Suwalski reset

W październiku mam w kalendarzu zapisane tyle spraw, że aby je nawet nie tyle pozałatwiać, ile przynajmniej dopilnować by dalej biegły po właściwym torze, musiałabym spać max 4-5 godzin na dobę, co w moim przypadku nie wchodzi grę, potrzebuję 8 godzin. I tak w nadchodzącym tygodniu zaczynam rehabilitację (kriokomora), jestem zapisana do laryngologa i dentysty, przychodzi fachowiec od pieca, mam bilet na jedno spotkanie, a jest i drugie na które chętnie bym poszła, przyjeżdża Kasia.eire + jak zawsze 8 godzin pracy. Jedyny dostępny manewr to czas dojazdu do pracy (nocując u mamy 3 godziny redukuję do 1,5) ale to i tak za mało by zmieścić się w 24-godzinach. Howgh!

Przez pierwsze kilka dni dam radę, bo jestem mega wypoczęta, prawie przez cały tydzień ładowałam na Suwalszczyźnie akumulatory.

Widok z okna miałam piękny, ale jak się dokładniej przyjrzeć, po prawej wiatraki, po lewej linia przesyłowa, a teraz, w ramach unijnego projektu tiry na tory, ma być jeszcze i kolej.

Nawet wieczorami, gdy zachód słońca przypominał kadry Pożegnania z Afryką, widać było „współczesność”.

Generalnie byłoby tam pięknie, gdyby nie człowiek i niestety z roku na rok jest gorzej. Coraz więcej wielkich obór, paskudnych zabudowań gospodarczych, obrzydliwych nowoczesnych chałupowilli. I cała ta koszmarna architektura bije po oczach, bo prawie nie ma już drzew.

W dodatku moja ulubiona knajpa w Suwałkach, Kuchnia u Alika, miała wolne.

To nie jedyna porażka na tym wyjeździe – Joanna nie tylko nie rozwiała narastających we mnie wątpliwości co do pasiaczka, ale je wzmocniła. Doszłam do wniosku, że im bardziej go robiłam, tym większa była jego powierzchnia, a że jest kontrastowa, tym mniej mi się podobała.

Mam całe mnóstwo wełen/swetrów do sprucia i mocne postanowienie, że nie kupię następnej wełny, zanim nie zrobię czegoś z tego co mam. Jednocześnie nie mam żadnego pomysłu, co można byłoby z tego zrobić.

Słowem totalny pat. W tym roku zrobiłam dwa kocyki i jeden szal, ale to akurat nie problem. Bez robienia na drutach walą się kolejne klocki w moim dominie: nie oglądam seriali, audiobooki słucham tylko przy sprzątaniu …

Moje starsze dziecko zapewniło mi w weekend emocjonalną jazdę bez trzymanki i nie mogąc wyładować się w ogrodzie (padało) postanowiłam „pójść w przetwory”.

Niestety mój ajwar w niczym nie przypomina małmazji, jaką serwowała mi Joanna na Suwalszczyźnie.

Rok musi być bardzo grzybny, skoro gdy przed niedzielnym obiadem w grodziskim Pikniku (przepyszne kopytka buraczane)

poszłyśmy z Gabi na półgodzinny spacer do lasu i takie grzybowe antytalencie jak ja znalazło przy uczęszczanej drodze 4 grzybki.

Zostawiłam Gabi te grzybki, bo nawet na jeden słoiczek by nie starczyło.

Walka z robalami

Kolejna rola do odegrania: nieustraszony pogromca robali

Na zdjęciu wyglądam wojowniczo. Tak naprawdę, jestem jako ogrodnik zniechęcona, kiepsko przekonana o tym, że odniosę sukces i wściekła na to, ile mi to zajmuje czasu. Pomijając to, ile to wszystko kosztuje.

Jesień witałam w Milanówku. Inny świat. Na płotach „nasze” plakaty, na drzewach ulotki o tym jak są ważne.

