dobra książka
Depesze Michael Herr

Dziennik o piekle jakim była wojnie Wietnamie.
W latach 1967-68 autor był korespondentem wojennym i napisał tę książkę z perspektywy zwykłych żołnierzy. Siłą tej książki jest sposób narracji, język, tempo – wszystko to idealnie współgra z opisywaną rzeczywistością.
I chociaż wojna w Wietnamie to zamierzchła przeszłość, sama książka się nie zestarzała, tak samo jest na każdej innej wojnie. Może zmieniły coś social media uniemożliwiające odcięcie się od reszty świata? Dowiemy się o tym, gdy ktoś napisze o tym książkę. Z tym, że biorąc pod uwagę kunszt książki Herra, porzeczka zawieszona jest bardzo wysoko.
Mariusz Urbanek Profesor Weigl

Jak zawsze u tego autora – kolejna biografia, którą za to samo można lubić: ciekawa, życzliwie przestawiona postać, jak i do tego samego przyczepić: autor często prześlizguje się po trudniejszych sprawach. Chociaż z drugiej strony, to ostatnie można traktować nie jak zarzut, ale zaletę – tak jak i w poprzednich biografiach, autor konsekwentnie „pudełkowe” aspekty życia załatwia kilkoma okrągłymi zdaniami.
Życiorys Rudolfa Weigla to gotowy materiał na film. Urodził się na Morawach, jego rodzina pochodziła z Niemiec. Gdy miał 4 lata umarł mu ojciec, jakiś czas potem matka wyszła kolejny raz za mąż tym razem za Polaka. Nie miał więc w sobie nawet kropli polskiej krwi, a tylko za Polaka się uważał. I wszystko przemawia za ty, że przez tę polskość z wyboru, której się nigdy nie zaparł, nie dostał Nobla. Już przez wojną był na liście nominatów. Ale „ubiegł” go Francuz Charles Nicolle, który udowodnił, że zarazki tyfusu są roznoszone przez wszy. Za stworzoną dwa lata później szczepionkę Weigl nie dostał nagrody, bo uznano nie można jej drugi raz przyznać „za to samo”. W czasie wojny Niemcy za podpisanie reichslisty obiecywali mu poparcie w Komitecie Noblowskim (mieli tam wówczas spore możliwości). Odmówił, bo czuł się Polakiem. Po wojnie uwalono jego kandydaturę, zarzucając mu że nie jest prawdziwym Polakiem i współpracował z Niemcami.
A tak na marginesie, profesor Rudolf Weigl powinien zostać polskim patronem ruchu Zero waste
Któregoś roku postanowił zracjonalizować sposób, w jaki żona, syn i służąca używają zapałek. Przeprowadził eksperyment i udowodnił, że nie da się wszystkich pięćdziesięciu zapałek mieszczących się w pudełku zapalić, pocierając je wzdłuż draski, bo się ją wcześniej zetrze. Natomiast pocierając zapałki w poprzek ścianki pokrytej fosforem – można! Wniosek był prosty: żeby nie marnować niepotrzebnie zapałek, wystarczy zapalać je zgodnie ze wskazówkami profesora. „Wchodząc do kuchni, ojciec zawsze sprawdzał, jak wyglądają pudełka zapałek” – wspominał syn. To było zmorą domowników, dodał.
Uczony opracował nawet specjalną metodę parzenia herbaty, bo tylko dzięki temu nabierała pożądanej przez profesora mocy. „Kucharka przy mnie pytała się go, którym sposobem ma teraz herbatę zaparzyć” – wspominał wizyty w domu szefa Zbigniew Stuchly. Weigla złościło też, gdy z dzióbka dzbanka, z którego nalewano kawę czy mleko, skapywały krople płynu, brudząc w dodatku obrus. I na to znalazł sposób. Uznał, że wystarczy przy dolnej krawędzi wylotu dzióbka zrobić dodatkowy otwór, a kropla wpłynie z powrotem do dzbanka. Mieczysław Szymański, właściciel wytwórni wyrobów szklanych i specjalista od urzeczywistniania wszelkich pomysłów profesora w zakresie nawet najbardziej skomplikowanego szkła laboratoryjnego, wykonał zamówione naczynie. „Prototyp takiego dzbanka zdał egzamin” – napisał Jan Reutt. Ale potem, jak wiele innych pomysłów Weigla, poszedł w zapomnienie. Profesor sprawdzał także, czy płomień gazu pod garnkami na kuchence jest odpowiedniej wielkości. Nie za duży i nie za mały; powinien być taki, żeby jak najlepiej wykorzystać jego temperaturę. Irytowało to resztę rodziny, ale po latach syn doszedł do wniosku, że ojciec wdrażał w domu coś, co później nazwano ergonometrią i uczyniono odrębną gałęzią nauki.
Spróchniały krzyż Joanna Podgórska

Sprawnie napisana książka o bardzo dalekiej od jakiegokolwiek partnerstwa relacji państwo-kościół. W żaden sposób nie odkrywcza, ale warto przeczytać, bo dobrze porządkuje w głowie ten temat.
Nie jest to książka o całokształcie relacji kościół-państwo, tylko o tym co, jak i w jakim zakresie kościół zawłaszcza na światopoglądowym poletku. Wprawdzie życie codziennie pisze ciąg dalszy, ale wystarczy tego co na nami.
Jak zawsze w tego typu książkach uwielbiam przypominać słowa wielkich autorytetów Kościoła.
Dla św. Augustyna, wielożeństwo stał wyżej niż miłość i pożądanie jednej kobiety: „Pochwalam raczej wykorzystywanie płodności wielu kobiet dla niesamolubnego celu niż ciała jednej ze względu na nią tylko. Gdyż w pierwszym z tych wypadków zmierza się do korzyści zgodnej z potrzebą tamtych starotestamentowych czasów, w drugim chodzi jedynie o zaspokojenie lubieżności skierowanej na ziemską przyjemność.
Dla Arystotelesa treści prawa natury były wspólne wszystkim ludziom (…) Przy czym nie przeszkadzało mu to aprobować niewolnictwa jako naturalnego panowania obdarzonych większym rozumem (Greków) nad stojącymi niżej (barbarzyńcami).
Z kolei wg św. Tomasz kobieta jest jedynie pomocą w płodzeniu i pełni pożyteczną funkcję w gospodarstwie domowym. On z kolei nie bardzo mógł zrozumieć, skąd się biorą kobiety. Jak z czegoś tak doskonałego jak męskie nasienie może powstać twór tak wadliwy? W końcu doszedł do wniosku, że musi to być wpływ południowych wiatrów, które niosąc deszcze, sprawiają, że rodzą się dzieci z większą zawartością wody, czyli dziewczynki. Akceptował też niewolnictwo; po prostu niektórzy z powodu słabości rozumu przeznaczeni są do służenia innym jako obdarzone duszą narzędzia.
I tylko dziwi, że ludzie jak ten świstak dalej te cukierki w papierek owijają.



















