Przeczytane 2019.14

dobra książka

Sen Kolumba Emil Marat

Sen Kolumba stanowi poniekąd uzupełnienie Made in Poland, książki w której Stanisław Likiernik opowiedział  o swoich wojennych losach, powszechnie znanych w wersji literacko przetworzonej z dwóch pierwszych tomów Kolumbów Bratnego. Bohaterem trzeciego tomu jest Krzysztof Sobieszczański, to jego pseudonim „Kolumb” stał się symbolem całego pokolenia. Wojenne losy Sobieszczańskiego były w dużej części zbieżne z losami Likiernika, z tym że w odróżnieniu do niego, bohaterem bywał tylko gdy tego wymagała historia, przez pozostałą część swojego krótkiego życia był awanturnikiem i to z taki przytupem, że jego życiorys nadaje się na wieloodcinkowy serial przygodowy.

Wychowywał się z matką na warszawskim Żoliborzu (ojciec rotmistrz poległ w wojnie w 1920 roku). Od wczesnych lat interesowała go stolarka, szkutnictwo, robił kajaki i trochę na tym zarabiał. Fascynacja morzem zaprowadziła go do Marynarki, oczarowanie szybko minęło: zdezerterował, ukradł luksusowy jacht i wypłynął na Bałtyk. Jesienią 1938 roku został schwytany w Finlandii, deportowany do Polski, gdzie odsiedział za to dwa lata. Wrócił już do okupowanej Warszawy, kombinował, handlował, ożenił i zanim wybuchło powstanie miał już syna i córkę w drodze. Za śpiewanie zakazanych piosenek trafił do Auschwitz, wówczas jeszcze obozu pracy i rodzinie szczęśliwie udało się go wykupić. Gdy wrócił, został zawodowym żołnierzem Kedywu, wykonywał wyroki, ponieważ znał dobrze niemiecki, często w mundurze Wermachtu. W powstaniu został ranny, po powstaniu znalazł się w obozie jenieckim na terenie Niemiec. Nie czekając na wojska radzieckie uciekł rzeką do Hamburga. Gdy tam dotarł, miasto nie było jeszcze wyzwolone.  Po jego wyzwoleniu założył tam Polską Misję Okrętowa w której pod płaszczykiem rewindykacji polskiego mienia portowego, zajmował się nielegalnym handlem i przemytem. Gdy zaczął mu się palić grunt pod nogami przeniósł się na Lazurowe wybrzeże. Tam też prowadził szemrane interesy w klimacie filmów noir. Gdyby wierzyć temu co pisał w listach do żony, myślał o powrocie, ale co wtedy stało by się z jego kolejną rodziną: żoną i dziećmi? Zaginął na morzu w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach.

Do dzisiejszego dnia zachowało się niewiele dokumentów, w oparciu o które można by dokładnie opisać biografię Sobieszczańskiego. Te z przed i z czasów wojny w większości spłonęły, natomiast po wojnie, z uwagi na to, czym się zajmował nie dość, ze używał różnych nazwisk, to też  i „dbał” o to by jego działalność nie była dokładnie udokumentowana. Tę lukę Emil Marat zastępuje, wspomaganą wiedzą historyczna, wyobraźnią, z tym, że za każdym razem jasno zaznacza, gdzie kończy się „dokument”, a zaczyna snucie mniej, lub bardziej prawdopodobnych hipotez. I to układanie przez autora na podstawie strzępków informacji możliwych scenariuszy jest jednym z atutów tej książki. Przy czym autor zakłada, ze ma do czynienia z czytelnikiem lekko wyrobionym, więc nie marnuje stron na opis historycznego tła.

Jak dla mnie, nie tylko ciekawy bohater, ale i ciekawa książka.

Przeciwżycie – Philip Roth

Kolejny Roth. Ale inny. Jego bohater (znany i z innych książek Rotha Nathan Zuckerman) ma wprawdzie znane i z innych książek Rotha  problemy i rozterki z powodu ‘nieuregulowanego” życia emocjonalno-seksualnego, ale tym razem jest to jedynie tłem do jego głównego problemu egzystencjalnego: faktu bycia Żydem.  