Zdaję sobie sprawę, że to tylko złudzenie, że jest to enklawa normalności. Coraz mniej jest miejsc gdzie czuję się u siebie, zamykamy się już nie tylko w swoich bańkach informacyjnych, powoli zaczyna dotyczyć to też przestrzeni. Ale jak będziemy się tylko przemykać pod płotem gdzie ja pójdę w swoim rękodziele? To co teraz robię, albo będzie totalnym niewypałem, albo strzałem w dziesiątkę.

Na zdjęciu wyszło jak bucik, a ma być z tego kamizelka

dobry film

Opowieść o trzech siostrach

Współczesna Turcja, ale taka poza czasem. Wioska u podnóża gór, bez prądu, wodociągu czy innych zdobyczy techniki. To, oraz sposób sfilmowania przyrody tworzy baśniowy klimat, ale z tych okrutnych baśni, takich jak gołoborza otaczających wioskę gór.

Trzy siostry pracowały w mieście jako nianie w bogatych domach i z różnych powodów musiały wrócić do swojej wsi. Tak jak u Czechowa, chcą z powrotem pojechać do miasta, bo „życie jest gdzie indziej”. Na razie tkwią jednak w wiosce i my towarzyszymy im przez kilka dni.

Niesamowity film.

Downton Abbey

Poszłam dla Maggie Smith i dialogów, jakie prowadzi. Sceny w których nie występowała, traktowałam jako przerywnik. Niestety tych scen jest dość dużo i są one niewiele warte.

Ale dla Maggie Smith warto. Niestety tylko dla niej.

Mój kraj taki piękny

35 minutowy film o rodzeniu o faszyzmie na polskich ulicach.

Film opowiedziany od strony „mojego podwórka”, czyli jak dla mnie słuszny, ale mający tak naprawdę niewiele więcej do powiedzenia, poza tym, że koń jaki jest każdy widzi. Powiedziałabym przewrotnie, ze może dlatego jest tak jak jest, bo odpowiedzią są takie filmy?

Nie oczekiwałam co prawda siły rażenia Kabaretu, czy Jaja węża, ale większej zadziorności i odwagi, a nie przełykania śliny „jak oni tak mogą postępować?”

Przeczytane 2019.12

dobry audiobook

W ogrodzie bestii Eric Larson

Opowieść o ambasadorze USA w Berlinie, Williamie E. Doddzie, który pełnił swoja misję w latach 30-tych ubiegłego wieku, nie miał złudzeń co do Hitlera, ale którego nikt nie słuchał.

W 1933 roku berlińska placówka dyplomatyczna była dla Amerykanów na tyle nieistotna, że powierzyli ją człowiekowi spoza układu, Dodd był naukowcem,  który  miał  zamiar na placówce w spokoju dokończyć książkę, którą uważał za dzieło swojego życia. Początkowo nie dawał wiary alarmistycznym doniesieniom na temat postępowania niemieckich władz, pamiętał Niemcy z lat swoich studiów i nie wierzył, że kraj mógł się aż tak zmienić. Jego dorosła córka, która z nim przyjechała, była wręcz zauroczona nazizmem. Dość szybko Dodd zaczyna widzieć ku czemu zmierza Hitler, w miarę upływu czasu śle coraz bardziej alarmistyczne raporty do Roosevelta, ale w „nagrodę”  zostaje w 1937 roku odwołany.

Obraz Berlina lat trzydziestych widziany oczami dyplomaty. Rauty, przyjęcia, polityczne gierki, w tle wydarzenia historyczne. Kolejna książka o tym, że przychodzi taki czas w historii, kiedy szaleńcy przy aplauzie zaczadzonego tłumu przejmują stery. Ale opowiedziana z trochę innej strony, więc nawet jak się trochę o tym czasie wie, to ciekawa.

Tom Hanks ma nakręcić na podstawie tej książki film.

dobry audiobook

Zaginione miasto Z. Amazońska wyprawa tropem zabójczej obsesji David Grann

Opowieść o pasji.

