Przeczytane 2021.1

Patrząc na to, co w tym roku mój styczniowy wybór lektur to jest to niezły miszmasz.

dobra książka

Wieczne strapienie Jacek Leociak

Kolejna, po Młynach Bożych, bolesna porcja żali pod adresem kościoła katolickiego. Z tym, że mam podobne, jak do poprzedniej książki, zastrzeżenia: w roli krytyka bieżącej polityki KK Jacek Leociak się nie sprawdza. Dlatego, choć książka ma sześć rozdziałów, warto ją przeczytać dla trzech: Kościół, Repetytorium z faszyzmu, Wczoraj, czyli dzisiaj. W tych trzech Leociak snuje swój wywód w oparciu o niesamowitą erudycje i znajomość tematu. Jego siłą jest znajomość historii. Biada nam, bo facet wie o czym pisze.

Ostatni rozdział zatytułowany Pocieszenie jest wart funta kłaków. Tu znów Leociak odchodzi od analogii historycznych i przeobraża się w komentatora bieżących wydarzeń. Tyle, ze oceniając to co się dzieje tu i teraz nie potrafi sobie dać sobie radę z emocjami. Znacznie bardziej głęboka i celna jest krytyka KK przez byłych jezuitów: Tadeusza Bartosia i Stanisława Obirka (podobnie ja w przypadku PIS-u Marka Migalskiego i Ludwika Dorna). Tak już jest, że w takich sytuacjach rewizjoniści górą.

A moja propozycja, jak po ukaraniu kobiet, zrobić coś i z facetami:

Na początku XI wieku nasza Ojczyzna była świeżo po chrzcie. Żył sobie wtedy biskup-kronikarz Thietmar z Merseburga. Był jednym z pięciu synów grafa z Walbecku Zygfryda. Tatuś przeznaczył go do stanu kapłańskiego, bo synek był niski, miał zniekształconą szczękę i nos. Thietmar w 1009 roku wdrapał się na stolec biskupi w Merserburgu, a trzy lata później zaczął pisać kronikę, dzięki której wiemy cokolwiek o panowaniu Bolesława Chrobrego. Historycy podkreślają wiarygodność Thietmara, który Chrobrego nie cierpiał, ale podziwiał jego metody ewangelizacyjne. Do łagodniejszych należało karanie rozpustników i cudzołożników. Otóż winowajcę przybijało się do mostu gwoździem „poprzez mosznę z jądrami”. Grzesznikowi dawano nóż oraz zostawiano wybór: albo śmierć, albo samokastracja. Takie są polskie, narodowe, katolickie tradycje walki z seksualizacją.

dobra książka

Książka może nie tyle dobra, ile ciekawa.

Nie wiedziałam kim był Kevin Mitnick, dzięki okładce dowiedziałam się, że był najsłynniejszym hackerem na świecie. I to mnie zaciekawiło.

W pojedynku hacker: państwo, jestem po stronie hackera. Wiem, hackerzy bywają niebezpieczni. Ale państwo, ma morze pieniędzy by zatrudnić lepszych od nich i skoro zostało pokonane, to tylko źle o nim świadczy. Oczywiście mam na myśli samotnych hackerów, a nie dzisiejsze wojny służb. I takim właśnie samotnym hackerem, grającym latami na nosie FBI był Kevin Mitnick. W końcu jego dopadli i przeszedł na duga stronę, ale wiele wskazuje na to, że taki jest los starzejącego się hackera.

W tej autobiografii, jak dla mnie, za dużo jest szczegółów technicznych, ale pamiętam tamte czasy, dlatego miło mi się to czytało. Świat był kiedyś dużo bardziej normalny i tęskno mi do niego.

Koala Lukas Bärfuss

Książka w niewidzialny sposób podzielona jest na dwie części. W pierwszej poznajemy szwajcarskiego pisarza (jest narratorem tej krótkiej powieści), który przyjeżdża do miasteczka w którym żył i popełnił samobójstwo jego przyrodni brat. Idzie śladami jego życia i usiłuje zrozumieć decyzję brata. Idzie mu to topornie, bo mało wiedział o jego życiu.

