Kilimki

Kilimek to robiona dżersejem na okrągło czapka w kształcie tuby, na końcu mniej lub bardziej zwężonej. Czasami jeszcze z pomponem.

Kilimek 13

Kilimek 12

Kilimek 11

Kilimek 10

Kilimek 9

Kilimek 8

Kilimek 7

Kilimek 6

kilimek 5

kilimek 4

Kilimek 3

Kilimek 2

Kilimek 1

Moment ulgi

Pod koniec pobytu w sanatorium zorientowałam się, że po raz pierwszy w całym moim świadomym życiu, nie mam żadnych powakacyjnych planów. I to nie dlatego, że przeszłam na emeryturę, bo w czasach zaprzeszłych miałam całkiem spory koszyczek na tę okoliczność. Nie ma to też bezpośredniego związku z Covidem, bo ograniczenia z tym związane traktuję jako bieżący problem techniczny.

To z czym sobie nie dawałam rady to beznadzieja otaczającej mnie rzeczywistości. Rozświetliła mi trochę moją sytuację wypowiedź Michael Obamy, która przyznała się, że ma kłopoty ze snem i rutyną dnia codziennego, odczuwa zmiany nastroju, budzi się w środku nocy, martwiąc się o coś lub czując ciężar. Według niej dzieje się to „nie tylko przez kwarantannę, ale także z powodu konfliktów rasowych i samego widoku tej administracji, obserwowania jej hipokryzji dzień po dniu, to jest zniechęcające„. Nie jestem żoną byłego prezydenta USA, ale mam tak samo. Z tym, że mam głęboko gdzieś konflikty rasowe, wystarczają mi te, które mamy na miejscu

Moja depresja była oczywiście lepsza od depresji Michael Obamy. W Ameryce do listopada można mieć jeszcze nadzieję. A tu ja w bajki o tym, że da się przycupnąć na boku, nie wierzę. Nawet jeżeli będziemy mieli przynajmniej na tyle szczęścia, że wybierając opcję ucieczki do przodu, nie wkręcą nas w międzynarodową awanturę.

No i tak popadałam w coraz większe odrętwienie. Potem jeszcze wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu. Myślałam, że nie może być gorzej. Ale gdy następnego dnia śledząc wiec pod Pałacem Kultury usłyszałam, że ich wrogiem jest Rafał Trzaskowski, w pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam. Ale nie. Wtedy pomyślałam niech sp… i przynajmniej na chwilę poczułam się lepiej.

A kondycję mieć muszę. Po powrocie z sanatorium już po kilku godzinach zapomniałam jak to jest, gdy ma się czas na książki, druty i inne przyjemnostki. Pomijając ogrom prac domowych, w ogrodzie nie jest dobrze. Bukszpany mimo wypryskania Mospilanem zjada ćma.

Idąc za ciosem pomyślałam, niech sp …

Kwiaty na parapetach też jakoś nie powalają urodą. W sanatorium widziałam takie fajne „poprowadzenie” szeflery i mi się zamarzyło.

Kontynuując sanatoryjne remanenty.

W parku widziałam po raz pierwszy bardzo dziwnie przycięte kasztany. Zwracały uwagę nie tylko swoim strzelistym kształtem ale i tym, że nie były zaatakowane przez szrotówkę (tymczasem w parku zdrojowym w Busku Zdroju wszystkie były zaatakowane przez to świństwo).

W ramach zwiedzania okolicy, poszłyśmy do kościoła w Solcu Zdrój i było to chyba jedno z najbrzydszych wnętrz kościelnych jakie widziałam. „Oni” chyba robią popiersia według jednej uniwersalnej matrycy. Papież zadziwiająco przypominał prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Przemysława Gosiewskiego. Obok na zdjęciu równie pokraczna droga krzyżowa.

Jedyny zabytek w tym kościele to tablica nagrobna brata Samuela Zborowskiego. Może dlatego, że tak „nie pasuje” do wnętrza, wmurowano ją w zewnętrzną ścianę kościoła?

A w prowadzonej przez lokalne stowarzyszenie izbie po raz pierwszy zobaczyłam identyczny wózek, w jakim sama byłam wożona.

Na odcinku drutkowym zrobiłam czapeczkę, Napiszę o niej więcej w osobnym wpisie.

A teraz wracam do kamizelki Twistle-Covid i do „obtoczków”.

Sanatoryjny raj

Dalej jest cudownie i w zasadzie wszystko mi się w tym sanatorium podoba.

