Zamykają Bloxa

W zasadzie spodziewałam się tego od 2016 roku, kiedy zaczęło być słychać, widać i czuć, jak przestali rozwijać ten segment. Z miesiąca na miesiąc, obserwując jak kolejne popularne blogi przenosiły się na inne platformy, coraz mniej rozumiałam, dlaczego dalej do tego dokładają.
Nikły odzew i cienki pisk protestujących stanowi tylko dowód, że zostały tu prawie same pamiętnikarskie niedobitki.
Blox proponuje przeniesienie się na platformę WordPress, oferuje skrypty. Ci co poszli tą drogą piszą, że tylko tekst łatwo się kopiuje, z fotami gorzej. Ale prawdopodobnie jakiś łapski bloxer i na to wpadnie
Przeczuwając nieuniknione zamknięcie Bloxa trzy lata temu założyłam, bloga na Blogspocie, miałam wtedy taki plan by się tam przenieść, nic z tego nie wyszło, ale sporą część bloga od 2016 roku mam tam skopiowaną. Więc jeżeli nie porzucę blogowania, a pewnie nie, to się tam przeniosę. Muszę tylko nauczyć się obsługiwać coś więcej, niż kilka podstawowych funkcji.
Tyle, że Blogspot ma jedną podstawową wadę – prowadzi go Google, które ma zwyczaj porzucać swoje najlepsze aplikację, znienacka przestaje je wspierać, chwilę później zamyka, nie dając nic w zamian. Tak było w w przypadku Google Reader, czy Picasy (tu zaproponowali badziewne, pozbawione najważniejszych funkcji, czyli operacji na wielu zdjęciach naraz, Google Photo.
Byłam na kolejnym cywilnym pogrzebie w formacie: spotkanie przy bramie i marsz do miejsca pochówku. Tym razem były też obecne i pewne elementy ceremonii: muzyka, mikrofon aby żegnający słyszeli słowa pożegnania, najbliższa rodzina nie musiała stać, było kilka krzeseł pod postawionym na drodze namiotem.

Tyle, że jednak wspólne posłuchanie o zmarłym lepiej wychodzi w pomieszczeniu. Nawet jak jest pogoda.
Domów pogrzebowych jest mało i  rodziny, nie chcąc brnąć w koszty wybierają tak „okrojony” format. Szkoda, że kaplice cmentarne nie są użyczane do pogrzebów cywilnych.
No i niestety jadłam nie tylko na stypie:

Na ostatnim, ostatkowym przyjęciu, wyjęłam druty:’
Jak nie przyspieszę z tym szalem, do końca roku nie skończę.
Po chwili przerwy, reaktywuję program dom. W tym tygodniu znowu przychodzi ekipa.
Ale w sercu cały czas go noszę, myśląc jak otaczającą mnie pustkę rozsądnie zapełnić, unikając przy tym zagracenia. Łatwo nie jest. Nawet tak wydawałaby się prosta rzecz jak ułożenie płyt CD w szufladzie. Najbliższy sklep amazon.de. Cena lekko powala. Szukam dalej, bo 280 zł za trochę plastiku umożliwiające ułożenie 120 płyt to trochę dużo.

Może dlatego po raz pierwszy w życiu kupiłam durnostojkę. Uważam, że mój wielkanocny zając (ksywa: Bezczelak) cudownie będzie się komponował z białymi doniczkami.

Byłam bardzo zainteresowana tym spotkaniem:

Wejściówki miały być wydawane w piątek od godziny 12. Wysłałam mamę, była o 12.30. Po wejściówkach nie było już śladu. Rozeszły się w kilka minut. 
No i mam problem z laptopikiem. Starutki jest i wywala się przy aktualizacji 1803. 62% i klops. Jedyne co potrafię, to jak znów zaczyna aktualizować, wyłączam w Menadżerze  coś co energicznie pracuje i co podejrzewam jest silnikiem aktualizacji. Ale działa to tylko przez jakiś czas. Windowsy mnie starszą;
Ale ponieważ  nie daję się tak łatwo zastraszyć, znów same z siebie zaczynają się aktualizować komputer się kolejny raz zwala i wracam do punktu wyjścia.