W drugiej części czytamy esej o życiu Koali, jak przybycie ludzi na zamieszkałe przez niego terytorium (a jakiś czas po nich i kolonizatorów) zaburzyło jego ekosystem.

Dość długo nie byłam w stanie zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. To, że brat narratora, miał w szkole przezwisko Koala, nie usprawiedliwiało tych wywodów. Z posłowia dowiedziałam się, że autor w swoich książkach stara się w ten sposób pobudzić nas do działania. Tyle, że łączenia literatury pięknej z publicystyką, rzadko kiedy wychodzi tej pierwszej na zdrowie.

Tak jest wg mnie i w tym przypadku. A szkoda. Bo ta pierwsza część książki mocno wciąga.

Synapsy Marii H Hanna Krall

Kwintesencja sztuki reportażu Hanny Krall. jest tu wszystko: ucięte w pół słowa zdania, niedomówienia, wyliczanki, bardzo zagmatwane i na pierwszy rzut oka nie związane ze sobą poszczególne części reportaż itd.

Tyle, że jak dla mnie za wiele w tym popisu i wirtuozerii. Takiej trochę sztuki dla sztuki. Ile razy można wiecznie czytać to samo, tak samo podane?

Tajemnica domu Helclów Maryla Szymiczkowa

Maryla Szymiczkowa to Jacek Dehnel i Piotr Traczyński. A Tajemnica domu Helclów to pierwszy z czterech już napisanych i wydanych kryminałów, w którym główną bohaterką jest krakowska mieszczka, profesorowa Zofia Szczupaczyńska.

Kraków przełomu XIX i XX wieku. Pulardy na obiad, pluszowe kanapy, kapelusze, mieszczki marzące o poufałości z arystokratkami i tym podobne klimaty. Oczywiście jest i tajemnicze morderstwo, nawet nie jedno.

Jak dla mnie ma to coś z klimatu Agaty Christie, tyle że ja wolę oryginał. Mam zamiar przeczytać jeszcze drugi tom cyklu i potem zadecydować co dalej.

Czy leci z nami pilot (odcinek n-ty)

Urzekła mnie ta historia. Dla tych, którym szkoda czasu na czytanie – ostatnio przeprowadzono ćwiczenia dowódczo-sztabowe Zima 20. Pan Prezydent jest podobno nie zadowolony, bo wyszło na to, że jak zaatakują to dojście do Odry zabierze im 5 dni. Ale nie w tym rzecz: ćwiczenia przeprowadzono zakładając, że posiadamy sprzęt, którego jeszcze nawet nie ma w Polsce i który, o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem, osiągnie całkowitą gotowość bojową dopiero za około 10 lat.

Monty Python by tego nie wymyślił.

Nie przeczytałam uzasadnienia ostatniego wyroku TK. Wystarczy, że przeczytali inni i zamieścili na Twitterze takie pismo do ZUS.

Moim zdaniem lepsze od wafli, bo gryźć nie trzeba.

A co do szczepień. Jak ogłosili, że będą szczepić 80+, moja mama chodziła przez dwa dni od drzwi do drzwi i udało się jej zapisać w Szpitalu Wolskim na maj. Była bardzo nieszczęśliwa, więc córka zadzwoniła na infolinię i dowiedziała się, że za 5 dni są dwa wolne miejsca w Wwie: na Zwycięzców i dalekim Ursynowie. Córka wybrała oczywiście Zwycięzców, będąc przekonana, że chodzi o przychodnię na Saskiej Kępie. Dzień przed szczepieniem dostała sms-a z którego wynikało, że ulica Zwycięzców się zgadza, ale ma jechać do oddalonych o 60 km od Wwy Świerczy.

A tak poza tym.

Życie przyspiesza i to nie na tych odcinkach, na których bym chciała. Jeszcze pamiętam czas, gdy nie rozumiałam dlaczego usiłują wmówić mi chorobę. Teraz już wiem, że jak już jest się chorym, zdecydowanie lepiej nie mieć przynajmniej objawów. Żyję życiem rodzinnym: ja, moje dzieci i mój wnuk. Na razie bez konfliktów. Ale też mocno sobie to życie ułatwiamy i co tylko się da, zlecamy na zewnątrz. A i tak wszyscy narzekamy na brak czasu (wnuk też marudzi, ma codziennie on-line do 16 lekcje).