W ramach poznawania okolicy pojechałyśmy do Buska Zdroju. Miasto zrobiło na mnie koszmarne wrażenie, miałam szczęście, że mnie tam nie skierowano. Może tak dzisiaj wyglądają miejscowości wczasowe? Z powodu pandemii, padło wiele miejsc, które tworzyły klimat, odwołano wszystkie atrakcje i została jedynie koszmarna architektura? Jest tam park zdrojowy, który pewnie po remoncie będzie ładny, ale on nie jest nawet wielkości Łazienek! Od parku do miasta wiedzie deptak, idąc można podziwiać po obu stronach reprezentacyjne architektoniczne straszydła. Samo miasteczko, to dużo małych budyneczków, z dobudówkami, nadbudówkami. Co jeden to brzydszy. Koszmar! Znalazłam tylko jeden ślad dawnej urody tego miejsca.

Doceniłam urok Solca Zdroju, jego ujutność i kameralność. W dodatku jest gdzie chodzić na spacery. Jeszcze nie wycięli całego lasu, chociaż widać jak się „kurczy”. Na jednej z założonych szkółek Ańćka o mały włos nie skręciła karku, wpadając w ukrytą pod krzakami dziurę. Nie wiem na co oni liczą, myślę że w tak suchej ziemi, już nic nie urośnie.

W ramach prób ożywienia sennego sezonu turystycznego, w tym tygodniu w Solcu gmina zorganizowała festyn. Czegoś tak topornego dawno nie widziałam. Jedyna rzecz, która zwróciła moją uwagę to stoisko Poczty Polskiej. Było i inne stoisko z błyskotkami, ale Poczcie Polskiej nie dorastało do pięt.

płoty polskie

Kontynuując. Lokalna wersja drewnianych sztachet, ta wypustka jest tylko z jednej strony sztachety, nie przechodzi „na wylot.

dobry serial

Mrs. America (HBO GO)

Lata siedemdziesiąte. Amerykańskie feministki drugiej fali mają poczucie, że czas im sprzyja i zwycięstwo (czyli uchwalenie Equal Rights Amendment – poprawki do amerykańskiej konstytucji gwarantującej kobietom równe prawa) jest za rogiem. Ale na ich drodze stają kobiety opowiadające się na konserwatywnym modelem rodziny, na czele których staje Phyllis Schlafly (rewelacyjna Cate Blanchett).

Świetnie zrobiony serial. Trochę czarno-biały, ale też i temat taki, że trudno go zniuansować. Są tam wprawdzie postacie drugiego planu, które usiłują przełamać ten schemat, ale na tle głównych bohaterek wypadają dość blado. Pooglądałam sobie w Guglu jak naprawdę wyglądały bohaterki tego filmu i czapka z głów za dobór aktorek i ich charakteryzację.

No i niestety oglądany dziś, boleśnie aktualny.

A tu certyfikat pełnego powrotu do zdrowia

Przeczytane 2020.8

dobra książka

Quichotte – Salman Ruchdie

Pokręcona powieść drogi. Przez pierwsze kilka rozdziałów idziemy z Quichottem przez współczesną Amerykę. Towarzyszy mu, podobnie jak u Cervantesa Sancho Panso. Celem jego wędrówki jest dotarcie do gwiazdy telewizyjnej Salmy R i wyznanie jej swojej wielkiej miłości. Quichotte jest na emeryturze, w życiu dużo czasu spędził przed telewizorem, traktując telewizję jako źródło mądrości wszelakiej i podczas tej wędrówki często popisuje się swoją wiedzą. Opowieść o tej wędrówce jest najlepszą częścią tej książki. Potem się okazuje, że Quichotte to bohater książki podrzędnego autora powieści szpiegowskich, Sam DuChampa, który w oparciu o wątki autobiograficzne postanowił stworzyć coś mniej „podrzędnego”. Dość ciekawie przedstawiony rodzinny miszmasz i amerykański rasizm od mniej znanej strony, tego który dotyka Hindusów (zwanych tu „brązowymi”). W tle współczesna Ameryka przedstawiona tak jak by to były dni jej ostanie, gdzie już nikt nie ma tam pomysłu by znów była wielka, Popularność zdobywa w niej szalony, zakochany w nowych technologiach, naukowiec zapraszający w ramach projektu Next to, do przeniesienia się na planetę Ziemia-bis.

Wątków w tej książce bez liku, nie wszystkie są równie wciągające. Podobny bezlik odniesień (nie tylko do dzieła Cervantesa). Ale całość moim zdaniem warta przeczytania.

