Przeczytane 2020.11

postaram się nadrobić wpisy, ale że do końca roku zostało mało czasu, a jeszcze niedawno całkiem sporo czytałam, to za bardzo rozpisywać się nie będę …

dobra książka

Akan. Opowieść o Bronisławie Piłsudzkim – Paweł Goźliński

Zaskoczyła mnie ta książka: nie spodziewałam się, że będzie aż tak ciekawa (no może nie cała, ale w dużej części). Tym bardziej, że nie przepadam za fabularyzowanymi biografiami.

O bracie Józefa Piłsudzkiego wiedziałam niewiele ponad to, że większą część swojego życia spędził na zesłaniu, a o kulturze ludów zamieszkujących Sachalin (Ajnów, Oroków, Niwchów, Mangunów), nie wiedziałam nic. I to ta część książki, która opowiada o tym, jak Bronisław z zesłańca przeobraża się w badacza obcych kultur, aktywnie uczestnicząc w ich życiu, jest bajecznie ciekawa.

Opis dzieciństwa i młodości nie wciąga, ale też i szybko ma się to za sobą, bo nie ma za bardzo jest o czym tu pisać: został skazany na zesłanie zaledwie w wieku 21 lat. Szkoda za to wielka, że autor nie udźwignął powrotu Bronisława do cywilizacji, tak jakby nie umiał się zmierzyć z tematem porażki: Bronisław opuścił Sachalin po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej, długo szukał swego miejsca i na koniec, trzynaście lat później, popełnił samobójstwo.

dobra książka

Halina. Dziś już nie ma takich kobiet – Anna Kamińska

Kolejna pozycja wzięta do ręki po to, by spróbować zrozumieć dlaczego oni, a zwłaszcza one, idą w góry?

Nie miałam zielonego pojęcia, że był ktoś taki, jak Halina Krüger-Syrokomska. Polski himalaizm kobiecy kojarzył się mi do tej pory jedynie z Wandą Rutkiewicz. Tymczasem był taki czas, że to Halina Krüger-Syrokomska była „górą”, dopiero potem czas i biologia zrobiła swoje i na placu boju „została” Rutkiewicz.

Z tym, że sama książka napisana jest nierówno – pewnym momentom autorka poświęca bardzo dużo uwagi. inne jedynie sygnalizuje, a raczej pomija. Wprawdzie już na wstępie autorka uprzedza, że nie o wszystkim co wie, zamierza napisać, ale ta autocenzura momentami mocno przeszkadza, bo niestety jest mocno „widoczna” (są takie decyzje życiowe, których nie podejmuje się na sucho, bez emocji, a tak jest to tu podane). A jak już coś takiego rzuca się w oczy, to i przeszkadza.

Mimo tego zarzutu, książkę warto przeczytać, bo opowiada o ciekawej kobiecie, a że innych na jej temat nie napisano, nie ma wyboru.

dobra książka

Żony nazistów – James Wylilie

O Margaret Himmler, Magdzie Goebbels, Carin i Emmy Goering, Ilse Hess, Linie Heydrich i Gerdzie Bormann.

Książka mnie bardzo zaskoczyła – trochę książek na ten temat przeczytałam, więc spodziewałam się, że zbyt dużo nowego się nie dowiem, tymczasem wręcz odwrotnie. Książka stanowi świetną ilustrację słynnego określenie Hanny Arendt o „banalności zła”. Życie rodzinne toczące się niemal w całkowitym oderwaniu od dziejącej się za oknami historii. Dość niesamowite. I po części upiorne.

Portrety – Maria Iwaszkiewicz

Porażka.

Książka przypomina panieński sztambuch. Wyliczanka kogo to autorka nie znała, a znała wielu, krótki opis znajomości + jakaś jedna, czasem dwie, poczciwe anegdotki. I tak książka nie tyle, że nie ma pazura, ale nawet paznokietka!

Słowem mocno nudnawe.

Uwodzicielki, skandalistki i seksbomby PRL – Iwona Kinzler

O Ninie Andrycz, Kalinie Jędrusik, Agnieszce Osieckiej, Elżbiecie Czyżewskiej, Barbarze Kwiatkowskiej-Lass, Ewie Krzyżewskiej, Teresie Tuszyńskiej i Violetcie Villas.