Dziś z wnukiem byliśmy zgodni: spacery to strata czasu. Ale mimo podniesionego buntu córka zmusiła nas do wyjścia.

Wszystko przez to, że jakoś dziwnie czas przecieka mi między palcami. Skończyłam obróbkę starych zdjęć i mam w zasadzie (czekam jeszcze na jedno zdjęcie) gotowe do druku albumy z lat 1988-2004. Z jednym zdjęciem poratował mnie Łoś; zrobił nowe zdjęcie, opierając się o dwie zniszczone odbitki.

Mila ma nowy sposób informowania świata, że jest głodna. Wsadza łapkę w metalową miskę i „wybija rytm”.

Call my agent (Netflix)

Seial ma 4 sezony. Jestem w trzecim.

Paryska agencja aktorska. Perypetie życiowe jej pracowników + kłopoty jakie mają ze swoimi klientami. W każdym odcinku użerają się z innym aktorem, niektórzy są na tyle sławni, że nawet ja bez problemu ich rozpoznałam. Lekkie, bezpretensjonalne. Dobre do drutów.

Dzięki temu serialowi podgoniłam Kwiatuszka i już tylko dwa rzędy dzielą mnie o rozpoczęcia plecków. Czyli 11/14 swetra w zasadzie za mną! Za tydzień będą zdjęcia.

Nie rozumiem

Nie rozumiem otaczającej nas ciszy.

Gadam z ludźmi i z tych rozmów nie wynika, by wszystkie nasze dzieci miały zamiar zaraz po pandemii odlecieć, część z nich zamierza tutaj zostać. I widząc taką mapę zanieczyszczeń, słysząc że zmiana polityki energetycznej odkładana jest na drugą połowę XXI wieku, milczą?

Czyżby dalej wierzyli, że zbudowane z osiągniętej stabilizacji finansowej ogrodzenie ochroni przed polityczną rzeczywistością?

Z tym, że jak pokazały kominy domów w Brwi, w te największe mrozy, nie ja jedna „ocieplałam” dom.

Gdziekolwiek się człek nie ruszy, widzi obniżony poziom rzek i jezior, wyschnięte stawy, czy strumyczki. Jednocześnie po drogach suną platformy transportujące ścięte drzewo. Przecież jak za chwilę zabraknie wody, to wszyscy to odczujemy. Nie tylko wrogowie państwa PIS.

Czyli jak widać, mimo że przez chorobę prawie zupełnie wyautowałam się z rzeczywistości, to niestety nie zupełnie, a tylko prawie zupełnie. I ten okruszek wystarczy by boleśnie odczuwać niemożność zrozumienia ludzi, z którymi zamieszkuję jedną przestrzeń. Wprawdzie zawsze uważałam, tak jak śpiewał Jacek Kleyff, że: nie fetysz granic mnie tu trzyma, lecz miejsca, a w tych miejscach przyjaźń, ale do tej pory byłam przynajmniej przekonana, że o ile trudno zrozumieć pojedyncze wybory, to całość da się ogarnąć patrząc na to, jak definiuje swój interes. Dlatego, nie dziwiło mnie wątłe poparcie dla „protestów obywatelskich”. Sądy źle działały, to że teraz działają gorzej ktoś musiałaby im dopiero powiedzieć, a docierające do tej grupy kanały informacyjne zostały zmonopolizowane, więc łatwo przyjmą wytłumaczenie, że to dlatego, że jeszcze nie zdążyli ich naprawić. Gwałtowne obniżenie poziomu edukacji z punktu widzenia suwerena, też nie jest czymś, z czego miałby być niezadowolony: szkoła przestała być takim stresem, a edukacja nigdy nie stała wysoko w hierarchii wartości (nie mylić z dostaniem świadectwa z czerwonym paskiem, a o to akurat teraz dużo łatwiej). A też i po co ten stres skoro zgodnie z ostatnimi ustaleniami, nawet ambasador nie musi znać języków, ani mieć wykształcenia. Zarżnięcia kultury wyższej nie dostrzegą, bo nigdy nie byli jej odbiorcami. itp. itd.