Z pozostałych przeczytanych powieścideł, tylko jedno było dobre.

dobra książka

Moja siostra morduje seryjnie – Oyinkan Braithwaite

Dwie siostry. Korede wiedzie uporządkowane życie kobiety pracującej (jest pielęgniarką). Nieziemsko piękna Ayoola, nie dość, że potrafi się ustatkować i uwodzi kolejnych mężczyzn, to jeszcze kończy swoje związki w dość „niekonwencjonalny” sposób. Siostra na siostrę nie doniesie, bo rodzina jest najważniejsza, wiec gra toczy się dalej. Aż pewnego dnia Ayoola zaczyna spotykać się z mężczyzną, na którego jej siostra chwile wcześniej zwróciła uwagę i miała nawet nadzieję na związek ….

Urokiem tej książki jest jej egzotyka. Opisana w tej książce historia mogłaby się oczywiście zdarzyć wszędzie, ale jest podana jest w nigeryjskim sosie. I przynajmniej dla mnie była przez to mega ciekawa.

Jedna książka z przeczytanych książek miała być dobra, ale wcale taka nie była. Dlaczego ta książka została nominowana do Bookera, pozostaje dla mnie zagadką

Normalni ludzie – Sally Rooney

Sprawnie napisane romansidło, o tym co Boy zawarł w jednym zdaniu: w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało na raz.

W szkole średniej, to on jest królem boisk, ona zaszczutą myszką. To co ich łączy, to raczej bardziej zainteresowanie, niż uczucie. W każdym razie, aby nie popsuć mu opinii, wszystko sprowadza się do ukradkowego seksu. Sytuacja się odwraca gdy rozpoczynają studia. Ona jest z dobrej rodziny i na uczelni jej kapitał kulturowy zapunktował, a on czuje się jak ryba bez wody. I tak dalej, przez kolejne lata, raz razem, raz oddzielnie, jak to w romansidłach bywa. Tytuł nie kłamie. Normalni ludzie.

Chyba najlepsza częścią tej książki są jej początkowe rozdziały, pokazujące okrucieństwo nastoletnich układów.

Może w oryginale jest to tak dobrze napisane, że zachwyt jaki podobno budzi ta książka jest usprawiedliwiony?

Wesele Zajna – At-Tajjib Salih

Kolejna egzotyczna książka, tym razem akcja dzieje się w sudańskiej wiosce. Tytułowy Zajdel, to miejscowy „chłopek-roztropek”. Jest bardzo kochliwy, ale co się zakocha w jakiejś pannie, ta zostaje wydana za kogoś innego. A tymczasem jemu marzy się własne wesele.

Niestety czegoś w tej opowieści brak. Przeczytałam do końca, bo książka nie ma nawet 100 stron. Przez 200 bym już chyba nie przebrnęła. Sama egzotyka to za mało.

Morderstwo na Île Sordou – M.L. Longworth

Kryminał w stylu Agaty Christie. Morderstwo popełnione jest na malutkiej wysepce na Morzy śródziemnym, na której znajduje się tylko mały pensjonat. Czyli niby wszystko jest tak jak lubię, krąg podejrzanych ograniczony jest do kilkunastu osób. Tyle że w połowie jest pierwsze zdanie naprowadzające, potem za jakiś czas znów uwagę przykuwa kolejne zdanie i czar pryska. Mordercy można się domyślić. Koniec przynosi jedynie odpowiedź na pytanie: dlaczego?

Jest to nawet dobrze napisane i fajnie się to czyta. Dlatego zaryzykuję z jeszcze jednym jej kryminałem. Może to wpadka tłumacza, że te naprowadzające zdania tak łatwo wpadają w oczy?

Ktoś tu kłamie Jenny Blackhurst

Kolejny kryminał, tyle, ze bardziej w stylu serialu. Osiedle na przedmieściu. Rok temu na przyjęciu urodzinowym zginęła lokalna działaczka, Erica Spencer. Uznano to za wypadek i życie potoczyło się dalej. Aż nagle na miejscowym portalu pojawiła się wiadomość, że było to morderstwo i że w najbliższym czasie zostanie ujawnione, kto je popełnił. Po kolei poznajemy uczestników tego przyjęcia i jak to zazwyczaj w tego typu opowieściach bywa, wielu z nich miało powód by nie lubić Eriki.

Typowy snuj. Tyle, ze czegoś w nim brak. Jak każdy kryminał, powinien wciągać, ale nie mnie wciągnął. Ale tak jak w przypadku M.L. Longworth, postanowiłam przeczytać jeszcze jeden kryminał Jenny Blackhurst, zanim stwierdzę, że to nie to.