Piszę z telefonu. Siedzę gdzieś za Łochowem, na prawdziwej polskiej wsi. Prawdziwej, czyli nie skomunikowanej z żadnym większym miastem, żyjącej z rolnictwa, rent i pomocy społecznej. Do PKS-u 5 km, do PKP 30.
Wrzosy są tu po 5 zł.
Na wiejskim targu butki do ogrodu kosztują 25 zł, zydelek 15.
Generalnie ceny o połowę niższe. Da się przeżyć za rentę i zasiłek z pomocy społecznej. Trochę to tłumaczy dlaczego suweren nadal śpi.
Hojna jest też pomoc społeczna. Osoby z orzeczeniem o niepełnosprawności znacznej mają co dzień dowożony obiad i co drugi dzień ktoś przychodzi i robi to co w domu zrobione być musi (sprzątanie, pranie itp.). Z tego co wiem, w Wwie koleżanki mojej mamy tak dobrze nie mają.
Za moment wracam do Brwi, chwilę później córka z przyległościami wraca do siebie, a ja zacznę życie emerytki. Zaczęłam już nawet powoli budować swój grafik, ale jeszcze się nie rozpędzam. Może w ostatniej chwili odwołają loty?
Odkryłam w tym tygodniu nową fajną aktywność dla „staruszków”: tańce izraelskie Byłam na zorganizowanych z okazji Dni Singera warsztatach i odkryłam, że dla osób 60+ jest to coś cudownego. Tańczy się w kółeczku, więc odpada problem braku partnera. Kroki łatwe, a nawet jak nogi się poplączą, nie stanowi to wielkiego problemu. Muzyka pomaga wrócić do właściwego rytmu. W Polsce pewnie trudno je spopularyzować, z uwagi na nazwę, ale może gdyby ogłosić, że to warsztaty z tańców Morza Śródziemnego?
Następnego dnia po tym jak córka z rodziną wróci do siebie, intensyfikuję swoje drutkowanie. Kamizelka Covid-Twistle idzie jak po grudzie. Kolejne wersje obtoczków nie pasowały mi do całości. Miały być dwukolorowe, ale żadna ze zrobionych wersji nie była do zaakceptowania.
Poszłam po wsparcie do Łady, gdzie przy okazji mogłam popodziwiać cud urody rękawiczki dziecięce.
Podniesiona na duchu zrobiłam obtoczki w wersji najmniej rzucającej się w oczy i teraz męczę się z dekoltem.
Na zdjęciu kolejna wersja dekolciku i coś czuję, że nie ostatnia. Nie podoba mi się linia nabierania oczek. Mam zamiar ją przykryć wywinięciem plisy na wierzch. Jak to nie wyjdzie, spruję i spróbuję lepiej nabrać oczka.
Dostałam od Łady prezent, przywiezioną z nadbałtyckich krain brakujący kolorystyczny wełniany klocuszek do następnego projektu. Za tydzień się pochwalę.
Nie jest dobrze, jedyna pociecha, że nawet jak nie jest dobrze, potrafi być śmiesznie. Moja przyjaciółka Joluśka uważa się za rybkę. Wypłynęła na środek mazurskiego jeziora, a tam cap! Coś ją ugryzło w piętę! Gospodarze (jest na agroturystyce) nadziwić sie nie mogą: nigdy nie spotkali szczupaka, który mógłby zostawić aż tak duży ślad. Gdyby nie to, że nastrój tego lata jest mało wakacyjny, mogłoby to być zalążkiem opowieści o potworze z mazurkich głębin.
A dobrze nie jest, bo jutro wnuk ma operację, a ja dochodzę do siebie po wyrwaniu zęba.
Los tego zęba został przypieczętowany dawno temu po nie do końca udanym leczeniu kanałowym. Teraz wprawdzie nie zaczął mnie jeszcze boleć, ale coś już zaczęło się wokół niego dziać, więc poszłam do Luxmedu po skierowanie na chirurgię szczękową. Z rozpędu chciałam się tam umówić na wyrwanie, ale szybko zrzędła mi mina. Okazało się, że to ile ostatecznie zapłacę dowiem się dopiero po zabiegu, w skrajnym przypadkach cena może przekroczyć 700 zł i poszybować wyżej. Trochę mnie to zmroziło i postanowiłam skorzystać z przysługującego mi prawa do wyrwania zęba w ramach na NFZ. Zaczęłam wydzwaniać, wszędzie najwcześniej proponowano mi połowę września i byłam już bliska rezygnacji, gdy w kolejnym miejscu dowiedziałam się, że mogą mnie przyjąć za dwa dni. Wyrwanie było mega skomplikowane, myślę że zapłaciłabym dużo więcej niż te 700 zł. Przy okazji od pani dentystki dowiedziałam się, że jest przygotowywany nowy wykaz, co można będzie zrobić na NFZ i oczywiście mają zamiar ściąć kolejne kilka pozycji z już i tak okrojonej listy. Dla pacjentki, która wyszła przede mną, prawdopodobnie te 140 zł, które ostatecznie kosztowało mnie to wyrwanie (znieczulenie + leki) to góra pieniędzy. Co się stanie z tymi ludźmi, jak nawet to im zabiorą?
