Przeczytane 2019.15

dobra książka

Depesze Michael Herr

Dziennik o piekle jakim była wojnie Wietnamie.

W latach 1967-68 autor był korespondentem wojennym i napisał tę książkę z perspektywy zwykłych żołnierzy. Siłą tej książki jest sposób narracji, język, tempo – wszystko to idealnie współgra z opisywaną rzeczywistością.

I chociaż wojna w Wietnamie to zamierzchła przeszłość, sama książka się nie zestarzała, tak samo jest na każdej innej wojnie. Może zmieniły coś social media uniemożliwiające odcięcie się od reszty świata? Dowiemy się o tym, gdy ktoś napisze o tym książkę. Z tym, że biorąc pod uwagę kunszt książki Herra, porzeczka zawieszona jest bardzo wysoko.

Mariusz Urbanek Profesor Weigl

Jak zawsze u tego autora – kolejna biografia, którą za to samo można lubić: ciekawa, życzliwie przestawiona postać, jak i do tego samego przyczepić: autor często prześlizguje się po trudniejszych sprawach. Chociaż z drugiej strony, to ostatnie można traktować nie jak zarzut, ale zaletę – tak jak i w poprzednich biografiach, autor konsekwentnie „pudełkowe” aspekty życia załatwia kilkoma okrągłymi zdaniami.

Życiorys Rudolfa Weigla to gotowy materiał na film. Urodził się na Morawach, jego rodzina pochodziła z Niemiec. Gdy miał 4 lata umarł mu ojciec, jakiś czas potem matka wyszła kolejny raz za mąż tym razem za Polaka. Nie miał więc w sobie nawet kropli polskiej krwi, a tylko za Polaka się uważał. I wszystko przemawia za ty, że przez tę polskość z wyboru, której się nigdy nie zaparł, nie dostał Nobla. Już przez wojną był na liście nominatów. Ale „ubiegł” go Francuz Charles Nicolle, który udowodnił, że zarazki tyfusu są roznoszone przez wszy. Za stworzoną dwa lata później szczepionkę Weigl nie dostał nagrody, bo uznano nie można jej drugi raz przyznać „za to samo”. W czasie wojny Niemcy za podpisanie reichslisty obiecywali mu poparcie w Komitecie Noblowskim (mieli tam wówczas spore możliwości). Odmówił, bo czuł się Polakiem. Po wojnie uwalono jego kandydaturę, zarzucając mu że nie jest prawdziwym Polakiem i współpracował z Niemcami.

A tak na marginesie, profesor Rudolf Weigl powinien zostać polskim patronem ruchu Zero waste

Któregoś roku postanowił zracjonalizować sposób, w jaki żona, syn i służąca używają zapałek. Przeprowadził eksperyment i udowod­nił, że nie da się wszystkich pięćdziesięciu zapałek mieszczących się w pudełku zapalić, pocierając je wzdłuż draski, bo się ją wcześniej ze­trze. Natomiast pocierając zapałki w poprzek ścianki pokrytej fosfo­rem – można! Wniosek był prosty: żeby nie marnować niepotrzebnie zapałek, wystarczy zapalać je zgodnie ze wskazówkami profesora. „Wchodząc do kuchni, ojciec zawsze sprawdzał, jak wyglądają pudeł­ka zapałek” – wspominał syn. To było zmorą domowników, dodał.

Uczony opracował nawet specjalną metodę parzenia herbaty, bo tylko dzięki temu nabierała pożądanej przez profesora mocy. „Kuchar­ka przy mnie pytała się go, którym sposobem ma teraz herbatę zapa­rzyć” – wspominał wizyty w domu szefa Zbigniew Stuchly. Weigla złościło też, gdy z dzióbka dzbanka, z którego nalewano kawę czy mleko, skapywały krople płynu, brudząc w dodatku obrus. I na to znalazł sposób. Uznał, że wystarczy przy dolnej krawędzi wylotu dzióbka zrobić dodatkowy otwór, a kropla wpłynie z powrotem do dzbanka. Mieczysław Szymański, właściciel wytwórni wyrobów szklanych i specjalista od urzeczywistniania wszelkich pomysłów pro­fesora w zakresie nawet najbardziej skomplikowanego szkła laborato­ryjnego, wykonał zamówione naczynie. „Prototyp takiego dzbanka zdał egzamin” – napisał Jan Reutt. Ale potem, jak wiele innych pomy­słów Weigla, poszedł w zapomnienie. Profesor sprawdzał także, czy płomień gazu pod garnkami na ku­chence jest odpowiedniej wielkości. Nie za duży i nie za mały; powi­nien być taki, żeby jak najlepiej wykorzystać jego temperaturę. Iryto­wało to resztę rodziny, ale po latach syn doszedł do wniosku, że ojciec wdrażał w domu coś, co później nazwano ergonometrią i uczyniono odrębną gałęzią nauki.