Książka z półki: dobrze to znacie? To przeczytajcie o tym jeszcze raz!

Bardzo fajnie się to czyta. Taka nostalgiczna podróż do czasów PRL-u. Niewiele jest tu anegdot wcześniej gdzieś nie przytoczonych, co o dziwo ni przeszkadza (duża to zasługa autorki).

Posełki – Olga Wiechnik

Zawód na całej linii.

Opowieść o kobietach które podobno przecierały dla nas szlaki … tyle że one jakoś nudne i opowieść o nich też nudna. Może ja się czegoś więcej spodziewałam? W każdym razie skandalistkami to te kobiety nie były. Działały w ramach udzielonych im przez mężczyzn upoważnień, poruszając się jedynie na przydzielonym im przez nich odcinku .

Po przeczytaniu tej książki mam nieodparte wrażenie, że przyznaniem praw kobiety bardziej zawdzięczają kalkulacji politycznej, niż działaniom swoich przedstawicielek.

Wasi, nasi oraz inni – Ołeksand Bojczenko

Książka bardziej dla polonistów. Zbiór esejów o polskie i ukraińskiej literaturze.

Ciekawe. Zwłaszcza te o książkach które znam, czyli w większości tych polskich, bo ukraińskie w dużej części znałam jedynie ze słyszenia.

Z kroniki zapowiedzianych zdarzeń

To, że od jakiegoś czasu było wiadomo, że to się zdarzy nie znaczy, że gdy się zdarzyło, nie boli. Boli. Dziś nad ranem zmarł mój były mąż.

(sweter, który mam na sobie jest mojej roboty)

Wzięliśmy ślub, gdy byliśmy parą dzieciaków – ja miałam 20 lat, on był o rok starszy i przez kilka następnych lat nasze życie było beztroską zabawą. Sprawy się pokomplikowały, gdy na świecie pojawiły się dzieci. Wtedy odeszłam, ale choć nigdy nie żałowałam tego kroku, nigdy się też tak do końca z nim nie rozstałam.

(sweter, który ma na sobie Michał był kupiony w Cepelii, ale ja mam na sobie własnoręcznie uszytą koszulę i spódnicę, makatka ścienna jest też mojej roboty)

Dziś, ta długa i pełna mocno kabotyńskich zwrotów historia (oboje mieliśmy słabość do tego typu zachowań) dobiegła końca. Ostatnim akcentem było przeżycie przeze mnie tego co, wg Ańćki, nazywa się „zimnym lodem”. Obudziłam się o piątej nad ranem z dzikim bólem w klatce piersiowej i przez następne 30 minut usiłowałam pod prysznicem, gorącym tuszem coś z tym zrobić. Nawet przeszło mi przez myśl, że może coś się dzieje z Michałem (wiedziałam, że jest w śpiączce i raczej nie będzie z niej już wybudzany). Rano okazało się, że właśnie wtedy umierał.

Pogrzeb odbędzie się po Nowym Roku. Wszystkie wcześniejsze terminy zajęte. Poniżej ukradziona z Twittera grafika, która to wyjaśnia.

A będzie jeszcze lepiej. Bo gdy na wieść o nowej mutacji wirusa, kolejne kraje europejskie zamykają granice z Wlk. Brytanią, tylko dzisiaj, na trzech lotniskach (Okęcie, Modlin, Balice) wylądowało 30 samolotów z Wlk. Brytanii przywożąc ma święta 6 tysięcy Polaków (w tym mojego zięcia i wnuka).

A w sprawie szczepionek.

