Przeczytane 2019.1

4 x Neapol Eleny Ferrante 

Może i nie tzw. „wartościowa literatura”, ale na pewno coś więcej niż dobre czytadło.

Narratorka, to 60-letnia pisarka Elena Greco, która gdy dowiaduje się że jej przyjaciółka Lila znikła bez śladu, postanawia opisać dzieje ich kilkudziesięcioletniej przyjaźni. Obie pochodziły z ubogich neapolitańskich rodzin. Z tym, że tylko rodzina Eleny uległa namowom nauczycielki i sfinansowała jej dalszą naukę. Elena wykorzystała daną jej szansę, dostała stypendium, skończyła studia, otarła się o „lepszy” świat i wróciła do Neapolu dopiero po wielu latach, już jako dojrzała kobieta. Jej przyjaciółka Lila zakończyła naukę na 5 klasach i nigdy nie opuściła tego miasta. Ale to ona z nich dwóch była nieprzeciętnie inteligentna. Z niejednego pieca chleb jadła i zarówno życie uczuciowe jak i zawodowe miała dość burzliwe.

W tle Neapol (i Włochy) od lat pięćdziesiątych XX wieku do początku XXI roku oraz cała galeria postaci. którym towarzyszymy od kolebki do śmierci Na początku bieda, przemoc, komuniści, mafia, tradycyjne „południowe” rodziny. Potem może mniej biedy, przemoc bardziej ukryta, ale reguły niewiele różniące się od tych mafijnych. Skorumpowani politycy i działacze, utopieni w mętnych układach przedsiębiorcy. Coraz mniej tradycyjne, ale równie nieszczęśliwe rodziny. 

Słowem typowa snujo-saga. Bardzo dobrze się to czyta.

Backpackers 60+

Kolejna azjatycka włóczęga za mną. Tym razem była to Tajlandia i Malezja .
Leciałyśmy przez Moskwę Aerofłotem. Nigdy więcej. Jakiś czas po kupieniu biletu dostałam mail, że z Moskwy do Bangkoku polecimy linią Rossija. Nie wiedziałam, że jest to równoznaczne z tym, że zamiast filmów będę mogła gapić się jedynie na poruszająca się po mapie sylwetkę samolotu i nikt nie przyniesie mi wody – aby się napić trzeba się było po nią pofatygować na przód samolotu, co w moim przypadku oznaczało obudzenie śpiącej obok Joluśki.
Godziny oczekiwania na lotnisku Szeremietiewo też nie należały do przyjemnych. Kod do WiFi można dostać dzwoniąc pod wskazany numer, połączenie jest darmowe, ale nie działa. W takim przypadku należy zadzwonić na infolinię z czego zrezygnowałam: za pierwszym razem ulitowała się nada mną pracownica lotniska, z powrotem nie spotkałam już na swojej drodze takiej dobrej duszy i obeszłam się smakiem.
Na pierwszą noc w Bangkoku miałyśmy zarezerwowany hotel w Chinatown.

Tu, już na starcie przeżyłam swoją pierwszą przygodę. Postanowiłam skorzystać z najbliższego zejścia na dół, otworzyłam drzwi Fire exit i znalazłam się na zewnątrz. Gdy zamknęły się za mną metalowe drzwi okazało się, że tymi schodami nie można zejść na sam dół, tylko na dach nad wejściem (ten zielony napis). Dobrze, że miałam ze sobą komórkę i mogłam poprosić o pomoc.
Nocną kuszetkę do Chiang Mai miałyśmy dopiero wieczorem następnego dnia, więc cały następny dzień spędziłyśmy włócząc się po okolicy. Nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy, jak fajnie porusza się po Bangkoku rzecznymi tramwajami, to odkryłyśmy dopiero za drugim razem. Za to od razu podreptałyśmy na masaż, ceny – poza miejscami typowo turystycznymi – więcej niż przystępne (godzina ok. 15 złotych). 
W Chiang Mai byłyśmy cztery dni, z czego dwa spędziłyśmy na wycieczkach po okolicy. Jeden dzień po bliższej:  pochodziłyśmy (i popływałyśmy tratwą) po dżungli

 

oraz zaliczyłyśmy okoliczne  turystyczne atrakcje, m.in. wioskę kobiet o długich szyjach.

