczy. 
Na razie zamówiłam półki na książki, postawię kwiaty i będę myśleć.

1002

dobre książki 

Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem

Bardzo ciekawy wywiad-rzeka z bardzo ciekawym człowiekiem. Coraz mniej takich wielowymiarowych, zafascynowanych kulturą intelektualistów. Warto spojrzeć z tej perspektywy na  polską historię drugiej połowy XX wieku. 

Świetnie się to czyta (duża w tym zasługa przeprowadzającej wywiad). 

Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu 

Martin Pollack stara się, przeszukując kolejne archiwa, odtworzyć wojenne losy swojego biologicznego ojca, Gerharda Basta, sturmbannführera SS. Po zakończeniu wojny uznany za zbrodniarza wojennego był poszukiwany listem gończym. Został zabity w 1947 roku na przełęczy Brenner przez przeprowadzającego go przez Alpy przewodnika. 

Opowieść nie tyle o ojcu – o nim akurat stosunkowo mało udało się autorowi dowiedzieć – ale o jego rodzinie, tzw. „zwykłych” ludziach. Jak łatwo się domyślić, brak w książce odpowiedzi na pytanie jak to się stało, że byli zdolni do tego co robili podczas wojny i jak to możliwe, że  po tych co przeżyli, wszystko spłynęło bez śladu.

Jest tylko zdziwienie autora, że tak się stało. A on jako dziecko nie był nawet tego świadomy. 

 

Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna

Austriacka „sprawa Gorgonowej”. Proces poszlakowy, sprawca postrzegany jako „obcy” (Halsmannowie, to łotewscy Żydzi, przebywający na wakacjach w Tyrolu),  żerujące na sprawie, goniące za sensacją media. 

W 1928 roku, Filip Halsmann wyszedł ze swoim ojcem, Morduchem na spacer po tyrolskich górach. Filip wrócił z tego spaceru sam i  został oskarżony o zamordowanie ojca. Według jego wersji, ojciec  zabił się spadając na skały,  jak dokładnie do tego doszło nie potrafił  opisać, bo samego momentu upadku nie widział. Zdaniem tych, którzy zarzucali mu morderstwo, charakter odniesionych obrażeń wskazywał na to, że ojciec przed śmiercią był walony kamieniem po głowie. A że działo się 1928 roku, kryminalistyka nie potrafiła zająć jednoznacznego stanowiska.

Sprawa nigdy nie została wyjaśniona. Filip Halsmann wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie został bardzo znanym fotografem, portrecistą gwiazd Hollywoodu.

W książce Pollacka, poza opisem samej sprawy, tło historyczne: Tyrol po I wojnie światowej, ucieczka w nacjonalizm i powstający, na bardzo mu sprzyjającej glebie, faszyzm.  

124

Prawie wszystko już jest zrobione. Problem w tym, że „prawie”, a dokładnie za tydzień o tej porze wielkie otwarcie.

Już wiem, że ze wszystkim się nie wyrobię. Mam tylko nadzieję, że aktualna lista rzeczy do zrobienia na „po świętach” się nie wydłuży.

Najbardziej męczy mnie to, że każdego dnia muszę podejmować niezliczoną liczbę decyzji i decyzyjek zmieniających przyjęty do realizacji plan. Wszystko przez to, że rzeczywistość uparcie nie chce stanąć na wysokości zadania.

Między innymi;

We wnęce w saloniku Hobbitonu nie będzie mojej ukochanej szafy bo zabrakło … 3 cm. I nic się na to nie poradzi. Na razie nie dopuszczam do siebie myśli, że miałabym pożegnać się z szafą. Stanie tam gdzie kanapa, kanapa we wnęce, ale to prowizorka. 

W WC pod schodami nie będzie szafki mojego projektu (a raczej ściągniętego pomysłu z Pinterestu). Na zdjęciu była  śliczna, w małym wąskim WC wyglądała tak topornie, że została zamieniona na półeczkę.

W kuchni nie będzie szarego zlewu, bo żaden kolor szarości nie pasował na szarego blatu i skończyło się na pospolitym zwykłym chromie. 

Jeszcze nie zaczęłam używać sieci, a już zastanawiam się nad jej przerobieniem. To co mam, zostało „skrojone” pod Neostradę, a tu do Brwi zawitał światłowód UPC … Zostać przy Neostradzie, czy odbijając listwę, wyżłobić w ścianie rynienkę pod kabel UPC , a potem to zaszpachlować i zamalować?  Oto jest pytanie. Jutro mam dać odpowiedź.    

  Z pamiętnika wk … konsumentki  

  • PKO BP

Mojej mamie z trudem przychodzi wciskanie kodu i zamarzyła jej się karta zbliżeniowa. W tej której ma nie można było zmienić ustawień, bo możliwość bycia kartą zbliżeniowa została zablokowana już na etapie produkcji. Mama postanowiła sama rozwiązać swój problem i wróciła z banku z umową na kartę kredytową. To, że się za nią dodatkowo płaci  że ma limit 8 tys. oczywiście nikt jej nie powiedział.  Chciała zbliżeniową to dostała, klient nasz pan!

  • Orange 

Miałam abonament „bez limitu”. Zaproponowali mi gorsze warunki, za tą samą cenę. Odmówiłam. Ale gdy zobaczyłam fakturę na trzy razy większą niż dotychczas kwotę, otrzeźwiałam: istnieje system wymuszania na kliencie podpisywania umów na 24-miesiące i jest on dość skuteczny. Do umowy miałam dołączoną kartę do tabletu. Karta musiała wcześniej należeć do jakiegoś bardzo niesolidnego dłużnika, cały czas „dobijali” windykatorzy i robili to tak natrętnie, że umożliwiali spokojne korzystanie z tabletu. Początkowo usiłowałam „coś z tym zrobić”, ale w końcu machnęłam na to ręką, bo karty w zasadzie nie używałam i uznałam, że „darowanemu koniu nie patrzy się w zęby”.  Orange świetnie wiedziało o tym, że karta jest „be”, bo na początku wielokrotnie to reklamowałam. Teraz, po zakończeniu umowy, policzyli mi za używanie tej karty jak za zboże.

No to się wściekłam.

Wypowiedzenie trzeba w Orange składać osobiście (ew. listem poleconym). Nie można tak po prostu zostawić pisma w punkcie, trzeba pobrać numerek, odstać swoje w kolejce i wręczyć je konsultantowi. Minimum godzina do tyłu.

No to się jeszcze bardziej wściekłam.

Ale co mogłam zrobić. Potulnie stanęłam w kolejce.

 

A od jutra do świąt moja prywatna jazda bez trzymanki. Jak przeżyję to uznam,  że jestem nie do zdarcia.