W dodatku poznajemy jego żydowskie życie (wszystko dzieje się w II połowie XX wieku) w kilku „wariantach” . Raz brat, nowojorski dentysta,   bierze leki nasercowe, przez które jest w zasadzie  impotentem i dla swojej kochanki decyduje się na operację, która ma mu przywrócić „sprawność”. Operacja zamiast przywrócić pełnię życia, kończy się  porażką. Nathan przyjeżdża do NY  na pogrzeb brata i jesteśmy w jego głowie, gdy rozmyśla o życiu brata, typowym dla swojego środowiska, z niekochaną żoną, pamięcią wielkiej miłości do kobiety nie-żydówki, dla której jednak nie zdecydował się porzucić swojego życia i kochankami, które były lekarstewkiem  na egzystencjalne smutki i przez które przedwcześnie umarł.

Innym razem to Nathan,  ma chore serce i bierze leki przez które jest w zasadzie  impotentem. Też decyduje się na operację, tyle że nie dla kochanki, ale dla kobiety która kocha, nie –Żydówki,  i też umiera. Tym samym teraz  jego brat Henry przyjeżdża na jego pogrzeb i idzie tropem życia brata, w porównaniu do jego, niekonwencjonalnego.

Jest też wersja, gdy Henry szuka swojej żydowskiej tożsamości w kibucu, gdzie  odwiedza go Nathan, który po nieudanej próbie namówienia go  do powrotu do NY, jedzie do Londynu gdzie mieszka jego żona nie-żydówka, której rodzina, a zwłaszcza teściowa, nie przepada za Żydami.

Każdy ww. wariant żydowskiego losu jest przeanalizowany pod każdym kątem, bardzo wnikliwie (= rozwlekle) opisany i te ciągnące się jak makaron strony bez cienia dialogu, mimo że napisane w błyskotliwy sposób, przytłaczają, zniechęcając do uważnego czytania.

Z drugiej strony, książka nie jest takim sobie powieścidłem, egzystencjalne rozważania Rotha są warte poświęcenia im dłuższej chwili, ale … w takiej sytuacji trzeba by było na to poświęcić bardzo dużo czasu. A tu z kole, temat, czyli co to znaczy bycie Żydem we współczesnym świecie nie jest dla mnie tego warte, tym bardziej że w tej wersji historycznej, temat zdążył się „lekko” zdezaktualizować.  

Holland praca zbiorowa

Mam problem z Agnieszką Holland. Wszyscy mówią, że kręci bardzo dobre filmy, tymczasem mnie one jakoś „nie wchodzą” (z tym, że są dwa wyjątki: Gorzkie żniwa i Całkowite zaćmienie).

Po przeczytaniu tej książki jestem w tym samym punkcie, w którym byłam. Niewiele z zamieszczonych w tej książce wypowiedzi na temat jej filmów mnie zaciekawiło.  Żaden nie przekonał, bym zobaczyła w jej filmach to, czego nie udało mi się zobaczyć. A to, że ludzie potrafią pisać sążniste artykuły o niczym, wiedziałam już wcześniej.  

Klęski małe, duże i ta jedna największa

Kwiaty

Podlałam moje kaktusy.

Tymczasem od końca września do kwietnia kaktusów i sukulentów się nie podlewa. Wyjątkiem jest aloes, (1 łyżka wody miesięcznie), sansewieria oraz zamiokulkas – które podlewa się tak samo jak oraz zygokaktus, który ma okres kwitnienia, więc podlewa się tak by ziemia była na stale wilgotna.

Mam nadzieję, że mi to wybaczą i nie zgniją.

Ogród

W piątek egzekucja dużego bukszpanu, mam jeszcze trzy małe i najchętniej ich też bym się pozbyła, ale przecież nie wyrzucę. Na razie opryskałam je samodzielnie zrobionym wywarem z wrotycza (nie będę prewencyjnie pryskać chemię, a też i takiej nie ma), tyle że nie jest to żadne rozwiązanie na dłużej.

Najchętniej wylałaby wiaderka pomyj (mogłoby też być i coś „bardziej”), na głowę pani od ogrodu. Rododendrony i mahonię, mimo wypryskania, dalej zżera grzyb. Pryskanie nie pomogło.

Z pamiętnika wk … konsumentki

Zamawiam uszczelnienie okien

Jako świadoma konsumentka, po raz pierwszy poszłam do zakładu jeszcze na wiosnę – pan powiedział, że czasu dużo i żebym się przypomniała się pod koniec lata. Robiłam to kilka razy, aż w końcu pan przyszedł i wtedy okazało się, że takich uszczelek już się nie stosuje i trzeba specjalnie zamówić. Przyszły pod koniec września. Tylko pan fachowiec nie przyszedł – zawalił już trzeci termin. Tym razem w sobotę, bo powiedziałam, że więcej dnia wolnego nie wezmę.

