Jak długo jeszcze …

Jak długo jeszcze będzie trwał ten cholerny remont?

Po powrocie z urlopu w pierwszej chwili jeszcze nie wyglądało najgorzej. Z rzeczy nowych, z półki maszdommusiszumiećtozałatwić powiedziała do mnie Akuku! dziura w linii kroplującej. Poczytałam sobie o tym i już wiem, że trzeba:

  • namierzyć sklep, gdzie sprzedają takie rzeczy
  • pojechać i kupić wąż i zaciski
  • gapiąc się w ekran Youtube wymienić uszkodzony kawałek gumy.

Jak bym sobie nie umiała dać rady, zawsze jest jeszcze Joluśka, co to żadnej pracy się nie boi, czy chłopak, który mi kosi ogród i wygląda na przytomnego.

Ale z tym już nie pójdzie tak łatwo:

Może na zdjęciu nie wygląda to tak dramatycznie, ale ziemia mi się zapada. W pierwszej chwili myślałam, że to kuna. Ale po konsultacjach on-line wiem już, że prawie na pewno ci kretyni robiąc zejście do piwnicy nie zrobili drenażu studzienki odpływowej. A taki ładny ogród zrobiłam …

Słowem wróciłam na ziemię.

Inna sprawa, że w niebie nie byłam. Myślę, że sieciówka Centre Parc w Polsce by się nie przyjęła. Bardzo drogi, bardzo plastikowy urlop. Ale dzięki wnukowi, przeżyłam to, czego synek mi nigdy dał: możliwość kibicowania na boisku („mój” jest ten z „10” na koszulce).

Z tym, że nie byłabym sobą, gdybym większego znaczenia nie przywiązywała do kart i zabaw takich, jak za „moich czasów”.

No i wreszcie prawie udało mi się skończyć coś na drutach („prawie”, bo dopiero jak wyschnie, obrobię brzeg szydełkiem). Chustę zaczęłam ponad pól roku temu, wzór prosty jak drut, intuicyjny, zobaczyłam u kogoś i odtworzyłam z głowy. Czemu tak długo ją robiłam, nie wiem.

Jeszcze jej zrobię pełną sesję fotograficzną.

A gdy byłam w Lądku moja psiapsióła została babcią i jej synek przesłał mi zdjęcie ze spaceru.

Fajne uczucie, zrobić komuś frajdę!

Karma wraca

Wakacje z wnukiem spędzam w miejscu, które ze wszystkiego co obiecywało, dotrzymało słowa tylko w jednym: jest masakrycznie drogie. Nie tylko na starcie. Po przyjeździe za prawie wszystko trzeba płacić, nawet za śniadania (w dodatku w najbliższej knajpie dają tylko angielskie, zupełnie nie licząc się z tym, że dla normalnych ludzi są niejadalne) . Z tym, że mojemu wnukowi bardzo się tu podoba, przynajmniej na razie (angielskie śniadania też pałaszuje z apetytem).

Codziennie chodzimy do Paradise Pool. Na zdjęciu wygląda to dość atrakcyjnie.

W realu trochę gorzej. No i nie przez przypadek nie ma w nazwie swimming. Jak by tego było mało, co to za raj, jak nie ma jaccuzi ani biczy wodnych? Wnuk jest zachwycony, bo są zjeżdżalnie. I ja, jako babcia, wdrapuję się wysoko, siadam na tratwę i zjeżdżam patrząc w zachwycone oczy mojego wnuka, sama zastanawiając się czy uda mi się i tym razem powstrzymać wymioty. W dodatku już drugiego dnia popsuła się winda i dość ciężkie pontony trzeba wnosić na własnych plecach. Inna sprawa, że dzięki temu mogłam wynegocjować z wnukiem zredukowanie liczby zjazdów do minimum.

Nie odmawiam mu, bo też byłam dzieckiem. Kilkadziesiąt lat temu w okolicy Dworca Głównego rozbiło się węgierskie wesołe miasteczko. Chyba po raz pierwszy można było się wtedy przejechać na rollercasterze. Byłam za mała by wsiąść sama i moja babcia postanowiła się poświęcić. Do dziś pamiętam przerażenie w jej oczach. Inna sprawa, że wtedy był to dla mnie dodatkowy bonus.

Słowem karma wraca.