Tu przeżyłam najbardziej mrożącą krew przygodę. Na postoju, chwilę po opuszczeniu samochodu zorientowałam się, że nie mam „piterka” z dokumentami. Pieniądze betka, ale paszport! Jedyną nadzieją było to, że „spadł mi w samochodzie. Ale pan od samochodu sobie poszedł i biegałam jak oszalała po targu usiłując go znaleźć. Pojawił się tak jak się z nami umówił, dopiero  po 20 minutach. Był w samochodzie. Jola powiedziała, że jestem mistrzem budowania wakacyjnego nastroju.
Na drugą wycieczkę pojechałyśmy daleko, aż do Złotego Trójkąta. Dwie godziny spędziłyśmy i w Laosie, ale tak naprawdę na zamienionej w jeden wielki targ wyspie. Z tym, że głównym punktem programu był tajlandzki Licheń, czyli tzw. Biała Świątynia.

Z Chiang Mai poleciałyśmy do Kuala Lumpur. Typowe wielkie miasto plus trochę, poutykanych między wieżowcami, wartych obejrzenia miejsc. Kilka, z pomocą Google Maps, nam się udało zobaczyć.

Z Kuala Lumpur pojechałyśmy autobusem przez Malezję do kolejnego dużego miasta: Penangu.
Po drodze zatrzymałyśmy się na dwa dni  w Cameron Highlands. Przepiękne góry zabudowywane koszmarnymi hotelami. Hotel Gołębiowski przy nich to pikuś.
Tam pojechałyśmy na kolejną wycieczkę, m.in. na herbaciane pola.

Zawieźli nas też na plantację truskawek. Zastanawiam się na ile można to rozwiązanie u nas skopiować.

Penang – to mała wyspa w zasadzie cala zabudowana drapaczami chmur. Ładnie to nie wygląda. Mieszkałyśmy w George Town, gdzie włócząc się po starym mieście odkrywaliśmy kolejne murale, z których to miasto słynie. Nie rozumiem, dlaczego wizytówką stał się akurat ten z chłopcami na rowerze.


Z Penangu poleciałyśmy na Phuket – mocno przereklamowane miejsce, przeinwestowane wysypisko śmieci z wyspami normalności – tzn. hotelami z basenami na dachach

 Ostatni etap, to ponownie Bangkok, gdzie spędziłyśmy kilka dni. Tym razem tam gdzie tylko się dało poruszając się po tym zatłoczonym mieście nie tylko metrem, ale i wodnymi tramwajami.

Ostatniego dnia jeszcze raz odwiedziłyśmy Chinatown. Chodziłyśmy jak po „starych śmieciach”, nawet dotarłyśmy do tego samego salonu masażu, co pierwszego dnia.

Powoli, z każdym kolejnym wyjazdem, rozbudowuję swój backpackerski ekwipunek.
W tym roku strzałem w dziesiątkę był mój plecak. Nie należał do najtańszych, ale wart był tych pieniędzy. Jest lekki, pakowny i mega wygodny. Jego największą zaletą jest to, że można go pakować zarówno jak plecak, czyli od góry i jak torbę, bo suwakiem otwiera się go wzdłuż trzech boków.

W roli aparatu sprawdził telefon Huwai 10 Pro Mate. Trochę gorzej poszło z noszeniem go na sznurku. W breloczku szybko wyłamała się sprężynka i sznureczek przestał się „chować”, zamiast tego denerwująco zwisał, wplątując się we wszystko po drodze. Ale sama idea jak najbardziej słuszna, muszę tylko popracować nad realizacją.

Powiększyłam też swój zbiór składanych kapeluszy, obowiązkowe wyposażenie backpackersa 60+ w tropikach.

Natomiast nie miałam okazji sprawdzenia, na ile sprawdza się w roli kurtki kupiona w za kilkanaście złotych w Tigerze przeciwdeszczowa pałatka Ale i tak w jednym punkcie się sprawdziła: nie zabierała tyle miejsca co kurtka.

No i jak zawsze miałam ze sobą grzałkę – cały czas można ja kupić u nas na bazarze. Nie w każdym pokoju hotelowym jest czajnik i warto być ubezpieczonym.

Przed chwilą dostałam mail od Booking.com: Kalina, is it time for next trip?  
Kuszące.
Ale tematy na następne miesiące to m.in.:

  • poprawienie ocieplenia domu (termokamerka wykazała, ze nie wszystko zostało zrobione tak jak należy)
  • inne poprawki remontowe (na starość zrobiłam się upierdliwa)
  • dokończenie urządzania domu
  • ogarnięcie ogrodu 
  • przeniesienie  parapetowej hodowli  roślin na uprawę hydroponiczną
  • wdrożenie elementów filozofii zero-waste z naciskiem na domowo-kuchenny kompostownik

Chyba zdecydowanie wolę podróże … 

2019 Podsumowanie

Z roku na rok nie tylko coraz mniej przeczytanych książek, ale i przeczytanych stron,

W tym roku nie przeczytałam nawet jednej książki więcej, niż wstępnie zadeklarowałam, równo 52.

