Wspomnienia
Jan Tyszkiewicz Arystokrata bez krawata

Kolejne wspomnienia kogoś, kto po wojennej traumie wrzucił tak ostry bieg, że dopiero na stare lata zaczął łapać oddech, tyle że tym razem nie tak u Polańskiego czy Gutowskiego był to Holocaust, tylko Dachau.
W przeciwieństwie do tamtych wspomnień, gawęda Tyszkiewicza nie wciąga, autor nie dość że nie ma najlepszego pióra to uwiera jego przypominający ADHD sposób pisania: nie tyle pisze, co strzela do czytelnika kolejnymi akapitami. I pewnie nie dałoby się tego przeczytać, gdy nie to, że jest to poprzetykana bajecznymi anegdotami opowieść o powojennej Europie, świecie ciekawych ludzi, który jeszcze przed chwilą istniał i który ja pamiętam. To, że autor to przebrany w szaty szarmanckiego arystokraty mizogin (na dodatek zakochany w myślistwie), aż tak bardzo na odbiór książki się nie przekłada.
Bo te historyjki!
W 1946 roku Mama z moim rodzeństwem próbowała wyjechać z Polski. Przewodnik zakonspirował cały transport jako francuskich repatriantów. Niestety ten plan się nie powiódł, a to wszystko z powodu jakiejś pani, której nagle zachciało się siusiu i nie umiała powiedzieć tego po francusku, więc naturalnie wszystkich sypnęła i cały transport natychmiast zawrócono z powrotem do Krakowa.
Czy galeria postaci!
Generał Carton de Wiard (…) wielki bohater I wojny światowej i wojny burskiej, w czasie której stracił nogę, rękę, oko i podobno pewien fragment genitaliów (…) Chodziła fama, że ma wielkie powodzenie u kobiet. Opowiadano nawet, że kiedyś, gdy rozbierał się w sypialni jednej ze swoich kochanek i zaczął odkładać na stół swoje kolejne protezy, usłyszał nieśmiałe pytanie: „Czym ty to właściwie masz zamiar robić?”.
O podbojach miłosnych jest w tej książce bardzo dużo, autor długo cieszył się opinią playboya, z tym że mając do wyboru pochwalenie się, czy bycie dyskretnym, zawsze wybierał to pierwsze – czasem to raziło, bo wątpię, by uzgadniał to z druga stroną.
Jeżeli chodzi o pióro ADHD, w pewnym momencie sprawa się wyjaśnia: autor cierpiał na dwubiegunówkę, z ostrymi stanami manii. Często był nawet hospitalizowany. Pouczająca opowieść o tym, jak raz pojechał do szpitala
Przyjechał Hindus, chyba największy kretyn wśród doktorów medycyny, jakiego w życiu widziałem. Jego metoda podejścia do pacjenta była najgorszą z możliwych. Wyjął ogromną strzykawkę wypełnioną jakąś cieczą i zaczął chodzić, tłumacząc mi: „Nie bój się, tylko ci to wstrzyknę i przestaniesz histeryzować”. Wywołało to wręcz odwrotny skutek. Do człowieka w tym stanie podchodzi się zupełnie inaczej. Toteż zamiast mnie uspokoić, jeszcze bardziej mnie podkręcił. Nie wiem już nawet, kto wezwał w końcu policję. Przyjechali sanitarką i policjant powiedział do mnie: Panie hrabio, pan jest najwyraźniej zmęczony, odpoczynek dobrze by panu zrobił. Czy pozwoli pan, że zapnę panu z tyłu ręce, żeby pan przypadkiem nie przeszkadzał kierowcy? Proszę bardzo – odpowiedziałem i podałem mu a on mi założył kajdanki. Prosty policjant, a o ile więcej zwykłej psychologii intuicji, wyczucia niż u tego debila lekarza. Natychmiast się uspokoiłem i dobrowolnie dałem się wpakować do karetki.
Ciekawe jak został jak zdobył zawód – przeczy to obecnie wyznawanej zasadzie, że jak ma się coś osiągnąć to od małego trzeba ćwiczyć.