Zawracamy …

W odległej galaktyce miałam siedzieć na tarasie, robić na drutach i czytać książki. Moja kamizelka w niczym jeszcze nie przypomina tego czym ma być .

Tymczasem zamiast drutów, od dłuższego czasu w weekendy tylko skreślam kolejne rzeczy do zrobienia i zastanawiam się, czy zdążę. Druty poszły w kąt i gdyby nie audiobooki w zasadzie to samo powiedziałabym o książkach (trochę też ratują mnie dojazdy do pracy koleją).

Inna sprawa, może nie musiałam kupić 5 kg wiśni, z czego 4 poszły na przetwory?

Ale niezależnie od tego, że nie do końca panuję nad swoim czasem, praca + dom + ogród + 62 lata to trochę za dużo na mnie jedną. W tym tygodniu padłam na zraszaczach, gdy w sobotę wróciłam z targu zobaczyłam takie coś:

Źle zdiagnozowałam awarię i zorganizowałam kolejny zraszacz. A trzeba było kupić złączkę …

Niezależnie od ogrodowej awarii i tak w ten weekend musiałam pojechać do Wwy. Jak już tam byłam, zrobiłam przy okazji zakupy na wyjazd. Dużo większe niż zrobiłabym w Brwi i gdybym miała czas, pewnie coś jeszcze bym kupiła. Zamknięcie sklepów w niedzielę w widoczny sposób przełożyło się na zmniejszenie ilości kupowanych przeze mnie rzeczy, w Internecie kupuję dokładnie to, co wcześniej założyłam. Z punktu widzenia planety to dobrze, ale ekonomii?

Z tym, że jak kupuje się w Internecie, to potem nie za bardzo wiadomo jak tego używać. Kupiłam na Allegro ceramiczne dozowniki wody, powsadzałam i kwiaty piły wodę jak smoki. Nigdy tyle wody im nie lałam. Zaczęłam mieć obawy, czy nie pogniją od nadmiaru wody. Przez jeden dzień moje scindapsusy wypiły mniej więcej szklankę wody.

Zapytałam na fejsie, zdania były podzielone. Przemówił do mnie głos: to się nie nadaje do kwiatów, które raczej lubią sucho. Generalnie wszyscy błędnie myślą że kwiaty z tego piją, a to po prostu działa na zasadzie fizycznego zjawiska osmozy i nie pozwala przeschnąć ziemi. Jeśli kwiat lubi cały czas wilgoć to mu to będzie pasowało, ale kwiaty lubiące czasem przesuszenie gleby będą gniły jeśli zostaną długo w takim środowisku. Ponadto szybkość osmozy zależy od tego jak chłonna jest ziemia i to też trzeba tak na prawdę wziąć pod uwagę.

Wykończyłam już jedno geranium, bo byłam przekonana, że lubi wodę i teraz byłam na ścieżce by wykończyć następne.

Byłam w urzędzie. Ładne szklane tablice pod sufitem pokierowały mnie go do właściwej sali, podeszłam do biletomatu wzięłam numerek i siadłam na jednym z wielu wygodnych foteli.

Po pół godzinie, jak mój numerek dalej się nie wyświetlał, postanowiłam zapytać się dlaczego. Okazało się, ze wydział został przeniesiony dna drugi koniec miasteczka. Nie zmienili szyldów, tablic i biletomatu bo kupili to ze środków UE, a teraz stać ich co najwyżej na kartkę papieru. Powiesili, ale w mało widocznym miejscu.

Podyskutowałam sobie na fejsie z panem burmistrzem i dowiedziałam się, ze PKP odmówiło zrobienia na schodach podjazdów. Pan burmistrz uważa, że powinnyśmy być szczęśliwi, bo zdecydowali się u nas na windę, a nie tak jak na innych dworcach, na podnośnik. To zdjęcie z dworca Wwa Ochota – aby przejechać się tym cudem, trzeba zadzwonić do służby ochrony kolei. Ma do tego prawo jedynie osoba na wózku inwalidzkim.

Ciekawe, który szwagier produkuje te podnośniki.

Przeczytane 2019.9

Czas ciekawy, czas niespokojny – Zbigniew Mentzel rozmawia z Leszkiem Kołakowskim

Wywiad rzeka z Leszkiem Kołakowskim. Już na początku wywiadu Kołakowski określił granice: Nie będziemy rozmawiać o moich Rodzicach. Jestem bardzo przywiązany do bliskich Zmarłych. Nie chcę również rozmawiać o tym, kto z kim spał. Sztywno się tego trzymał przez co całe dwa tomy są poświęcone w zasadzie jego pracy zawodowej, z lekko zarysowanym tłem historycznym.