XIX-wieczna wiktoriańska Anglia. Czas wielkich odkryć, dokonywanych przez stowarzyszonych w rozlicznych towarzystwach naukowych niestrudzonych poszukiwaczy przygód, marzących o uwiecznieniu swojego nazwisko w historii.

Książka opowiada o ekspedycji angielskiego podróżnika, pułkownika Percy Fawcett, członka Royal Geographical Society. Jej celem było odnalezienie w Amazonii zaginionego miasta. W wyprawie, obok pułkownika, wziął udział jego syn z przyjacielem, towarzyszyli im dwaj brazylijscy przewodnicy. Zaginęli gdzieś w amazońskiej puszczy i mimo podejmowania w następnych latach szeregu prób (o tym też opowiada ta książka), nigdy nie natrafiono na ich ślad.  

Książka bardzo ciekawa w warstwie historycznej – genialnie oddaje klimat epoki. Napisana wprawdzie trochę nierówno (czyt: w kilku miejscach mogłaby być krótsza), ale nie aż tak, by mocno odbijało się to na komforcie czytania. A chociażby dla poznania Percy Fawcett’ a, warto.

W 2017 roku był wyświetlany, nakręcony na podstawie tej książki film, ma dobre recenzje, nie wiem dlaczego go przeoczyłam.

Zabójcza Biel Roberta Galbraiht  

Czytadła potrafią być przyjemne. Np. zawsze jak tylko przeczytam, że ukazał się kolejny audiobook Roberta Galbraiht  (czyli J.K.Rowling) o przygodach detektywa Cormorana Strike’a czytany przez Macieja Stuhra kupuję i słucham.

Z tomu na tom, wyczerpuje się autorce pomysł na ciekawy kryminał – zdecydowanie najlepszy był pierwszy, bez komisarza Strike, Trafny wybór.

W tym zagmatwana intryga, żeby jej bohaterowie nie budzili sympatii, zahacza o świat polityki, a żeby było obszernie, dużo o życiu prywatnym Strike’a.

Ale ja już jestem uzależniona od tej serii i jak będzie tom piaty, też kupię.

Weekend z Perełką

Gabi na wakacjach, jej córka na weselu, a ja z Perełką.

Poprzednio była u mnie zimą, więc nie było problemu otwartych drzwi na taras. Teraz boję się, że przeciśnie się pod płotem i sobie pójdzie, więc siedzimy razem w domu. Zapomniałam też, że ma trochę i jamniczych genów. Poszłam z nią na zakupy i jak byłyśmy już daleko od domu, Perełka doszła do wniosku, że to co miała zrobić zrobiła i nie ma powodów by dalej truchtać. Nie szło jej wytłumaczyć, że mogłaby pokonać ten dystans na własnych nóżkach. I tak wracałam z siatami i psem na rękach.

A poza tym lekko drgnęło!

  1. Pan budowniczy napisał sms, że przyjdzie. I przyszedł! Przyniósł schemat podłączenia elektryki i rozprowadzenia ogrzewania, udzielił kilku wyjaśnień i w ten oto sposób z rocznym poślizgiem udało mi się zakończyć budowę!
  2. Pan od szyb przyszedł , wymierzył okna i powiedział że odezwie się jak kupi uszczelki. Czekam.
  3. Pan od pieca umówił się ze mną na koniec września.

Byłam też u dentysty i okazało się, że po ponad trzech latach uników mam tylko jedną szyjkę do zrobienia (myślę, że to stąd mój lekki podmuch optymizmu).

Jedyne co psuje mi humor to porażka wagowa. Pułap kalorii, który spokojnie „zaskakiwał” jeszcze trzy lata temu, teraz nie zaskakuje. Zdaję sobie sprawę, że z wiekiem spada zapotrzebowanie na kalorie i aby nie tyć, trzeba ich mniej. Ale żeby aż tak?

Dokupiłam kolejne kwiatki – nolinę i sansewierię, są sprzedawane po 5 zł jako „easy care”.