Spróchniały krzyż Joanna Podgórska

Sprawnie napisana książka o bardzo dalekiej od jakiegokolwiek partnerstwa relacji państwo-kościół. W żaden sposób nie odkrywcza, ale warto przeczytać, bo dobrze porządkuje w głowie ten temat.

Nie jest to książka o całokształcie relacji kościół-państwo, tylko o tym co, jak i w jakim zakresie kościół zawłaszcza na światopoglądowym poletku. Wprawdzie życie codziennie pisze ciąg dalszy, ale wystarczy tego co na nami.

Jak zawsze w tego typu książkach uwielbiam przypominać słowa wielkich autorytetów Kościoła.

Dla św. Augustyna, wielożeństwo stał wyżej niż miłość i pożądanie jednej kobiety: „Pochwalam raczej wykorzystywanie płodności wielu kobiet dla niesamolubnego celu niż ciała jednej ze względu na nią tylko. Gdyż w pierwszym z tych wypadków zmierza się do korzyści zgodnej z potrzebą tamtych starotestamentowych czasów, w drugim chodzi jedynie o zaspokojenie lubieżności skierowanej na ziemską przyjemność.

Dla Arystotelesa treści prawa natury były wspólne wszystkim ludziom (…) Przy czym nie przeszkadzało mu to aprobować niewolnictwa jako naturalnego panowania obdarzonych większym rozumem (Greków) nad stojącymi niżej (barbarzyńcami).

Z kolei wg św. Tomasz kobieta jest jedynie pomocą w płodzeniu i pełni pożyteczną funkcję w gospodarstwie domowym. On z kolei nie bardzo mógł zrozumieć, skąd się biorą kobiety. Jak z czegoś tak doskonałego jak męskie nasienie może powstać twór tak wadliwy? W końcu doszedł do wniosku, że musi to być wpływ południowych wiatrów, które niosąc deszcze, sprawiają, że rodzą się dzieci z większą zawartością wody, czyli dziewczynki. Akceptował też niewolnictwo; po prostu niektórzy z powodu słabości rozumu przeznaczeni są do służenia innym jako obdarzone duszą narzędzia.

I tylko dziwi, że ludzie jak ten świstak dalej te cukierki w papierek owijają.

Izrael nie tylko dla pielgrzymów

Cały, widoczny na mapce program wycieczki, został zrealizowany (podkreśliłam miasta, gdzie nocowaliśmy).

Jak dla mnie było może trochę za dużo kościołów i za mało czasu na zwiedzanie „reszty” (np. Akce, pochodziliśmy tylko po mieście, cytadeli już nie zwiedziliśmy), ale generalnie był to bardzo udany format. Zwłaszcza z takim przewodnikiem jak Zuza.

Natomiast jeżeli chodzi o sam Izrael, mam mieszane uczucia. Przede wszystkim spodziewałam się, że ten kraj będzie bogatszy i bardziej „europejski”. Pakiet „Ziemi świętej” mnie nie rusza i zważywszy na stopień komercjalizacji, dziwi mnie jedynie to, że ludzie są tam jeszcze zdolni do religijnych uniesień.

Znam wiele osób, które uważają Izrael za miejsce magiczne, ja – przynajmniej podczas tej wycieczki – tego nie poczułam.

Z drugiej strony, wąskie uliczki z domami z kamienia,

czy pustynia, cieszą oczy.

Więc też nie tak, że żałowałam, że pojechałam.

Dalej nie wiem, jaką walutę warto tam ze sobą zabrać: szekle czy dolary. Wszędzie można płacić w obu, z tym że cena towaru jest podawana tylko w jednej z nich. Odniosłam wrażenie, że nie jest dobrze gdy płaci się dolarami, tam gdzie ceny są w szeklach i na odwrót, zawsze jak przelicza sprzedawca to zawsze jest się sporo stratnym. Jakimś wyjściem jest karta typu Revolut (ale też nie wszędzie, bo w wielu miejscach nie można płacić kartą).