Kupuję bilet lotniczy

Kupuję bilet lotniczy, kwota miła dla oka ale jak dochodzi do kupowania o kilkaset złotych wyższa. Te niższe są gdy odstęp między przylotem i wylotem wynosi min. 31 dni, tymczasem tania wiza turystyczna jest dokładnie na 30 dni i są ponoć skrupulatni. Wybieram opcję plus kilkaset złotych, dwa bilety na raz, bo i dla Joluśki, więc kwota daleko przekracza ustawione na karcie limity. Za pierwszym razem płatność zostaje odrzucona i słusznie, bo wprawdzie o zmianie limitu pamiętałam, ale o tym że w tym banku nie mam takich pieniędzy, nie. Chcę wrócić do rezerwacji, nie została zapisana więc kupuję od nowa. Na szczęście za drugim razem suma do zapłaty się nie zmienia, podaję numer karty kredytowej, od razu po wpisaniu strona mnie informuje, że takich kart nie honorują. Przynajmniej mnie nie wywala. W tej sytuacji łamię swoje zasady i wpisuję kartę z banku w którym mam pieniądze, ale który programowo odcięłam od Internetu. Tym razem znowu mnie wywala i tak samo jak za pierwszym razem, muszę kupować od nowa. Na koniec udaje mi się zapłacić Blikiem. Uff.

Kupuję na prezent abonament TOK FM

Jest wyborcza promocja – 120 zł rocznie. I jest strona na której można kupić na prezent, tak by obdarowany dopiero z maila dowiedział się że dostał prezent. Ale jak chce się kupić na prezent, to trzeba zapłacić 170 zł (cena bez promocji). Kombinowałam jak koń pod górę i na koniec poprosiłam osobę, której chciałam kupić prezent o podanie mi konta i hasła, zalogowałam się jako ona i kupiłam korzystając z promocji. Absurd, bo jeżeli chodziło o zwiększenie zasięgu, to własnie prezenty robione przez osoby, które już mają wykupiony abonament, powinny być w promocji.

Kino

Parasite

Deszcz nagród, na Filmwebie ponad 8 gwiazdek, potok zachwytów.

Dramatycznie zły to ten film nie jest. Ale do bólu schematyczny i przewidywalny. Współczesna Korea. W domu bardzo bogatych ludzi podstępem i oszustwem zatrudnia się cała rodzina (dzieci jako korepetytorzy, mama jako służąca, ojciec jako kierowca). Nie wiadomo wprawdzie jak tym bogatym udało się dojść do takich pieniędzy, skoro tak łatwo dało się ich podejść, ale na starcie wszystko gładko się toczy i nikt niczego nie podejrzewa. Początkowo współczujemy tym biednym, potem coraz mniej. Bogaci cały czas mocno niekumaci, tak bardzo że też nie budzą sympatii.

Kończy się to wszystko źle, ale dopiero po ponad dwóch godzinach. Tymczasem spokojnie, bez szkody dla akcji, ten film mógłby trwać 30 minut krócej.

Natomiast jeżeli chodzi o tę największą klęskę słów brak. Można się co najwyżej upić. Jak tylko wstałam zapiszczał telefon, a tam zdjęcie od synka i pytanie czy ja już też zagłosowałam.

Zrobiłam to dużo później. I co z tego?

Przeczytane 2019.13

dobra książka

Pianie kogutów, płacz psów Wojciech Tochman

Każda książka Tochmana boli, ta też.

Kambodża po Pol Pocie, gdzie obok siebie żyją, a raczej „przeżywają kolejne dni”, kaci i ofiary. W dodatku, niejednokrotnie nie zdoławszy unieść własnych przeżyć, we władzy demonów. A że psychiatria w tym kraju w zasadzie nie istnieje, często uwiązani przez najbliższych na łańcuchu.

Kraj ma zbyt wiele problemów, by systemowo zmierzyć się z tym problemem. Podejmowane przez pojedyncze osoby próby rozwiązania tego problemu, są jedynie kroplą w oceanie potrzeb. W książce Tochman opowiada jak jeździł z psychiatrą po kraju, który odwiedzając raz na kilka miesięcy swoich pacjentów, zostawiał rodzinie lekarstwa, które na tyle miały spacyfikować chorego, by nie było konieczne trzymanie go na uwięzi.

