Przeczytane 2019.11

Wspomnienia

Jan Tyszkiewicz Arystokrata bez krawata

Kolejne wspomnienia kogoś, kto po wojennej traumie wrzucił tak ostry bieg, że dopiero na stare lata zaczął łapać oddech, tyle że tym razem nie tak u Polańskiego czy Gutowskiego był to Holocaust, tylko Dachau.

W przeciwieństwie do tamtych wspomnień, gawęda Tyszkiewicza nie wciąga, autor nie dość że nie ma najlepszego pióra to uwiera jego przypominający ADHD sposób pisania: nie tyle pisze, co strzela do czytelnika kolejnymi akapitami. I pewnie nie dałoby się tego przeczytać, gdy nie to, że jest to poprzetykana bajecznymi anegdotami opowieść o powojennej Europie, świecie ciekawych ludzi, który jeszcze przed chwilą istniał i który ja pamiętam. To, że autor to przebrany w szaty szarmanckiego arystokraty mizogin (na dodatek zakochany w myślistwie), aż tak bardzo na odbiór książki się nie przekłada.

Bo te historyjki!

W 1946 roku Mama z moim rodzeństwem próbowała wyjechać z Polski. Przewodnik zakonspirował cały transport jako francuskich repatriantów. Niestety ten plan się nie powiódł, a to wszystko z powodu jakiejś pani, której nagle zachciało się siusiu i nie umiała powiedzieć tego po francusku, więc naturalnie wszystkich sypnęła i cały transport natychmiast zawrócono z powrotem do Krakowa.

Czy galeria postaci!

Generał Carton de Wiard (…) wielki bohater I wojny światowej i wojny burskiej, w czasie której stracił nogę, rękę, oko i podobno pewien fragment genitaliów (…) Chodziła fama, że ma wielkie powodzenie u kobiet. Opowiadano nawet, że kiedyś, gdy rozbierał się w sypialni jednej ze swoich kochanek i zaczął odkładać na stół swoje kolejne protezy, usłyszał nieśmiałe pytanie: „Czym ty to właściwie masz zamiar robić?”.

O podbojach miłosnych jest w tej książce bardzo dużo, autor długo cieszył się opinią playboya, z tym że mając do wyboru pochwalenie się, czy bycie dyskretnym, zawsze wybierał to pierwsze – czasem to raziło, bo wątpię, by uzgadniał to z druga stroną.

Jeżeli chodzi o pióro ADHD, w pewnym momencie sprawa się wyjaśnia: autor cierpiał na dwubiegunówkę, z ostrymi stanami manii. Często był nawet hospitalizowany. Pouczająca opowieść o tym, jak raz pojechał do szpitala

Przyjechał Hindus, chyba największy kretyn wśród doktorów medycyny, jakiego w życiu widziałem.  Jego metoda podejścia do pacjenta była najgorszą z możliwych. Wyjął ogromną strzykawkę wypełnioną jakąś cieczą i zaczął chodzić, tłumacząc mi: „Nie bój się, tylko ci to wstrzyknę i przestaniesz histeryzować”. Wywołało to wręcz odwrotny skutek. Do człowieka w tym stanie podchodzi się zupełnie inaczej. Toteż zamiast mnie  uspokoić, jeszcze bardziej mnie podkręcił. Nie wiem już nawet, kto wezwał w końcu policję. Przyjechali sanitarką i policjant powiedział do mnie: Panie hrabio, pan jest najwyraźniej zmęczony, odpoczynek dobrze by panu zrobił. Czy pozwoli pan, że zapnę panu z tyłu ręce, żeby pan przypadkiem nie przeszkadzał kierowcy? Proszę bardzo – odpowiedziałem i podałem mu a on mi założył kajdanki. Prosty policjant, a o ile więcej zwykłej psychologii intuicji, wyczucia niż u tego debila lekarza. Natychmiast się uspokoiłem i dobrowolnie dałem się wpakować do karetki.

Ciekawe jak został jak zdobył zawód – przeczy to obecnie wyznawanej zasadzie, że jak ma się coś osiągnąć to od małego trzeba ćwiczyć.