Przeczytane 2019.2

Zamykają blox. Na razie myślę. Przypomniałam sobie o wierszu Miłosza. Tu dwie zwrotki Piosenki na koniec świata:

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Miłość Ignacy Karpowicz

Nie jest to najlepsza książka Karpowicza.

Nie jest to powieść, ale trzy opowiadania z homomiłością w tle.

Luźne wariacje na temat tego co mogło się zdarzyć w Stawisku, dystopia o świecie w którym „takie rzeczy” się naprawia i baśń o królewiczu i jego przyjacielu z ludu.

Niestety autor nie udźwignął tematu. Tak jak by temat był mu zbyt bliski, nie pozwalał się zdystansować, ciągnął go w stronę publicystyki. To co było zawsze siłą Karpowicza: ostry język, błyskotliwe dialogi, zastąpiła ckliwa egzaltacja.

Słowem rozczarowanie.

Seniorzy w natarciu Catharina Ingelman-Sundberg

Bohaterzy to mieszkańcy domu seniora 75+. Znudzeni wiejąca z każdego kąta nudą, postanawiają ubarwić swoje życie.

Zachowują się jak młodzież licealna na wycieczce szkolnej – w głowie im tylko przygody i romanse. Niczym Gang Olsena rabują (tu: obrazy z muzeum), w przerwie zatrzymując się w hotelach gdzie piją wino i się migdalą.

Może nie są za mądrzy, ale wszystko wskazuje na to, że to nie demencja starcza, tylko wada wrodzona.

Czasami wprawdzie występuje jakiś rekwizyt– np. balkonik – który przypomina że nasi bohaterzy to nie młodzieniaszki, ale  potem jak dzieje się „przygoda” oni sprawnie pomykają, jak nie jeden młodzik.

Dawno nie czytałam czegoś równie głupiego.

Sama się sobie dziwię, że dobrnęłam do końca.

Sprzedawczyk Paul Beaty

Man Booker Prize. Książka roku Newsweek’a. Słowem miało być dobrze. Nie było.

Podobno ta książka jest bardzo śmieszna. Nie zauważyłam.

Z mapy Ameryki znika miasto Dickens. Nasz bohater, Afroamerykanin, postanawia przywrócić je do życie. Tyle, że na podstawie dotychczas zebranych doświadczeń opowiada się za przywróceniem segregacji i niewolnictwa.

Może jest tak, że trzeba znać kontekst, by rozsmakować się w smaczkach tej książki.

Może jest źle przetłumaczona.

Może.

Ale to co miałam w ręku, było tylko trochę lepsiejsze od Seniorów w natarciu. Ale o to nie trudno. 

Finalizowanie remontu

Finalizowanie remontu idzie jak po grudzie. Tydzień wprawdzie zaczął się obiecująco i na poniedziałkowym spotkaniu dogadałam się w sprawie uszczelnienia okien (regulacja, wymiana uszczelek). Ale wszystkie pozostałe zaplanowane na ten tydzień sprawy „nie wypaliły”.

W życiu osobistym podobnie. Na wcisk zapinam się w ostatnie spodnie. A tu w tym tygodniu: pożegnanie koleżanki w pracy, stypa, nasiadówa w knajpie i sobotni  bankiet. Na wszystkich tych spotkaniach wystąpi zastawiony stół. A silnej woli to ja nie mam. I jak tu realizować plany?