Gdy skończyła się wojna miał 17 lat i gdy przyjechał do Anglii, poszedł do wojskowego gimnazjum, gdzie zdał maturę. Następnie ukończył roczny kurs biznesu i wiosną 1950, mając 22 lata odbył z zastępującym mu ojca wujkiem męską rozmowę „co dalej”. Oświadczył, że chciałby być muzykiem (w tym czasie nie potrafił nawet zagrać wlazł kotek na płotek). Wuj, zgodnie z wyznawaną dewizą: „jak się czegoś naprawdę chce, to można to osiągnąć” nie powiedział nie. Zaczął ostro ćwiczyć, ale jak łatwo się domyślić zawalił egzaminy do wszystkich londyńskich konserwatoriów. Wuj – ponieważ jego bratanek dalej zostać muzykiem, nie dał za wygraną, dotarł do księżnej Kentu i poprosił by powiedziała komu trzeba o „biednym chłopaku, który siedział w Dachau i marzy o muzyce”. Dzięki jej interwencji, znaleziono nie byle gdzie, bo w Royal College of London wolne miejsce w klasie kontrabasu. Tyszkiewicz wyjechał na kilka miesięcy do Walii, gdzie wynajęty przez wuja nauczyciel miał za zadanie przygotować go do egzaminów wstępnych. Na jesieni je zdał, oczywiście ledwo, ledwo, ale zdał. Pięć lat później opuścił mury tej uczelni zdając egzaminy końcowe. Muzykiem wielkim nie został, ale parę rzeczy, które skomponował cieszyły się nawet popularnością.
Dziennik. Jeszcze jedno zdanie – Tadeusz Sobolewski

Dzienniki Sobolewskiego spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem, u większości budziły ochy i achy, mnie zirytowały. Doczytałam do końca, bo cały czas czekałam, że doczekam się tego „czegoś”, no ale się nie doczekałam.
Autor przedstawił swoje zapiski z lat 1982 – 2000. Opisuje w nich świat, który po części świetnie znam, chodzi w tym samym czasie po tych samych ulicach Warszawy, stoi w tych samych kolejkach. Słowem niby opowieść z mojego świata, ale tylko niby, nie ten fundament: świat soft-katolicyzmu, który z jednej strony widzi i krytycznie ocenia, z drugiej wyciąga rękę po kolejny święty obrazek jest mi obcy. Powiedzieć, że hamletyzowanie na tym polu, a autor się w tym nurza, mnie nie wzrusza, to mało powiedzieć. Skoro już w 1987 roku autor notował, że to czas „rozkwitu religii i upadku sztuki, kultury”, irytuje brak gotowości do wzięcia odpowiedzialności, za to, że po 1989 jego koledzy oddali kościołowi rząd dusz.
Z tym, że nie tylko dlatego nie zachwyciły mnie te dzienniki. Nie wzruszały mnie dusz-rozdrapy autora: są pisane na zbyt rozedrganej emocjonalnie nucie. Ponadto, autor mocno te zapiski ocenzurował, przez co dla zwykłego czytelnika są one niejednokrotnie niezrozumiałe. Może publikowanie dzienników za życia nie tylko autora, ale i dużej części opisywanych w nim postaci, nie jest najlepszym pomysłem? Z tym, że nie jestem przekonana, czy gdyby autor udostępnił swoje dzienniki w mniej okrojonej formie, byłyby one dużo ciekawsze. Tadeusz Sobolewski ma ogromną wiedzę, jest bardzo oczytany, ale jak zaczyna o tym, na czym najlepiej się zna, czyli o kinie to jedyne co z tego czytania wynoszę, to podziw dla jego erudycji.
Najciekawszy w tych dzienniku jest wątek Mirona Białoszewskiego, jego najbliższa przyjaciółka, Stańczakowa była teściową autora. Spodobała mi się jej teoria religijna „Chrystusa nie ma w Kościele, bo jako Żyd nie mógłby znieść tego, że jest głowa Kościoła, który prześladował jego naród”. Ale jak dla mnie, to za mało by sięgnąć po tę książkę.