W dodatku, z tych przeczytanych o niewielu mogę powiedzieć, że były więcej niż dobre. Ani o jednej, że arcydzieło. Niczego takiego jak Rzeczy, których nie wyrzuciłem w tym roku w ręku nie miałam. 

Wśród sześciu najciekawszych książek 2018 roku nie ma ani jednej powieści

Po powieść sięgałam rzadko. Najciekawsza to:


 

dobra książki 

Safran Foer Wszystko jest iluminacją

Amerykanin Jonathan jedzie na Ukrainę by odnaleźć kobietę, która podczas wojny uratowała jego dziadka. O kobiecie niewiele wie, ma tylko jej zdjęcie, ale że ma dolary, Aleks postanawia nie wypuszczać okazji z ręki i oferuje mu swoją pomoc. A że mało o historii wie, bierze do pomocy swojego dziadka Saszę i jego psa przewodnika: Sammy Davis Junior Junior. Jadą w trójkę przez Ukrainę, a Aleks opowiada Jonathanowi jak to jest być mieszkańcem tego kraju (opowieść uzupełniają późniejsze listy, w których dopowiada to, czego wcześniej podczas tej podróży nie powiedział). Równolegle do tej opowieści, poznajemy losy mieszkańców małej wioski Trachimbroda, gdzie żyli przodkowie Jonathan, począwszy od końca XVIII wieku, gdy zdarzył się tam tragiczny wypadek: utonął wóz konny, przeżyło jedynie niemowlę. Z jednej strony, napisana z dużym rozmachem saga historyczna. Ale dzięki temu, że w tak dowcipny, często ocierający się o groteskę sposób, nie czuje się ciężaru tematu. Po raz pierwszy o Safranie Foerze przeczytałam w jakiejś wypowiedzi Etgara Kereta. Zważywszy, że wydał te książkę mając jedynie 25 lat, ma przed sobą przyszłość.

Po przeczytaniu obejrzałam na HBO GO film z 2005 roku pod tym samym tytułem. 

dobre książki

Zadie Smith Swing Time

Bohaterowie książek Zadie Smith mieszkają w tej części Londynu, która najlepiej znam i może dlatego chętnie po nie sięgam?

 Bo tak poza tym książki Zadie Smith to sprawne powieścidła, tyle i aż tyle.

 Swing Time opowiada o tym jak potoczyły się losy dwóch przyjaciółek, które jako nastolatki marzą o karierze tancerek. Jedna, wychowywana przez samotna matkę w „lekko” dysfunkcjonalnej rodzinie ma niezaprzeczalny talent. Druga, wychowywanej  w „lepszej” rodzinie tzw. kapitał kulturowy. ten kapitał powoli tej drugiej (jest narratorka Swing Time) zrobić karierę: zostanie menadżerka Aimee, światowej gwiazdy rocka (postać Aimee bardzo przypomina Amy Winehouse).

Miły w czytaniu, obraz poplątania współczesnego świata.

Elizabeth Strout Trwaj przy mnie

Kolejne powieścidło, tym razem Strout i jak zawsze u niej mocno „zasysająca narracja.

Amerykańska prowincja. Młody pastor zostaje wdowcem. Ma dwie córki: niemowlaka oddaje na wychowanie matce, kilkuletnią Kathleen zostawia przy sobie.

Zostaje sam z ludźmi z którymi nie końca potrafi się dogadać. Wprawdzie kilka lat wcześniej wybrali go jako swojego pastora, ale przez te lata nie do końca udało im się ze sobą oswoić.

I tak mieszkańcy wsi zawiedzeni są brakiem wystarczającej konwencjonalności pastora. On z kolei nie potrafi zrozumieć dlaczego małej Kathleen odmawia się prawa do żałoby po matce, przejawiającej się w formie dziwacznych zachowań.

Fajnie się czytający obraz zamkniętej społeczności. 

Czy to już Alzheimer?

Na urodziny dostałam fajny, bo trochę inny, naszyjnik

I kulki do kąpieli w kształcie róż. Pławię się w wannie, palę świeczki i urządzam sobie brwinowskie Spa.