Nowa świecka tradycja. Gość w dom, a w zębach symbol nienawiści


Bo napędzani ciekawością jak wygląda to, o czym na okrągło przez cały rok gadałam goście suną i dary przynoszą zmyślne. Moim zdaniem trudno będzie przebić Agnieszkę. Do mojej kolekcji jej ceramicznych cudeniek (zrobiłam fotę, bo pisząc uświadomiłam sobie, że nie stoją w gablocie, są używane, więc w każdej chwili może im się coś stać):

doszła wspaniała misa.

Z kolei Joluśka, jako designer łazienki, przyniosła lustro vintage. Będzie jeszcze pomalowane, ale już jest cudne. Zauważyła je u swojej znajomej i namówiła ją, by jej odsprzedała.


Sama też mam w Onenote listę rzeczy do kupienia i bardzo powoli, ale kupuję kolejne pozycje z listy. Na przykład młynek do przypraw.

Podpatrzyłam takie wykorzystanie młynka do kawy u Gabi. Ale jakoś u niej lepiej mieli. Może z czasem się wyrobi.

dobry film  

Faworyta


Widziałam Zimną Wojnę, Romę a teraz Faworytę. Nie wiem czy z tych trzech ten najbardziej nie zasługuje na Oskara. Nawet nie dlatego, że jest aż tak dobry. Ale dlatego, że jest trochę inny.

Z jednej strony: film historyczny, angielski dwór królewski czyli pałac, kostiumy. Z trudem dokopałam się w Guglu o jaką konkretnie królową chodzi, ale film ociera się o postacie i zdarzenia historyczne.

Z drugiej reżyser to Jorgos Latnimos, (Kieł, Lobster), który mimo, że swój najnowszy film kręcił w Hollywood, aż tak bardzo się nie zmienił. 

Królowa (Olivia Colman), jest schorowana, zdziecinniała i mocno oderwana od rzeczywistości. Za jej decyzjami stoi Marlborough (Rachel Weisz), królewska przyjaciółka, dama do towarzystwa i kochanka. Jej pozycja pozostaje niezachwiana do czasu, aż na dworze pojawi się jej daleka krewna, Abigail (Emma Stone). Zaczyna się walka o względy królowej. A zawodniczki to najwyższa liga.

Koncert gry aktorskiej. Olivia Colman wymieniana jest prawie jako Oskarowy pewniak.

Ale pomijając to, jest i w tym filmie mroczna przewrotność i absurd do jacich przyzwyczaił swoich widzów Jorgos Latnimos.

Vice


Tak dobry jak Big Short, tego reżysera to ten film nie jest.

Vice to na pewno bardzo ciekawy film: odsłania kulisy amerykańskiej polityki, opowiada o jednym z jej głównych aktorów Dicku Cheneyu, ale czegoś mu brak. Może chodzi o to, że Dick Chenney pozostał dla mnie zagadką? Zamiast go zrozumieć (co w żadnym wypadku nie oznacza to polubić) przede wszystkim podziwiałam kunszt charakteryzatorów, którzy na planie dobrze radzą sobie z dodawaniem i odejmowaniem lat.

Z drugiej strony, może było to rozwinięcie zdania jakie pada na początku filmu, że siłą tego polityka  była małomówność i skrytość.

W każdym razie po obejrzeniu tego filmu dalej nie rozumiem dlaczego tak bardzo zależało mu na rozpętaniu wojny na BW i dlaczego tak łatwo udało mu się to przeforsować pompując spreparowane fakty.

No i jak zawsze gdy mowa o kulisach polityki poznajemy sprężynę, która go nakręcała: żonę Luynne. Film o niej chyba byłby ciekawszy niż o nim. Zwłaszcza, że wszyscy faceci, na czele z Bushem, to mało lotne misie z bardzo dużym ego.   

dobry film  

Sny wędrownych ptaków


Ach gdzie te czasy, gdzie krytycy wypowiadali swoje sądy, ludzie toczyli dyskusje i szli do kina by sprawdzić kto miał racje.

Dziś w tej internetowej ciszy co i rusz niepostrzeżenie przechodzi przez ekrany kolejny dobry film.