Bardzo to wszystko ciekawe, ale … dla mnie Leszek Kołakowski jest w bardzo ważnym punkcie osobą niemądrą. Ktoś, kto ma pełny dystans do swoich lat „chmurnych i durnych”:

Ze swoim przyjacielem Ryszardem Herczyńskim, który matematykę studiował, chodziłem na seminaria Henryka Mehlberga z teorii nauki. Jako wszech­wiedzący dwudziestolatek przeprowadziłem tam druzgocą­cą polemikę z teoriami Poincarego, wielkiego matematyka francuskiego. Zatroskany Mehlberg tłumaczył mi łagodnie: „Panie Leszku, może ten Poincare nie jest aż taki głupi…”.

Bardzo krytycznie patrząc na ideę, która swego czasu go uwiodła:

Prawdziwi komuniści uważali się właściwie za narzędzie tej ideologii i tej partii (…) odmawiając zeznań, chociaż ich torturowano na śmierć. Co więcej, odmawiali popełnienia samobójstwa. To był przypadek Duracza choćby, znanego adwokata, który bronił komunistów na procesach (…) Kiedy aresztowało go Gestapo, była możliwość dostarczenia mu trucizny, ale on odmówił, chociaż był torturowany straszliwie i w końcu zabili go podczas przesłuchania. Myślę, że taki komunista prawdziwy, stuprocentowy, nie czuł się w prawie dysponować własnym życiem. W partii komunistycznej samobójstwo było zabronione, nieformalnie oczywiście, ale było zabronione.

Na stare lata zachorował na to samo: zafascynował go kolejny autorytaryzm. Do momentu przeczytania tej książki, myślałam, że na starość „zluzował” swoje krytyczne podejście do religii. Tymczasem poszedł dalej, bijąc hołdy przedstawicielom Boga na ziemi. Nie jestem przekonana, że wszystko można tłumaczyć wiekiem (wywiadu udzielał, już pod koniec życia). Zapis myślenia, które pogrążyło nas na początku lat 90-tych, wtedy mówili o ty nieliczni, dziś kolejni przecierają oczy ze zdumienia.

Na deser jeszcze jeden cytacik:

Jako jedenastoletni chłopiec usłyszałem na wsi od innego chłopca, że Żydzi nie mogą widzieć słońca. Kiedy go zapytałem, dlaczego w takim razie noszą czasem okulary przeciwsłoneczne, odpowiedział: „Oni tak udają…”

Czytając wywiad z Kołakowskim, w  roli przerywników, czyli niewiele ponad 100-kartkowych przekąsek na jeden wieczór, wystąpiły:

Severina Rodrigo Rey Rosa

Opis książki na okładce, zapowiada, że jest to: Opowieść o wyzwalającej, a zarazem destrukcyjnej sile miłości. Zagadka kryminalna na tle barwnego obrazu Gwatemali.

Opis mocno na wyrost. To, ze zafascynowany kobietą mężczyzna pozwala jej kraść książki ze swojej księgarni trudno nazwać „zagadką kryminalną” a fakt, że akcja toczy się w Gwatemali, barwnym jej obrazem.

Urokliwe czytadełko. Nic więcej

Bębny nocy

Najsłabsza z trzech przeczytanych przeze mnie książek Miljenko  Jergović (dwie pozostałe, to Ojciec i Buick riviera, obie całkiem niezłe).

Bębny nocy to opowieść o Sarejewie.  Bohater książki przyjeżdża latem 1914 roku do Sarajewa badać klon jaworowaty, drzewo, które rośnie  w okolicznych górach i jest od wieków wykorzystywane jako materiał na gęśle i skrzypce (robiono z niego robiono Stradivariusy).  Wyjeżdża z Sarajewa w 1919 roku. Przez cały czas pobytu robił notatki , które zostały dwukrotnie wydane, drugi raz w latach osiemdziesiątych.  Obie wersje trochę się od siebie różnią i książka to  w dużym stopniu analiza porównawcza obu tych wydań.

Pomysł na książkę ciekawy, napisana jest w formie historycznej gawędy, ale nie „haczy”. Może to wina tłumacza?