Gdy skończyła się wojna miał 17 lat i gdy przyjechał do Anglii, poszedł do wojskowego gimnazjum, gdzie zdał maturę. Następnie ukończył roczny kurs biznesu i wiosną 1950, mając 22 lata odbył z zastępującym mu ojca wujkiem męską rozmowę „co dalej”. Oświadczył, że chciałby być muzykiem (w tym czasie nie potrafił nawet zagrać wlazł kotek na płotek). Wuj, zgodnie z wyznawaną dewizą: „jak się czegoś naprawdę chce, to można to osiągnąć” nie powiedział nie. Zaczął ostro ćwiczyć, ale jak łatwo się domyślić zawalił egzaminy do wszystkich londyńskich konserwatoriów. Wuj – ponieważ jego bratanek dalej zostać muzykiem, nie dał za wygraną, dotarł  do księżnej Kentu i poprosił by  powiedziała komu trzeba o „biednym chłopaku, który siedział w Dachau i marzy o muzyce”.  Dzięki jej interwencji, znaleziono nie byle gdzie, bo w Royal College of London wolne miejsce w klasie kontrabasu. Tyszkiewicz wyjechał na kilka miesięcy do Walii, gdzie wynajęty przez wuja nauczyciel miał za zadanie przygotować go do egzaminów wstępnych. Na jesieni je zdał, oczywiście ledwo, ledwo, ale zdał. Pięć lat później opuścił mury tej uczelni zdając egzaminy końcowe. Muzykiem wielkim nie został, ale parę rzeczy, które skomponował cieszyły się nawet popularnością.

Dziennik. Jeszcze jedno zdanie – Tadeusz Sobolewski

Dzienniki Sobolewskiego spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem, u większości budziły ochy i achy, mnie zirytowały. Doczytałam do końca, bo cały czas czekałam, że doczekam się tego „czegoś”, no ale się nie doczekałam.

Autor przedstawił swoje zapiski z lat 1982 – 2000. Opisuje w nich świat, który po części świetnie znam, chodzi w tym samym czasie po tych samych ulicach Warszawy, stoi w tych samych kolejkach. Słowem niby opowieść z mojego świata, ale tylko niby, nie ten fundament: świat soft-katolicyzmu, który z jednej strony widzi i krytycznie ocenia, z drugiej wyciąga rękę po kolejny święty obrazek jest mi obcy.  Powiedzieć, że hamletyzowanie na tym polu, a autor się w tym nurza, mnie nie wzrusza, to mało powiedzieć. Skoro już w 1987 roku autor notował, że  to czas „rozkwitu religii i upadku sztuki, kultury”, irytuje  brak gotowości do wzięcia odpowiedzialności, za to, że po 1989 jego koledzy oddali kościołowi rząd dusz.

Z tym, że nie tylko dlatego nie zachwyciły mnie te dzienniki. Nie wzruszały mnie dusz-rozdrapy autora: są pisane na zbyt rozedrganej emocjonalnie nucie. Ponadto, autor mocno te zapiski ocenzurował, przez co dla zwykłego czytelnika są one niejednokrotnie niezrozumiałe. Może publikowanie dzienników za życia nie tylko autora, ale i dużej części opisywanych w nim postaci, nie jest najlepszym pomysłem? Z tym, że nie jestem przekonana, czy gdyby autor udostępnił swoje dzienniki w mniej okrojonej formie, byłyby one dużo ciekawsze. Tadeusz Sobolewski ma ogromną wiedzę, jest bardzo oczytany, ale jak zaczyna o tym, na czym najlepiej się zna, czyli o kinie to jedyne co z tego czytania wynoszę, to podziw dla jego erudycji.

Najciekawszy w tych dzienniku jest wątek Mirona Białoszewskiego, jego najbliższa przyjaciółka, Stańczakowa była teściową autora. Spodobała mi się jej teoria religijna „Chrystusa nie ma w Kościele, bo jako Żyd nie mógłby znieść tego, że jest głowa Kościoła, który prześladował jego naród”. Ale jak dla mnie, to za mało by sięgnąć po tę książkę.

Staram się nie narzekać

Staram się nie narzekać, ale:

  • pan budowlaniec, napisał że ma inną firmę i inne, pozawarszawskie życie i bym mu nie zawracała głowy. Komu mam w takim razie zawracać głowę nie raczył napisać i zamilkł. A dziura pod domem się powiększa ….
  • pan szklarz miał w lato sprowadzić uszczelki do moich okien, teraz się okazało, że zanim je sprowadzi musi obejrzeć moje okna i tak idzie do mnie już drugi tydzień …
  • pan od pieca gazowego, jak się wreszcie udało mi do niego zadzwonić, powiedział, że w tym tygodniu się odezwie i powie kiedy będzie miał czas by przyjść i zrobić przegląd gwarancyjny

Tak ze wszystkim: chciałabym coś zakończyć, a oblepia mnie magma …

Na mojej ulicy też aż prosi się o to by ponarzekać. Została sprzedana przedostatnia działka i nowy sąsiad zaczął ostro: wyciął wszystkie drzewa i buduje betonowe ogrodzenie. Czegoś takiego tu gdzie mieszkam do tej pory nie było.