Karty trzeba zabrać i w plastiku, ja miałam tylko w telefonie. Zapomniałam, że aby opłacić kartą w telefonie musiałabym mieć włączona transmisję danych. Na przyszłość będę pamiętać.

Dalej udoskonalam swój backpackerski ekwipunek. Na tej wycieczce do nerki, w której zawsze noszę paszport, doczepiłam na smyczy komórkę: idealnie się to sprawdziło, ani razu nie szukałam telefonu (karty i pieniądze noszę w ciekiem, przystającej do ciała „kaburze”, też polecam). Kolejny raz dobrze też wyszłam na tym, że miałam ze sobą kubek i grzałkę.

Przed następnym wyjazdem swój ekwipunek muszę uzupełnić o wielofunkcyjny scyzoryk.

A teraz wracam do prozy życia: chciałabym by było wesołe, barwne i optymistyczne. Wokół kolejne znaki, że nie znamy dnia, ani godziny gdy przy kolejnych profilaktycznych badaniach, gapiąc się w podłączony do USG ekran lekarz „coś” w nas w środku zobaczy.

Powoli wracam do dziergactwa.

Ma powstać coś takiego (Hummingbird Feathers Shawl):

dobry film

Portret kobiety w ogniu

Francja. XVIII wiek. Matka wynajmuje portrecistkę, aby ta, w tajemnicy przed jej córką, namalowała jej portret. Z jedne strony: kostiumowe. ale idące z duchem czasu, romansidło czyli feministyczna opowieść o miłości dwóch bohaterek.

Ale też każdy kadr to uczta dla oczu. Bardzo mało słów, ale wszystkie celnie trafiające w punkt. Gra na najwyższym poziomie. Słowem dobry film, ale dla koneserów.

dobry serial

Katarzyna Wielka

Opowieść o związku Katarzyny Wielkiej z Potiomkinem. Związała się z nim w wieku 42 lat, umarła mając 67 (Potiomkin umarł 5 lat wcześniej).

Serial o władzy, której utrzymanie nigdy nie jest łatwe a gdy się jest austriacka księżniczka na rosyjskim tronie i rządzi się samodzielnie, jest zadaniem wręcz karkołomnym. To, że Helen Mirren ma 74 lata (wygląda świetnie, ale młoda nie jest) nie przeszkadza, bo gry miłosne są w tym filmie dla Katarzyny jedynie narzędziem, nawet jeżeli czasami zdarza się jej mówić coś innego.

Wygląda na to, że za nami złote czasy platform filmowych. Jest ich coraz więcej, każda ma coś ciekawego, ale „pilnie” strzeże swoich atutów. Na Netflixie za chwilę puszczą Crown, jest kolejny sezon Frankie and Grace, więc przez miesiąc, chętnie bym tam tam pobuszowała, ale decydować się na pełny abonament mi się nie chce.

Zrobiłam wielką listę rzeczy do zrobienia w domu i wokół domu. A na horyzoncie już widać Christmas. Kiedy ja to wszystko zdążę zrobić?

Syndrom jerozolimski

Podobno na syndrom jerozolimski zapada około 200 osób rocznie. Jak popatrzyłam na rozmodlone trzódki podążające za swoimi pasterzami (był i taki dźwigający krzyż) to dziwię się, że w tym mieście jest tylko jeden szpital dla religijnych oszołomów.

Krótko mówiąc Jerozolima, mi się spodobała tylko trochę. Z daleka wygląda urokliwe.

Z bliska też uwodzą klimatyczne uliczki starego miasta, ale jak się wejdzie do środka kościołów, czar pryska. Nie urzekł mnie żaden kościół. I to nie dlatego, że są zaniedbane i chylą się ku ruinie. Po przekroczeniu drzwi oczy bolą. Najbardziej poraziło mnie brzydotą wnętrze świeżo odrestaurowanej kaplicy ormiańskiej w Bazylice Grobu Pańskiego, najważniejszego kościoła chrześcijan. Tyle że było tam ciemno, tłocznie i nie uwieczniłam tego na zdjęciach, więc pewnie niedługo o tym zapomnę.