Moja córka wie już kiedy ją w Anglii zaszczepią (idą rocznikami). W to, że w Polsce będą masowe szczepienia nie wierzę. Przynajmniej nie szczepionką, która wymaga przechowywania w minus 70 stopniach. Może nawet na wojskowym lotnisku jest jakiś magazyn, który spełnia ten warunek. Ale co dalej? Moim zdaniem logistycznie nie udźwignęlibyśmy nawet masowych szczepień szczepionką, która wymagałaby przechowywania w minus 20 stopni (czyli w zwykłej zamrażarce). Wprawdzie wyposażenie przychodni w zamrażarki jeszcze mogę sobie od biedy wyobrazić (oczywiście cena najprostszej zamrażarki skoczyłaby wtedy do 15 tys., ale to szczegół). Pytanie co z generatorami prądu? Jedno małe wyłączenie prądu, a na prowincji to codzienność i cały zapas szczepionek poszedłby na frytki. Więc nie rozumiem tych, co nabierają się na te bajki. Zaszczepią tych, którzy będą mieli dostęp do ww. magazynu. Suweren musi poczekać, gdy wymyślą mniej wymagająca szczepionkę.

Z pamiętnika wk … pacjentki

Mam pieniądze, bo podobno długo żyć nie będę, a na koncie mam nieruszoną odprawę emerytalną: miała być na podróże, będzie na leczenie. Ale to dość specyficzna sytuacja. Tymczasem tylko na tzw. „obowiązkowy set” wydałam w tym miesiącu prawie 1,5 tysiąca zł (nie liczę leczenia kanałowego i kilku prywatnych wizyt, bez których pewnie dałoby się obyć). A to dopiero początek. Co robią inni, którzy nie mają takich oszczędności?

Dlaczego suweren nie wychodzi na ulicę?

Wzięłam sobie do serca słowa Łady, że jak spaceruje uliczkami Brwi, to po stanie ogrodu widzi, gdzie do domu zawitały kłopoty. Zaordynowałam więc posprzątanie ogrodu na święta i dostałam bęcki. Bo to podobno zbrodnia przeciwko naturze. I nawet zostawiona dla jeży, widoczna na zdjęciu w lewym górnym rogu hałda liści, mnie nie broni.

ps. może jestem uzależniona od pisania tego bloga?

Pożegnanie

Tak naprawdę, to nie wiem co napisać. Nie spodziewałam się, że będzie dobrze. Ale też nie przypuszczałam, że nie będzie nawet co zbierać. Na moje pytanie jaki jest procent szans, że da się to przynajmniej zaleczyć, usłyszałam: zero. Może tygodnie, może miesiące, może nawet i rok. I to by było na tyle, jeżeli chodzi o perspektywy. Wszystko zależy od tego, czy i jak zniosę chemię paliatywną.

Zaczęłam pisać ten blog 15 lat temu, po kolejnej (bo i nie pierwszej w moim życiu) katastrofie życiowej. Zostałam sama, mając zero oszczędności na koncie, nie najlepiej płatną pracę, z domem w tzw. stanie surowym zamkniętym (zamiast podłóg betonowa wylewka, zamiast sufitu, folia z ociepleniem, ze szparami przez które było widać gwiazdy). W dodatku z dwójką nastoletnich dzieci w dobrych społecznych szkołach. Wtedy moja przyjaciółka, występująca tu na blogu Joluśka, poradziła mi bym postarała się w każdym mijającym tygodniu znaleźć przynajmniej jedną dobrą, wartą uśmiechu rzecz, zrobić zdjęcie i napisać o tym zdanie w pamiętniku.

Takim pamiętnikiem stał się mój blog. Pamiętam jeszcze jak kupiłam bratka, w „lekko wymiętoszonej” formie posadziłam pod płotem i dumnie skleciłam optymistyczne zdanie:

Wśród tych bylin wesoło wygląda tylko samotny bratek.

Szybko okazało się, że doświadczam multum sytuacji wartych uśmiechu. I tak minęło najlepsze 15 lat w moim życiu. I gdyby nie ten jeden „problem” nic nie stało by na przeszkodzie by dalej się do tego życia uśmiechać.

Nie mam też nic do napisania o filmach, książkach i drutach: cały wolny czas poświęcam na porządkowanie domowego archiwum, robienie albumów ze zdjęciami i przygotowaniem do druku kolejnych roczników mojego bloga.

Nie znikam jeszcze z sieci. Pewnie się i tu jeszcze pojawię. Może jeszcze zdążę skończyć Kwiatuszek? Podsumuję przeczytane w 2020 roku książki? Ale generalnie się żegnam. Przynajmniej na dziś nie czuje się na siłach pisać onkobloga.