Oby przynajmniej nie palił śmieciami …

Opublikowałam na fejsie zdjęcie mojej chusty i dostałam bardzo, bardzo dużo lajków. Ale coraz mniej czuję się częścią drutowego babińca. Lepiej się czułam w dawnych, bardziej „elitarnych” klimatach, mam wrażenie, że im większy ten drutowy światek, tym więcej jest „betonowych ogrodzeń”.

To co teraz robię na drutach przestało mi się podobać. Już miałam pruć, ale rozczuliło mnie to, że za pierwszym razem udało mi się ładnie zszyć dwa kawałki ozdobnym szwem. Jadę więc z tym dalej (po lewej inspiracja w Pinterestu).

W niedzielę cudownie padało, co zwolniło mnie od koszenia trawy i mogłam spokojnie zalec przed ekranem. Ponieważ ostatnio nie udaje mi się z serialami na HBO GO, z kolejnych rezygnuję w połowie pierwszego odcinka, udałam się na mniej uczęszczane strony.

Na Onet Vod obejrzałam film Łozińskiego Tonia i jej dzieci.

Tytułowa Tonia byłą pierwowzorem bohaterki Przesłuchania Bugajskiego. Warto obejrzeć (film jest dostępny za darmo).

Na Itunes wypożyczyłam film Mój tata Gene Gutowski

Potraktowałam to jako klamrę dopinająca przeczytanie wspomnień Gene Gutowskiego Od Holocaustu do Hollywood. Tyle, że nic nowego, czego nie było w tamtej książce, w tym filmie nie ma. W dodatku książka jest ciekawsza.

A na Ninatece obejrzałam sztukę Udręka życia w reżyserii Jana Englerta

Popis gry aktorskiej. A i sztuka fajna. Postanowiłam pobuszować po Ninatece, bo aż dziwne, że jak dotąd nie została poddana żadnej obróbce i trwa, tak jakby w kulturze nie wiał wiatr historii. Podejrzewam, że nikt o niej nie mówi, ani nie pisze, by tak niezauważona jak najdłużej obroniła się przez zmianą.

Z pamiętnika wk … konsumentki

Mam takie wrażenie, że o ile jeszcze niedawno wiele rozwiązań było wprowadzone z myślą by było nam łatwiej, teraz coraz częściej wdrażane są pomysły decyzyjnych bezmózgowców. W tym tygodniu ostro zapieniło mnie to, jak banki zinterpretowały dyrektywę UE o silnym uwierzytelnieniu. Generalnie, od 14 września by zalogować się do banku, trzeba będzie mieć przy sobie komórkę. Jeżeli się ją zgubi/ zostanie ukradziona czy np. wpadnie do wody, do czasu wyrobienia nowej karty SIM będzie się odciętym od banku. Nieźle to może skomplikować życie na wyjeździe. Z przeprowadzonych na infolinii mbanku i Santandera rozmów wynika, że – przynajmniej na razie – nie przewidują rozwiązań awaryjnych. Zakładają, że karty będzie można zablokować przez telefon (choć wg. może być problem z uwierzytelnieniem) a reszta „może poczekać”. Można mieć tylko nadzieję, że życie to na nich wymusi, a do tego czasu trzeba strzec komórki jak źrenicy w oku. Tylko czy tylko mnie to przeszkadza?

Kobieta idzie na wojnę

Dziełem sztuki to ten film nie jest, często tak bywa gdy reżyser uważa, że ma nam coś tak bardzo ważnego do opowiedzenia, że walory artystyczne są nieistotne.

Główna bohaterka, to zbliżająca się do 50-tki ekoterrorystka, samotnie walcząca z biznesmenami, którzy wespół zespół z Chińczykami niszczą ekosystem Islandii. Film w nastroju bardzo pasuje do ponurej islandzkiej przyrody i warto go obejrzeć, może nie tyle nie dla samej historii, bo jest dość naiwnie poprowadzona, ale dla Islandii, która bardzo w tym filmie przypomina dzisiejszą Polskę. Suweren i tu i tam, popiera tych, którzy dają, albo przynajmniej obiecują, że dadzą. Wprawdzie wujek Sam zabronił nam korzystać z chińskich funduszy, ale akurat niszczyć to potrafimy i bez ich pomocy.