Opisany w tej książce świat jest straszny. Ale z drugiej strony jest i odwracając głowę, nie sprawimy że zniknie. Dlatego polecam. Tym bardziej że Tochman potrafi opisywać takie światy, nie popadając w jakąkolwiek egzaltację..

o co chodzi z tym rozgłosem?

Lincoln w Bardo George Saunders

W 2017 książka otrzymała Man Booker Prize, u nas w wielu zestawieniach została okrzyknięta książka roku 2018. Hm ….

W tytule chodzi nie o prezydenta Abrahama Lincolna, ale jego syna Williama, który zmarł na tyfus w wieku 12 lat. A ‚Bardo”, to zgodnie z tybetańską księga umarłych stan pośredni, pomiędzy śmiercią a kolejnymi narodzinami. Przy czym to jak Bardo wyobraża sobie Saunders więcej ma wspólnego z Dziadami Mickiewicza, niż buddyzmem.

W książce Sandersa po śmierci czeka nas, przedstawiony mniej niż więcej, ale zgodnie z chrześcijańskimi wyobrażeniami, sąd tyle że aby na niego dotrzeć, musimy uświadomić sobie. że jesteśmy martwi. Tymczasem pochowani na cmentarzu w Waszyngtonie bohaterowie tej książki uważają, że zostali złożeni nie do trumien, tylko szpitalnych larw i ponieważ nie odcięli się od swoich ziemskich spraw i nie pozałatwianych na ziemi rachunków, z wytęsknieniem czekają  aż znów będą mogli tam wrócić.

Książka to zapis ich rozmów, krótkich wypowiadanych na przemian wypowiedzi, składający się na obraz wydarzeń jednej doby, gdy na ten cmentarz zostaje złożone do grobu ciało syna Lincolna.

Szybko się to czyta, ale nie wiem o co chodzi z tym deszczem nagród

o co chodzi z tym rozgłosem?

Krótka wymiana ognia Zyta Rudzka

Książka pojawia się na wielu listach książek typowanych do rozmaitych nagród. m.in. ostatnio była nominowana do Nike. W pierwszej chwili ciekawy dla mnie temat: kobieta i starość. Z tym, że trudno mi się utożsamić z bohaterką, nie dlatego że jest trochę starsza (70 lat), ale dlatego, że jest inna: celebrytka, która dużo może i na krótki dystans odnosi pewne sukcesy, uwodząc dużo młodszych od siebie.

Zapis tego, co dzieje się w jej głowie, jak snuje strategie, jak się usprawiedliwia. W jej rozmyślaniach pojawiają się też i inne postacie kobiece, matka której historia XX zniszczyła głowę i zbuntowana córka.

Bardzo sprawnie jest to napisane, więc na początku mocno wciąga. Szybko jednak męczy zabawa w odwrócenie ról, gdy stara kobieta mówi o młodych męskich ciałach tak, jak w najgorszych seksistowskich stereotypach faceci mówią o młodych atrakcyjnych kobietach. Pojawia się znużenie, chwile później uczucie zażenowania.

Podsumowując: nie rozumiem czym ta książka tak innych zachwyca.

czytadełko

Związek Żydowskich policjantów Michael Chabon

Na okładce zacytowano pytanie z recenzji Stephena Kinga” Czy można połączyć Raymonda Chandlera z Isaakiem Bashevisem Singerem? – zdaniem Kinga Chabon dowiódł że można, moim zdaniem w żadnym wypadku i nawet zakładając że jest to możliwe, to ta książka nie może stanowić na to dowodu.

W dodatku, z każdą przeczytaną stroną nabierałam przekonania, że to nie mnie autor stara się zaciekawić, tylko autorów filmowych adaptacji.

Sam pomysł na książkę fajny: Żydzi zamiast w Palestynie, zostają osiedleni na Alasce, nie na wieczność, ale na czas jakiś i ten czas się właśnie kończy. Upragnione wizy do Ameryki udało się zdobyć nielicznym, reszta kręci się w kółko. Do tego dodane jest morderstwo, gangsterzy, kilka osób zagubionych w czasie i galeria postaci o skomplikowanych kolejach losu. Opisane jest to w zawrotnym tempie,  lekko i dowcipnie. Tyle, że tego wszystkiego jest za dużo.

Tak dużo, że aż męczy. I to bardzo.