Taki jak ten.

Kolumbia, koniec lat 70. Na pustynnych rubieżach, w córce bogatego rodu zakochuje się ubogi chłopak. Rodzina dziewczyny, by go zniechęcić, podaje zaporową cenę. Ale w tym samym czasie w okolicy pojawiają się Amerykanie, zainteresowani eksportem marihuany.

Opowieść o powstawaniu kolumbijskiego narkobiznesu. Na samym początku ubodzy pasterze, plantatorzy kawy, których życie toczy się wokół pradawnych rytów.  Potem sytuacja się coraz bardziej „cywilizuje” i patrzymy jak powoli ich świat odchodzi w niebyt. Pod koniec filmu pada słowo Medelin.

Dom moje hobby

Czy chcę, czy nie tak jak w tytule.
W tygodniu praca i wieczorami czas dla siebie. Tak na przykład wygląda karnawałowa wyżerka (poza kadrem niedietetyczne wino).
Ale weekendy muszę poświęcić na latanie na miotle. A i tak  nie ma szans bym sobie dała sama radę. 
W zasadzie wszystko muszę wymyśleć od nowa.
Na razie mam w miarę ogarniętą kuchnię. Najważniejsza przeróbka: przedłużenie blatu i dołożenie jednego modułu, zrobiona.
Mam już skończoną łazienkę.
Jest śliczna, ale … . Termokamerka wykazała, że ścianę po lewej stronie trzeba docieplić.  Niestety to nie jedyna ociepleniowa fuszerka. W tym tygodniu się okaże, czy reklamacja zostanie uwzględniona.

dobry film  

Green Book 

Film zasłużył na to, jak go chwalą.
Z tym że dopiero końcowe napisy uświadomiły mi, że opowieść oparta jest na faktach. Włóczęga o której opowiada ten film, zdarzyła się naprawdę. Był czarny muzyk Don Shirley, który na początku lat 60-tych pojechał na tournée po Ameryce z białym szoferem, chłopakiem z Bronxu, który na co dzień pracował jako wykidajło w nocnym klubie.
Pochodzili z dwóch odrębnych światów i zderzenie tych światów jest osią tego filmu
Film robi Viggo Mortensen, który gra wykidajłę. Na jego tle  Mahershala Ali  jako Don Shirley wypada blado.
Jak zawsze w dobrym amerykańskim filmie, świetnie dialogi.
Słowem, warto zobaczyć. 
Oni

Miało być wesoło o polityce, wyszło mocno tak sobie.
Kokainowe puzzle.
Jest Król życia, Sylvio (w domyśle Berlusconi)
Są zależni od niego ekonomicznie dworzanie
I nieprzebrana ciżba młodych atrakcyjnych kobiet.
Uprawiają czysty hedonizm, który dla widza jest nudny po 30 minutach, a tymczasem oni tak całe życie.
Kilka fajnych scen, ale stanowczo za dużo ciągnących się przeraźliwie długo bankietów, by je docenić.
Słowem miało być gorzko, wyszło nudnie. A to że gdzie indziej politycy są równie beznadziejni, mało pocieszające.
Kiedy już umoszczę się na swoich śmieciach, zabiorę się za kwiaty. Sporo muszę odtworzyć, bo niewiele z oddanych na przechowanie przeżyło rozłąkę. Żeby uprościć sprawę podlewania bardzo poważnie myślę o uprawie hydroponicznej. Podobają mi się też uprawy w słoju.
Raz w miesiącu organizowane są w Warszawie szkolenia. Zastanawiam się czy pójść i poudawać przed sobą, ze będę takie sobie robić, czy jednak od razy kupić gotowy słój (cena porównywalna).
A jak już skończę remont, postaram się być bardziej „zero waste”.
Produkuję jakieś hektolitry śmieci. Na razie zapisałam się na fejsie na trzy grupy i „zgłębiam” temat.