Zwiedzam ten kraj z suwerenem (taki był warunek Ańćki). Bardzo staram się nie mieć nic na ten temat do powiedzenia: nie odzywam się, nie nawiązuję kontaktu wzrokowego i na takich warunkach da się przeżyć. Ale z tego co czasami przypadkiem dojdzie do moich uszu, to nie są odrębne bańki, ale światy.

Są też i plusy zbiorowych wyjazdów. Gdybyśmy pojechał same, nie mieszkałybyśmy w Betlejem. A tak zobaczyłyśmy mur od drugiej strony. Niedaleko naszego hotelu możemy podziwiać murale Banksego, czy posłuchać jak kretyńskie pytania mogą zadawać turyści oprowadzającym ich Palestyńczykom.

Atutem jest też nasza przewodniczka. Jest świetna. Dużo wie, jest przygotowana, zna miejsca po których oprowadza. Obserwuję też, jak prowadzi swoją własną edukacyjną krucjatę. Robi to tak nie inwazyjnie i nie konfrontacyjnie, że jak na razie, przynajmniej głośno, nikt nie zaprotestował.

No i nie samą Jerozolimą Izrael żyje. Gdzie indziej jest fajnie.

Urlop, urlopem ale wieczorami goni mnie gonitwa myśli. Pan od uszczelek nie wie, że wyjechałam, a nie dzwoni. Ledwie w ramach gwarancji nareperowałam jedną spłuczkę, popsuła się kolejna. Idą mrozy, a ja nie przygotowałam systemu nawadniającego do zimy, trzeba wyczyścić rynny… O czym jeszcze zapomniałam?

wff 2019

Bukszpan zdekapitowany.

To nie jedyne zmiany

Ale żeby nie było zbyt optymistycznie. Pan od uszczelek znowu nawalił.

Moja wielka walka z ZUS

Czeka mnie wielki bój. 18 listopada mam sprawę w sądzie. Biegły sporządził opinię i tylko w jednym punkcie nie podzielił stanowiska ZUS: uznał, że cały sporny czas należy zaliczyć stażu pracy, z tym że policzył za ten okres wynagrodzenie minimalne. Jego zdaniem dokumenty dotyczące wysokości mojego wynagrodzenia, nie mogą być wzięte pod uwagę, bo:

  • na świadectwie pracy nie ma imiennej pieczątki
  • w książeczce ubezpieczalni obok wpisanego wynagrodzenia nie ma podpisu i imiennej pieczątki
  • mam jedynie kopie pitów.

Pan adwokat, z którym to konsultowałam powiedział, że muszę spróbować podważyć opinię biegłego na posiedzeniu sądu, Podobno są na to większe szanse niż gdy będę próbowała w apelacji podważyć już nie tylko opinię biegłego, ale i wyrok sądu.

Z tym, że już dziś na moim przykładzie widać jak wiarygodne są wyliczenia naszych emerytur.

Podważam I decyzje ZUS
Sąd pyta ZUS, czy na pewno dobrze wszystko wyliczył. ZUS przygląda się swoim wyliczeniom i mój wskaźnik wymiaru kapitału początkowego wzrasta o 15,69 %

Biegły sprawdza, czy za drugim razem, ZUS też się nie pomylił.

Oczywiście, że się „pomylił” i w opinii biegłego ten wskaźnik powinien być wzrosnąć nie o 15.69%, ale o 17,81%.

Biegły wylicza korzystniejszą dla mnie wersję

Czyli zalicza do mojego stażu pracy kolejne 4 miesiące. W tej wersji, w porównaniu do pierwotnych wyliczeń wskaźnik jest wyższy o 19,3 %.

Czyli tyle już ugrałam.

Na stole jest jeszcze kolejne 10%. Za 9 miesięcy mam policzone wynagrodzenie minimalne, tymczasem zarabiałam wówczas dużo, dużo więcej. Nie jestem zupełnie bez szans. Ale sąd może nie uznać moich dokumentów. Biegły je odrzucił.

Dotarłam

Wybrałam 6 filmów, wszystkie dobre, a niektóre nawet bardzo dobre.