Mnie też, co w tym tygodniu sobie uświadomiłam, czeka emerycki lot w dół. Wprawdzie staram się trzymać pion i po chwili wahania przedłużyłam roczną prenumeratę Polityki, ale to łabędzi śpiew. Wymieniając sprzęty, czy uzupełniając braki, będę zmuszona spuścić z tonu. Ostatnio miałam coraz większe problemy z komórką. Z myślą o cięciu kosztów, oddałam do serwisu gwarancyjnego, nie wiem, czy uznają mi gwarancję. Jak nie, zreperuję na własny koszt, ale prawdopodobnie i tak to mój ostatni aż tak dobry telefon. … Laptop też mi się zepsuł. Ach to solidność chińszczyzny! Tu z oddaniem do naprawy miałam więcej przygód. Wszystko przez to, że był kupiony z dołożoną przez sprzedawcę pamięcią. W takich przypadkach, zgodnie z procedurą, muszę odesłać sprzęt do sklepu, dopiero sklep odsyła do serwisu, serwis do sklepu, a sklep do mnie …. Mimo, że to naprawa gwarancyjna, pierwszy ruch, czyli wysłanie do sklepu jest na mój koszt. Na poczcie 95 zł, DHL-em 20 zł. Ale trzeba wydrukować naklejkę. W czas urlopu łatwo nie było, ale na szczęście był jeszcze czynny zaprzyjaźniony punkt ubezpieczeń. I tak przez najbliższe 3-4 tygodnie jestem bez laptopa. Z tym, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: zrobiłam generalny porządek w hasłach.
Najwięcej kłopotu sprawił mi Mbank. I tu pora na odcinek:
Z pamiętnika wk. … konsumentki
Zmiana ustawień w Mbanku po utracie komórki
Aby zalogować sie do banku, trzeba się uwierzytelnić w aplikacji mobilnej. Nie mogłam tego zrobić, ponieważ nie mogłam zainstalować tej aplikacji na nowej komórce. By to było możliwe konieczne jest uprzednie wyrejestrowanie starego urządzenia. Co bez dostępu do banku nie jest możliwe. Paragraf 22. Pozostaje MLinia, gdzie trzeba poddać się weryfikacji. Za pierwszym razem nie przeszłam: skąd miałam wiedzieć, że powinnam powiedzieć, że mam lokatę? Moim zdaniem, konto oszczędnościowe (w dodatku od lat nie używane), nie jest lokatą, ale program weryfikacyjny miał inne zdanie. I tak miałam szczęście, bo odpytująca mnie pani, postanowiła uznać, że weryfikacji nie było i dać mi drugą szansę. Zadzwoniłam drugi raz i tym razem nie wylosowałam aż tak głupich pytań. Inne banki mają prościej, rejestrują numer, zmiana modelu komórki nie stanowi żadnego problemu.
Intensywne kręcenie sie wokół rodzinnych spraw nie za bardzo pozwala mi na zajęcie się sobą. Z trudem wyrwałam się do kina.
Arab Blues
Szału nie ma. Po obejrzeniu reklamy, miałam nadzieję na coś więcej. Do Tunisu wraca z Francji młoda psycholożka. Ma zamiar otworzyć gabinet psychoanalityczny. W Paryżu tylko na jej ulicy, takich gabinetów było kilka. Tu nie ma żadnego. Ale też nie ma tradycji szukania pomocy u psychologa.
Dobrze zagrany typowy snuj. Z dużą ilością fajnych scenek, iskrzących dialogów. Ale czegoś w tym filmie brak. Ja przynajmniej po wyjściu z kina nie za bardzo wiedziałam po co reżyser nakręcił ten film.