Kwiatki w domu są zdecydowanie łatwiejsze w obsłudze. Z bukszpanem się chyba poddam. Opryskałam i nie tylko widzę, że nie żadnej poprawy, ale mega pogorszenie. Wygląda na to, że lekarstwo może było i dobre, ale pacjent nie przeżył.

Mahonia choruje na to co zawsze, muszę ja jeszcze przed zima wypryskać. Nie wyzdrowieje, ale i nie padnie.

Winobluszcz, jak na moje oko podgryzają ślimaki, upewnię się jeszcze w sklepie ogrodniczym, ale generalnie roślina wygląda na zdrową.

Natomiast tu dramat. Dąb chorował od zawsze, ale pogorszyło mu się od tego oprysku, co to ta firma ogrodnicza zrobiła. Gorzej, bo zaczęły chorować posadzone pod dębem rododendrony

Te chińskie przysłowie, że jeśli chcesz być szczęśliwy całe życie, załóż i uprawiaj ogród, może i było prawdziwe, ale w tamtym świecie, sprzed klimatycznej zmiany.

Festiwal żydowskie Motywy

Echo

Kameralny film o rodzinie. On i ona tuż przez czterdziestką, dwójka dzieci. Przez przypadek (zdjęcie dokumentujące przekroczenie szybkości) on dowiaduje się, że nie wie wszystkiego o swojej żonie. Kupuje odpowiedni sprzęt i zaczyna podsłuchiwać jej rozmowy. Wie z nich coraz więcej, ale nie może się do tego przyznać, bo wyszłoby na jaw, co zrobił. I tak żyją ze sobą jakby nic się nie stało, tyle że jest to coraz trudniejsze.

Film pozostawia ślad, może i dlatego że jest dobrze zagrany.

Warszawa. Miasto podzielone

O warszawskim getcie i o tym, co dziś jest na jego miejscu. Punktem wyjścia do powstania tego dokumentu było odnalezienie w 2004 roku unikatowego filmu nakręconego przez Polaka (jest to jedyny tego typu materiał, autorami wszystkich innych materiałów są Niemcy).

Tym Polakiem był to Alfons Ziółkowski, przedwojenny mistrz Polski w wyścigach motocyklowych, który wykorzystując swoją przepustkę, od marca do listopada 1941 roku rejestrował na taśmie codziennie życie getta. Niektóre sceny są niesamowite – np. to jak mali chłopcy pod Halą Mirowska przez dziurę w murze podają żywność na druga stronę, czy zdjęcia z Cmentarza Żydowskiego.

Robi też wrażenie pokazana w tym filmie komputerowa symulacja, jak wyglądałaby Warszawa, gdyby zrealizowano projekt niemieckich architektów.

O innych rzeczach wiedziałam, wypowiedzi świadków znałam. Ale jest to tak skręcone, że dobrze się ogląda.  

dobry film

Ból i blask

Tym filmem Almodovar wraca na podium. Pełna rehabilitacja po Przelotnych kochankach (nakręcona po tym filmie Julietta to było dla mnie za mało, tym bardziej, że nie był to jego dobry film, tylko nie tak żenujący jak Przelotni kochankowie).

Z tym, że to jest już trochę inny Almodovar. Jest kolorowo, ale już nie tak jarmarcznie, tylko w kilku kadrach bije nas po oczach czerwień. Bohaterowie są dalej niepogodzeni z życiem, ale w bardziej „standardowy” sposób: depresja, niemoc twórcza. No i w głównych rolach mężczyźni, kobiety zapełniają tylko drugi plan.  

Ale dalej jest ten cudownie opowiadający filmowe historie Almodovar. Tym razem o starzejącym się, schorowanym, cierpiącym na niemoc twórczą reżyserze, który usiłując sobie pomóc, wraca do porzuconych w swoim życiu wątków.  

Myślę, że Banderas, za główną rolę ma w zasadzie Oscara w kieszeni.