W wolnych chwilach identyfikuję się z Syzyfem i usiłuję doszorować podłogę w łazience. Jest zrobiona z gresu Paradyża Naturstone Beige Gres Rekt (to nie był mój pomysł, realizowałam „projekt”), gres jest w jednym kolorze, ma fakturę powierzchni księżyca, łapie każdy brud, który wchodzi w każdą szparę i nie daje się usunąć. Kupiłam baterię środków, szczotek, druciaków i na razie mam umiarkowane sukcesy. Momentami zastanawiam się, czy najlepszym wyjściem nie byłoby wytyczenie ścieżek z dodatkowych płytek, kamyczków czy kawałków plastiku po których by się chodziło, zostawiając podłogę w spokoju. 

Już dziś widzę, że to był świetny pomysł, by podzielić dom na trzy obiegi grzewcze, tak by móc osobno grzać parter, piętro i Hobbiton. Dwa metry wąskiego korytarza który prowadzi do drzwi do Hobbitonu to wystarczająca śluza, by w jednej części domu było ciepło, a w drugiej ledwo, ledwo. I tak mając spory dom, mogę grzać tylko niecałe 50 metrów. 

Wybrałam się na koniec świata, na Jelonki, kupić jeden z dwóch, zamówionych wcześniej do pooglądania plecaków. Było zimno i paskudnie, łatwo się domyślić co czułam, gdy po tym jak zmarznięta dobrnęłam do celu i okazało się, że mogą mi pokazać tylko jeden, bo drugi ktoś chwilę wcześniej kupił. W dodatku tego dnia była kraksa tramwajowa na Kiercelaku i na powrotny tramwaj czekałam 40 minut.

I tak musiałam pojechać kolejny raz, tym razem wróciłam z plecakiem, ślicznym zieloniutkim i zgrabniutkim:

Byłam tak przejęta kupowaniem, że zostawiłam w sklepie mój Funchal Moeboius. Perspektywa, że mam znów tam jechać byłą przerażająca. Poprosiłam odebranie szalika mieszkającą nieopodal znajomą – wiosną się spotkamy. A tak sobie obiecywałam, po poprzednim bezpowrotnym zagubieniu pierwszego Funchala  że będę go pilnować jak oka w głowie …

Z kolei w piątek, gdy wieczorem wychodziłam ostatnia z pracy zorientowałam się, że nie mam płaszcza. Prawdopodobnie zostawiłam go w bufecie – tyle że nikogo tam nie było, wszystko było pozamykane na cztery spusty. Dziwne, że nie zainteresował ich samotnie wiszący na wieszaku płaszcz. Na szczęście miałam w pracy drugą kurtkę, odebrałam ja niedawno po wymianie suwaka i nie zdążyłam zawieźć do domu.

Czy to już Alzheimer?

Może nie, bo moje dzieci dopiero pakując się wieczorem przed porannym odlotem, zorientowały się, że nie mają paszportów. Torba z dokumentami czekała na nich od pięciu dni, budząc coraz większe zdziwienie, że nikt się po nią nie zgłasza. A oni po prostu aż do dnia wyjazdu ich nie potrzebowali. A ich o Alzheimera nie podejrzewam.

Poszłam do Muranowa na film  6… 5… 4… 3…. Na ulicy.

Film nakręcił znajomy (w dużej części dlatego poszłam). Ale o ile jego film o obrońcach puszczy był przede wszystkim „słuszny”, ten jest również i bardzo dobry. Migawki z demonstracji, wieców, blokad, marszów i pochodów, jakie miały miejsce w ostatnich trzech latach przeplatane z wypowiedziami uczestników tych akcji.

Po filmie odbyła się debata. Żenua.

 

Sala miała pretensje do polityków, że jest tak jak jest. Słabo wybrzmiała skierowana do sali uwaga Siemoniaka, by wzięli pod uwagę proporcje, które pokazuje ulica: podczas ostatniego marszu maszerowało ponad 100 tys. ludzi naprzeciwko nich skrzyknęło się może 200 osób, tym razem chronionych przez policję.

Było to na tyle irytujące, że wyszłam.

dobry serial

Skandal w angielskim stylu (HBO GO)

Oparty na prawdziwej historii trzyodcinkowy serial o karierze i upadku Jeremego Thorpa, w latach 70-tych lidera brytyjskiej partii liberalnej. W tym czasie homoseksualizm nie był już w Anglii karany, ale roszczeniowy były kochanek kariery politycznej nie ułatwiał. Pomysł by go na zawsze uciszyć wydawał się atrakcyjny …

Jako wisienka na torcie Hugh Grant.