Ćma bukszpanowa

Do Brwi dotarła ćma bukszpanowa. I tak dziwne, że dopiero teraz. Woli we mnie by z nią walczyć nie ma za dużej – w głębi duszy uważam to za z góry przegraną wojnę, z drugiej strony, poddawać się na dzień dobry, też głupio. Ta ambiwalencja po części pewnie i dlatego, że sam bukszpan budzi we mnie mieszane uczucia. Jest duży, zdominował centralne miejsce z tyłu domu i wcale nie jestem pewna czy mi się to podoba.

Ćmę wypatrzyła Łada i dała mi know how, ale który działa niestety tylko na dżdżownice. Podobno oprysku prewencyjnego nie ma. Na Allegro kupiłam Lepinox, w sklepie ogrodniczym Mospilan 20 i mydło potasowe, w Leroy Merlin bańkę do oprysku i teraz tylko czekam na Lepinox, który przyjdzie w przyszłym tygodniu. Wtedy, niczym ułani na czołgi, ruszę na bój.

Tyle że przed opryskiem muszę go jeszcze dokładnie ostrzyc i umyć. Słowem kolejny tydzień w plecy.

Łada wybiła mi też z głowy pomysł na przesadzenie jaśminu w inne miejsce. Tam gdzie rośnie za chwile dziurę zasłonią rododendrony, a na płocie lepiej sprawdzi się trzmielina.

Jeszcze jedna fota chusty, którą się już chwaliłam.

Klasyczny Enterlac, robiony od dołu. Wełna z Włóczek Warmii i tak jak wszyscy pieją nad nimi z zachwytu, ja się do tego chóru nie dołączę. Momentami tak cienka, że jak pęknie to nie będę wiedziała wada włoczki, czy mole. A pęknie. Trzeba było robić z jeszcze jedną nitka, ale za późno się zorientowałam. A przy praniu tak puszczała kolor, że dziwne że go tak dużo jeszcze zostało.

Robienie na drutach zajmuje dużo czasu. Szyje się szybciej. Ale jakoś nie umiem dogadać się z maszyna (nigdy nie umiałam). teraz pojechała do Wwy do naprawy, ale nie wiadomo czy coś z niej jeszcze będzie. Pan do niej nie jeszcze nie zajrzał, ale uprzedził, że modele „made in China” często są niereperowalne.

Moim największym problemem, jest brak czasu dla siebie i swoje przyjemności. W tygodniu 8 godzin pracy + 3 na dojazdy nie pozwala za bardzo na oddech. a w weekend trzeba ogarnąć to wszytko czego nie udało się w tygodniu, a jest tego całkiem sporo. Z drugiej strony, mam wątpliwości, czy emerytura jest dobrym rozwiązaniem. Pomijając to, że na wiele rzeczy nie byłoby mnie wtedy stać (taki głupi pakiet startowy do walki z ćmą to 200 zł), to wcale nie koniecznie miałabym siłę robić to wszystko, za co dziś płace, by mi to zrobiono. Więc na razie osiołkuję. A moje niezadowolenie, że nie ma mnie tam, gdzie chciałabym być, rośnie ( w tym tygodniu starczyło mi tylko czasu na jeden basen jedno kino i koncert).

Koncert nie był zbyt udany. Niby Nigel Kennedy. Ale jakoś nie to. Cztery lata temu na Placu Grzybowskim śpiewał żydowskie reggae Matisyahu Jego głos niósł się po całym placu, odbijał od bloków i wracał. Była moc. Teraz jej nie było.

I patrząc jak korzysta z wolności i czasu moja mama, zazdroszczę. Miałam w tym tygodniu niezłą z nią przygodę.

Moja mama ma 85 lat. Wczoraj po kinie postanowiłam u niej zanocować i tak koło 22 lekko się zaniepokoiłam, że jej dalej nie ma w domu. O 23 zadzwoniłam na 112 i dowiedziałam się, że nie ma czegoś takiego jak zbiorcza infolinia o interwencjach pogotowia, niby można dzwonić po szpitalach, ale nikt mi nic nie powie, bo RODO. O 23.30 zakolegowałam się z policjantem na nocnym dyżurze, jemu łatwiej było posprawdzać. Mama nie nosi przy sobie dowodu, komórki nie posiada. Wyobraźnia mi pracowała. Mama zjawiła się dwadzieścia po pierwszej w nocy. Była na koncercie, a potem wracała na piechotę do domu i zupełnie nie rozumiała o co to zamieszanie.