Byle do zimy

Byle do zimy. Bo wtedy, tak po 15 listopada już nie będzie nic do robienia w ogrodzie i – przynajmniej do 1 marca – będę miała dużo czasu dla siebie. Ale będzie fajnie!

Może łatwiej będzie mi wtedy być konsekwentną? Bo teraz co z tego że ładnie żarło, chudłam, czułam się coraz lepiej, gdy chwile później nastąpiło wielkie „bum”. I jak to zwykle u mnie bywa, zamiast natychmiast się otrząsnąć i wrócić na właściwą ścieżkę, poszłam w tango. Przeczytałam, że takie niepozbieranie to objaw depresji. W pełni się zgadzam, coś się niedobrego dzieje. Larum grają, skrzynka mailowa zawalona postami z Warszawskiego Festiwalu Filmowego, za kilka dni startują, a ja jeszcze nie weszłam na ich stronę.

Depresja, depresją ale swój wózek ciągnę. Plan z zeszłego tygodnia w zasadzie wykonany (nie udało mi się tylko skontaktować z panem od uszczelek okiennych i pani dentystka odwołała wizytę). Wzięłam też jeden dzień wolny na fachowca od pieca i przy okazji załatwiłam parę spraw urzędowych. W tym tygodniu z jednej strony lżej (kontynuacja kriokomory i jeden lekarz), z drugiej trudniej, bo łowy na fachowców do łatwych nie należą.

Spotkanie z Kasią.eire nie było pierwszym „bum”, tylko kontynuacją. Wszystko przez to, że życie towarzyskie kwitnie, co niestety jest połączone z jedzeniem i piciem. Ci co umawiają się w siłowniach i na maratonach mają zdecydowanie łatwiej. Poszłyśmy na Poznańską i pewnie ostatni raz w tym roku siedziałam w restauracyjnym ogródku.

Kasia.eire odwiedziła mnie też w Brwi, w programie była wizyta na Stawisku i zapalenie świeczki na grobie Iwaszkiewicza. Przy okazji zobaczyłam co zostało z mojego stawu, który tak lubiłam fotografować, gdy chodziłam przez park na sobotni targ i herbatę u Staśki.

Ci kretyni co zaprzeczają zmianom klimatycznym to nawet jak wychodzą z domu, widzą tylko karki ochroniarzy.

W samym Brwi są zmiany na lepsze: na dworcu instalują elektroniczną informację o pociągach i na gorsze: zlikwidowali Piotra i Pawła.

Piotra i Pawła kupiła jakaś firma, która niekoniecznie odtworzy ten sklep. A i tak do tego czasu Galeria Brwinów ostatecznie padnie.

Na to spotkanie kupiłam bilety.

Michnik w denerwujący sposób bronił kościoła (czyli swojego życiorysu). Żakowski w mało porywający sposób się z nim nie zgadzał, Wiśniewski nie dawał sobie rady, wiek nie pozwalał mu na szybkie riposty. A dyskutantów miał ostrych i to dzięki nim spotkanie było mega ciekawe. Nie znałam katolickiej feministki Zuzanny Radzik i młodego przedstawiciela warszawskiego KIK-u, Ignacego Dutkiewicza. Nie uratują twarzy polskiego kościoła, ale miło posłuchać mądrych ludzi i przekonać się, ze są tam jeszcze i tacy którzy czytają ewangelię.

W czytelni POLIN poszłam na spotkanie Polacy-Żydzi-Holocaust czyli polsko-polskie spory o Zagładę z autorami książek na ten temat: Tomaszem Żukowskim, Marylą Hopfinger-Amsterdamską oraz Piotrem Foreckim. Spotkanie prowadził Krzysztof Persak.

Trochę na ten temat wiem i powoli, dzięki takim spotkaniom, porządkuję sobie tę wiedzę. Ale i tak najciekawszy był głos z sali. Wyglądająca na wiarygodną osoba opowiedziała historię z tegorocznych obchodów rocznicy wymordowania mieszkańców Tykocina (zdjęcie sprzed dwóch tygodni, gdy jadąc na Suwalszczyznę napiłyśmy się w tym miasteczku kawy).

Otóż przyjechały delegacje z Izraela, zrobiło się biało-niebiesko, a miejscowych, poza przedstawicielami lokalnych władz nie było. Z tym że na zdjęciach wszystko wyszło „dobrze”: ktoś przewidział tę sytuację i „zorganizował” grupę więźniów oarz kobiet z zakładu opiekuńczego.