Zamiast tygodnia był na obozie tylko 4 dni. Piątego dnia wyjątkowo niefartownie upadł podczas gry w piłkę i ma złamanie z przemieszczeniem. Wieźli go do szpitala prawie 1,5 godziny, lekarz w karetce skontaktował się z córką, by uzgodnić z nią podanie środków przeciwbólowych. W szpitalu trenera, który z nim pojechał, wyprosili z gabinetu, bo mogą w nim przebywać z dzieckiem jedynie rodzice. Następnie nastawiali rękę na żywca i to dwa razy, bo za pierwszym razem im nie wyszło. Prawie na pewno nie stało się tak dlatego, że lekarz lubi dzieciom zadawać ból, tylko że na izbie przyjęć nie było anestezjologa. Nikt nie pytał też córki o zgodę, o to jaki założyć gips itp. W sumie dziwne, bo jednak nastawianie złamanej ręki trudno uznać za bezpośrednie ratowanie życia, a z tego co wiem tylko w takich przypadkach nie jest wymagana zgoda opiekunów. Jak córa dojechała do szpitala, było już po wszystkim.
I tak zapomniałam, że byłam w sanatorium. Nie byłam w kinie i nie pojechałam – tak jak planowałam – byczyć się do Joluśki. Inne plany też zostały wstrzymane, bo nie wiadomo czy nie będzie potrzebny dodatkowy zabieg.
Wessało mnie życie domowe. Z wnukiem gramy w Pandemię, z córką gram w Scrabble.
W wolnych chwilach staram się rozkminiać rzeczywistość. Musiałam wytłumaczyć komuś niezorientowanemu jaka jest różnica między „złymi” LGBT a tymi „dobrymi”. I chyba wymsknęła mi się prosta definicja. Osoba staje się LBGT jak się ujawni, dopóki żyje i nie tylko nikomu nie mówi o swojej orientacji, ale i nie daje powodów by inni mogli zacząć to podejrzewać jest OK. Jak o tym powie staje się ideologią.
W ramach dosypywania do kociołka: niech sp…ją obiecałam sobie, że jak tylko pomyślę, by na nich jeszcze kiedyś zagłosować, przypomnę sobie zdjęcie sali sejmowej, gdy tuż po uchwaleniu sobie podwyżek posłowie rozjechali się do domów i tak jak w ubiegłym roku (obiecywali że już nigdy więcej się to nie powtórzy), Bodnar przemawiał na pustej sali. Jak tylko spoglądam na to zdjęcie, poziom moich emocji błyskawicznie wraca do „normy”.
Było to ostatnie sprawozdanie Bodnara, ale piąteczek, mecz FC Barcelona – Bayer Monachium … Niech sp…ją
Ostatni szal, jaki zrobiłam był zupełnie w nie moich kolorach (zgaszona ciemna żółć, zwana dla niepoznaki musztardą) i zimą, gdy chciałam go założyć, nie pasowała do niego żadna z moich czapek.
Dlatego powstał kolejny kilimek czapeczka do pary.
Po raz pierwszy nabrałam na czapkę oczka metodą italian cast-on. Dzięki czemu brzeg czapki jest elastyczny. Najprostszy (i najlepiej wytłumaczony) sposób nabierania oczek pokazany jest tutaj:
Z tym, że nie wiem po co, następne ruchy są mocno przekombinowane. Zrobiłam kilka próbek i nie znalazłam uzasadnienia dla przerabiania w pierwszych czterech rzędach jedynie prawych oczek (lewe są przekładane bez przerabiania).
Zrobiłam tak, jak to jest pokazane w tym filmiku, czyli od pierwszego rzędu przerabiałam oczka zgodnie z tym, jak zostały nabrane na drut. Przekombinowany jest za to w tym filmiku sposób nabierania oczek.
Jest jeszcze jedna fajna rada w tym filmiku, z której warto skorzystać: sztywne zakończenie ostatniego oczka, dzięki czemu oczka się nie „rozłażą”.
Ale … przerabianie oczek: jedno prawe, jedno lewe tworzy ściągacz którego bardzo nie lubię.
Trochę na urodę pomaga przekręcanie oczek, ale tylko trochę. Pod koniec pierwszego filmiku pokazane jest jak w Italian cast-on przejść do ściągacza 2×2. Też uznałam to za przekombinowane. Narzuciłam: 2 oczka prawa, dwa oczka lewe i potem zgodnie z tym co narzuciłam tak przerabiałam i też jest dobrze.
Pozostawał jeszcze problem tego, by przy robieniu na okrągło, paski układały się bez „uskoku”. Tu znalazłam propozycję rozwiązania.
Ale mi nie wyszło i jak zwykle im bardziej zaczęłam się starać tym gorzej wychodziło.
Zarzuciłam więc „wyrównywanie” pasków. Prawdopodobnie ten myk działa na cieńszych wełnach. Wrócę do tego przy skarpetkach.