Teraz pojechała do mojego byłego męża na wywczasy i nie wiem jak on to zrobił, ale wymógł na niej by miała ze sobą komórkę, tak by mógł kontrolować czy podróż odbywa się bez jakiś niezaplanowanych atrakcji.

dobry film

Pewnego razu w Hollywood

Trudno coś napisać o tym filmie tak, by nie był to spoiler. Trwa 2 godziny 40 minut i przez pierwsze dwie godziny nie mogłam zrozumieć zachwytów krytyków, wprawdzie na ekranie odbywał się koncert gry aktorskiej, ale do muzyki serialowego snuja. Dopiero ostatnie 40 minut pokazuje po co były te 2 godziny rozbiegu i trzeba przyznać, że Tarantino mistrzowsko rozegrał końcówkę.

Przeczytane 2019.10

Lektury antyklerykalne

Sodoma Frederic Martel

Książka wyszła mniej więcej w tym samym czasie, w którym coraz głośniej było o zbliżającej się premierze filmu Sekielskiego. Jeżeli liczono na to, że na tej fali nie przejdzie niezauważona, to się przeliczono. Przeszła bez echa. A szkoda.

Autor wykonał tytaniczną pracę, przeprowadził wywiady z kilkudziesięcioma kardynałami, setkami biskupów i księży, przekopał się przez ogromne archiwa (musiał mieć też na to fundusze, bo sporą część tej pracy wykonali dla niego specjalnie zatrudnieni w tym celu reasercherzy). W oparciu o te materiały autor doszedł do następującego wniosku (oczywiście w mega uproszczeniu): w kościele katolickim „promowani” są mężczyźni homoseksualni. I tak o ile na dole (w parafiach) przeważają osoby hetero, które jeżeli „grzeszą”, to w „tradycyjny” sposób, to im wyżej jest ich coraz mniej, a tych homo coraz więcej. Zaś sam Watykan, to tytułowa Sodoma.

W Sodomie obowiązuje zmowa milczenia i biada nie tym którzy grzeszą, ale tym, którym rozwiązują się usta. I tak jak i gdzie indziej, najgłośniej o czystości krzyczą ci, którzy mają najwięcej brudu za paznokciami. Historie, o których opowiada robią wrażenie, takich co działali w skali Marciala Maciel było więcej i w mojej ocenie, nawet i „ostrzejszych”. Słowem rzetelnie udokumentowana, praca o zakłamaniu tej instytucji.

Tyle, że ponieważ z faktami się nie dyskutuje, KK wybrał strategię milczenia, udawania że tej książki, ani świata który opisuje nie ma. Wygląda na to, że skuteczną.

Jakiś czas temu wysłuchałam wywiadu Stawiszyńskiego z Terlikowskim, gdzie ten ostatni zarzekał się, że ksiądz który jest pedofilem, popełniając taki czyn, automatycznie przestaje być księdzem. Niestety Stawiszyński go nie docisnął: co z udzielonymi przez tego księdza sakramentami?

Ładna i wesoła anegdotka: papież Benedykt w 2010 roku powiedział coś takiego:

W pojedynczych przypadkach może być uzasadnione, że ten, kto uprawia prostytucję, używa prezerwatywy.

Jak zauważa autor:

To zdanie spodobałoby się Freudowi (…) Niezwykła w tej wypowiedzi nie jest opinia papieża na temat AIDS, ale powtórzone na piśmie przejęzyczenie. Nagrana i zapisana wypowiedź przeszła dwukrotną weryfikację (…) Żaden heteroseksualista w spontanicznej wypowiedzi o prostytutce nie użyje męskiego rodzajnika. (…) Ten podwójny lapsus – w mowie i w piśmie – z pewnością pozostanie jednym z najbardziej uroczych przypadków dekonspiracji w całej historii katolicyzmu.

Niestety, moim zdaniem autora „przygniótł” ogrom zebranych materiałów i nie potrafił dokonać selekcji. Wszystko było dla niego ważne i z pewnego punktu widzenia, trudno się z nim w tym nie zgodzić. Tyle, że książkę czyta się ciężko. Może to i wina tłumacza? Ale mimo to na pewno warto ją przeczytać.

Seks. Odwieczny problem Kościoła Uta Ranke-HeineMann

Bardzo ciekawe kompendium wiedzy na temat obsesji seksualnej kościoła. Dużo o księgach i zawartych w nich słowach (ogrom ciekawych cytatów), trochę o autorach tych ksiąg, niewiele o ludziach, których spisane w tych księgi zasady łamały życie.