Judy i Punch

Prawdopodobnie w tym filmie są dziesiątki odniesień których nie wyłapałam: Judy i Punch to mający kilkaset lat angielski format przedstawienia lalkowego. Z tym, że film opowiada tę historię na nowo, w „feministycznej wersji”. Angielskie miasteczko, w XVII wieku. Zły człowiek to lalkarz Punch i kilku facetów, przesiąkniętych religijną nienawiścią do kobiet. Dobry człowiek to jego żona Judy i wygnane z miasta, oskarżone o czary, kobiety.

A że to bajka, to wszystko dobrze się kończy. Ładny film i dobrze zagrany.

Nasze matki

Bałam się trochę tego filmu, opowiada o trwającej w Gwatemali akcji poszukiwania masowych grobów sprzed 20 lat. Wydarzenia śledzimy z perspektywy młodego chłopaka, który zgłosił się do pracy przy identyfikacji szczątków, bo chce wyjaśnić rodzinną tajemnicę.

Ładnie opowiedziane, w tempie spokojnej antywojennej ballady. Pewnie tego filmu nie sprowadzą, bo Ameryka Łacińska i tamtejsze wojny domowe, mało kogo tu obchodzą. Więc nie żałuję, że na niego poszłam. Z tym, że od strony artystycznej film nie powala.

Kot w ścianie

Bardzo dobry bułgarski film o emigrantach z Europy Wschodniej w Anglii.

Rodzeństwo: ona architekt, on historyk mieszkają w Londynie. To ona jest tą zaradną, która utrzymuje dom, jest właścicielką mieszkania, ma ambicje i pomysł jak miałoby wyglądać jej życie w Anglii. Ale nie wygląda i asymilacja, mimo najszczerszych chęci, idzie jak po grudzie.

Dlaczego tego typu filmy nie powstają w Polsce?

Pewnego razu w Trubczewsku

Uwielbiam filmy Larisy Sadiłowej. Ten też mnie nie zawiódł. Dokonała w nim rzeczy arcytrudnej – film opowiada najbanalniejsza historię z możliwych, typowy romans na boku. Mało w nim dialogów, tempo więcej niż wolne, sporo momentów gdy nic się nie dzieje, tylko kamera pokazuje piękno nizinnej przyrody. Ale sama historia opowiedziana jest tak, że wciąga, nie ma nawet jednego zbędnego kadru i gdy pojawiły się końcowe napisy żałowałam, że to nie serial i nie będzie dalszego ciągu.

Chyb tylko Rosjanie potrafią robić takie filmy.

Leonard i Marianne

Najbardziej, z tych na których byłam, oblegany film WFF. Ludzie szczelnie zapełnili również i schody. Czy ja wiem, czy było warto?

Dokument o związku Leonarda Cohena z Marianne. Długim, poplątanym i w pewnym sensie, dopóki żyli, nie domkniętym.

Są takie dokumenty, po obejrzeniu których coś się otwiera, film zmienia myślenie itp. W przypadku tego filmu, nic z tych rzeczy. Banalna ballada o miłości, smutna, tak jak i ballady Cohena. Typowa, jak większość tego typu historii. Wygląda na to, że największą cenę zapłaciło dziecko Marianne, z tym że dlaczego tak się stało i na ile miał na to wpływ jej związek z Leonardem, ten film nie wyjaśnia.

Pięć minut za późno

Bardzo ciekawy oparty na faktach. Tyle, że ciekawy, niekoniecznie dobry – w tym przypadku coś zawiodło: aby z publicystyki wznieść się na poziom filmu, reżyser niepotrzebnie dodał duszoszczipatielnyje sceny

Rumunia: w jednym z kin, geje urządzili projekcję filmu, którą przerwali ją narodowcy i pobili jednego tak, że leży nieprzytomny na OIOM-ie. Dziennikarka chce mieć temat, który ładnie się sprzeda, gotowa jest nawet go lekko „podkręcić”. Policja nie chce pytań, na ile zawaliła sprawę zbyt późno interweniując. Rodzina pobitego nie chce comming-outu. Geje mają związane ręce, bo przekazując materiały dalej, ujawnili by twarze osób, które nie dojrzały do ujawnienia. Słowem węzeł nie do rozwiązania. I chyba lepiej byłoby, gdyby reżyser to tak zostawił i nie kusił się na jakieś morały.

W tle Rumunia, której możemy jedynie zazdrościć.