Bardo – tydzień siódmy

Dalej czekam na wyniki.

Co widziałam i przeżyłam w tym tygodniu w najbardziej ponurym budynku tego miasta to moje. Leżę sobie na plecach w pracowni EKG i tak sobie myślę: czy to na mnie spadnie ten odpadający płat farby na suficie, czy będę miała farta i spadnie na któregoś z następnych pacjentów? Idę zawalonymi kartonami korytarzami, które pełnią rolę podręcznych magazynów, tu dziura w ścianie, tu odpadająca boazeria i uświadamiam sobie, że w niejednym garażu jest większy klar. Robią mi badanie na jakimś wyczesanym w kosmos urządzeniu (to dlatego musiałam się zaokrętować na dwa dni w najbardziej ponurym budynku tego miasta), kładą mnie na łóżku, wzdłuż którego staje z obu stroni sporo osób i zasypiając mam taką refleksję, że gdyby konieczna była nagła akcja, to część uczestników musiałaby nagłym rzutem wejść pod to łóżko, tak by innym dać minimalną swobodę ruchu: pokoik był rozmiarów gomułkowskiej kuchni.

Mam świadomość, że poprzednicy też nie pompowali w służbę zdrowia. Ale przynajmniej coś budowali. Ci, jak we wszystkim, tak i tu ograniczyli się do działań fasadowych i przemianowali Centrum Onkologii na Narodowe Centrum Onkologii – pewnie za pieniądze wydane na zmianę pieczątek i papierów firmowych odmalowałoby się nie tylko pracownię EKG. To czego nie rozumiem to tego że te skunksy dalej maja takie poparcie. Przecież rządowe kliniki są tylko dla wieruszki. reszta leczy się w „szpitalach dla suwerena” i doświadcza tego co ja.

Nie mówiąc już o tym, że nie mogłam narzekać, że diagnozują mnie już siódmy tydzień – jedna współlokatorka do tego punktu co ja szła od czerwca, pozostałym zajęło to jeszcze więcej czasu …

Mieszka teraz ze mną synek, dzięki któremu wskoczyłam na następny technologiczny level: aby odpalić w telewizorze HBO GO nie potrzebuję już laptopa i kabla HDMI, naciskam stosowną ikonkę w telefonie i jadę.

Obejrzałam Od nowa

W zasadzie wszystko co było o tym serialu do napisana, napisała Ewa. No może poza jednym: ja „typowałam” Donalda Sutherlanda.

Teraz kończę oglądać Normalnych ludzi

Rzecz dzieje się w Irlandii. Ona i on pochodzą z różnych warstw społecznych: w liceum to on był górą, w szkole nie było panienek z dobrego domu i to tacy jak on nadawali w nim ton. Na prestiżowej uczelni, gdzie oboje wylądowali, jest odwrotnie. Romansidło, ale z tych miłych w oglądaniu.

Bardzo wierna adaptacja książki. Jak dla mnie świetnie dobrani aktorzy, dokładnie tak ich sobie wyobrażałam.

Seriale oglądam z synkiem i tu pojawił się mały problemik: nie znosi lektorów, a jak nie ma lektora i trzeba czytać napisy, nie ma tez drutkowania.

To jeden z kilku powodów, dlaczego Kwiatuszek rośnie bardzo powoli.

Znów na kilka dni zamieszkała z nami Mila

Kondycja psia już nie ta co latem. Przeraziło mnie to, że obiad zjadła w tempie dystyngowanej starszej pani. W pierwszej chwili nawet chciałam z nią lecieć do weterynarza. Ale potem na szczęście „znormalniała”.

Ja też mało jem: trudno objadać się tym co mi teraz wolno mieć na talerzu. Zapinam się już w dżinsy o rozmiarze 30.

Czuję, że idę na rekord i nie powiedziałam ostatniego słowa.

ps. podobno na urodzinach Radia Maryja, wypowiedź broniącego pedofilów w sutannach Rydzyka : To, że ksiądz zgrzeszył. No zgrzeszył. A kto nie ma pokus?, oklaskiwał nie tylko Minister Sprawiedliwości. Rzecznik Praw Dziecka też.