To na co warto zwracać uwagę przy czytaniu, to na przytaczane przez autorkę daty,  Niejednokrotnie cytat z ubiegłego wieku brzmi, jakby pochodził z średniowiecza.

Kilka ciekawych cytatów. O relacji państwo-kościół:

Gdy w 388 roku, z podpuszczenia swego biskupa, chrześcijanie spalili synagogę w Kallinikon nad Eufratem, a później cesarz Teodozjusz nakazał jej odbudowę na koszt biskupa, Ambroży zaprotestował: „Oświadczam, że podpaliłem synagogę; także wydałem im takie polecenie, by nie było więcej takiego miejsca, w którym przeczy się Chrystusowi. Co stoi wyżej, pojęcie porządku czy interes religii?” (Ep. 40, 11). Gdy cesarz wahał się, Ambroży przerwał nabożeństwo i wobec zgromadzonej gminy zwrócił się do niego, mówiąc, że nie podejmie odprawiania mszy tak długo, jak długo Teodozjusz nie cofnie swego rozkazu. W ten sposób Ambroży wywalczył wreszcie całkowitą bezkarność podpalaczy synagogi. Wszedł do historii Kościoła jako prawy chrześcijanin, który nie ugiął się nawet przed cesarzem.

O kościelnej mizogonii:

O zmarłym w 1888 roku, a kanonizowanym w 1934 roku Don Bosco jego biograf La Varende pisał w 1951 roku: „Don Bosco był tak cnotliwy, że pozwalał usługiwać sobie jedynie matce”.

Czy gradacji występków:

Anglosaska księga pokutna Pseudo-Egberta (około 800 roku) ustalała za stosunek oralny siedem lat lub dożywocie, za stosunek analny dziesięć lat, za usunięcie ciąży siedem lub dziesięć lat, za umyślne zabójstwo – siedem lat. Canones Gregorii(powstałe w latach 690–710, uchodzą również za dzieło arcybiskupa Theodora) ustalały za stosunek analny lat piętnaście, a za rozmyślne zabójstwo siedem lat kościelnej pokuty. Anglosaska księga pokutna Egberta, arcybiskupa Yorku (zm. w 766 roku), przewidywała za stosunek analny karę siedmiu lat, za morderstwo – czterech do pięciu lat. Powstała w latach 680–780 frankijska księga pokutna, zwana Hubertense od miejsca, w którym została znaleziona (klasztor w St. Hubert w Ardenach) zawierała żądanie dziesięciu lat pokuty kościelnej za coitus interruptus, dziesięć lat za stosowanie napojów o działaniu antykoncepcyjnym i za umyślne zabójstwo. Karze pokuty kościelnej, choć znacznie łagodniejszej, bo liczonej w dniach lub tygodniach, podlegała także pozycja podczas stosunku, jeśli odbiegała od ustalonej przez mnichów normy.

Nagromadzenie faktów w tej książce jest takie, że trudno je  wszystko przyswoić.  Z drugiej strony  nie trzeba czytać żadnych książek, by zdawać sobie sprawę  że urzędnicy kościoła mają obsesję na temat seksu i że wynika to z ich osobistych problemów z własną seksualnością. Słowem książka dla tych co wiedzą to o czym mówi i bez jej przeczytania.

Ale mimo tych zastrzeżeń, książka jak najbardziej warta przeczytania.

Mnich. Historia życia, którego nie było Tadeusz Bartoś

Porażka Tadeusza Bartosia jako pisarza.

Książka z kluczem może i czytelnym dla autora, ale nie dla czytelnika. Rozliczenie z klasztorem, któremu autor poświęcił kawałek życia, Ale jak nie potrafił o tym szczerze napisać, to po co się za to zabierał?

Z tym, że to zdanie mi się bardzo spodobało:

Ka­to­li­cyzm jest re­li­gią śmier­ci, dro­gą zbli­ża­nia się do śmier­ci, po­zba­wia­nia ży­cia, w któ­rej jed­ni bie­gną szyb­ciej, a dru­dzy wlo­ką się nie­mi­ło­sier­nie, od­da­jąc przy­słu­gi na­tu­rze, jej pro­kre­acyj­nym pra­wom. Ka­to­li­cyzm jest peł­ną prze­mo­cy gno­styc­ką sek­tą. Jest sa­ta­ni­zmem.