Wydawało mi się, że coś się jednak zmieniło i dzieje się dużo więcej niż przeciąganie prętem po klatce, tak by było słychać wycie „elit”. Za oknem drożyzna, bezrobocie, załamanie szpitalnej opieki zdrowotnej – a na ulicach cisza jak makiem zasiał. Podejrzewałam jednak lud o większą „reaktywność”.

Długo by o tym pisać. W każdym razie moim zdaniem, to co się dzieje za oknem bardziej przypomina chińską rewolucję kulturalną, niż lata powojenne. Komuniści po wojnie wymieniali ludzi, ale wbrew pozorom (i temu co mówili na głos), nie burzyli fundamentów.

A tak poza tym.

Na odcinku chorowania w tym tygodniu przeszłam na perukę.

Peruka peruką, ale po domu wygodniejsza jest czapka. Dostępne w sklepach czapeczki są wątpliwej urody, więc porzuciłam Kwiatuszek i zabrałam się za Chemochachapkę. Jak zwykle poległam na braku odpowiedniego przygotowania, stanęłam i tak do końca nie wiem co dalej.

Konsekwentnie natomiast przygotowuje kolejne albumy ze zdjęciami. Dwa już są wydrukowane, kolejne dwa będą pewnie gotowe w tym tygodniu.

Natomiast Mila zrobiła nam weekend. Ania upiekła kaczkę z jabłkami, w lodówce się nie mieściła, wystawiłam więc brytfannę przed drzwi, postawiłam na tym garnek z resztką rosołu i przytrzasnęłam otoczakiem. Rano Mila wyszła na spacer do ogrodu i po 15 minutach, po otworzeniu drzwi, nie było już ani kaczki, ani rosołku.

Podziw budzi to, że Mila tak zdjęła garnek z rosołkiem, że nie uroniła ani kropelki. Przez następne kilka godzin leżała i trawiła.

Po południu przeniosła się do kuchni i teraz leży koło misek czekając na swoją porcje papu. Jamniki są jednak niezniszczalne.

Na poboczu (HBO GO)

Główny bohater to minister, który balansując pomiędzy czyhającymi wokół wrogami (oczywiście z własnej partii) usiłuje utrzymać się w polityce przynajmniej na tym szczeblu drabinki na którym siedzi, cały czas mając w głowie to, że bycie ministrem nie jest szczytem jego ambicji zawodowych.

Dobrze zagrane. I krótkie, wszystkiego cztery odcinki

Homeland sezon 3

O tym samym, o czym były poprzednie odcinki. Czyli o dzielnych pracownikach CIA., którzy wprawdzie mają mnóstwo wad i których w większości trudno jest lubić, ale działają w słusznej sprawie.

Serial się tak dłużył, że przewijałam. I musiałam robić to tak często, że zaburzało to robienie na drutach. Słowem do bani.

Odzyskałam swoje notatki z SPQR. Niektóre są świetnie. Na przykład ta, o poprzedniku Glińskiego z czasów upadku Koryntu (połowa II pne).

Polibiusz, który przybył do Koryntu krótko po klęsce Greków, był zaszokowany na widok rzymskich żołnierzy używających odwrotnych stron drogocennych malowideł jako plansz do gier, przypuszczalnie za przyzwoleniem dowódcy. A niemal siedem wieków później wciąż jeszcze powtarzano sobie anegdotę o tym, jak nadzorując wysyłkę do kraju zagrabionych dzieł sztuki, Mummiusz zapowiedział kapitanom, że jeśli jakikolwiek przedmiot zostanie uszkodzony, będą musieli wymienić go na nowy.

Awaria

Za oknem mróz, w domu awaria Internetu. O tyle dziwne, że nie tylko u nas. W Choszczówce, czyli na drugim końcu miasta. też.

Dla mnie oznacza to tyle, że nie napiszę na blogu więcej niż kilka zdań i nie obejrzę kolejnych odcinków trzeciego sezonu Homeland.

Ciekawe, czym to się wszystko na skończy…. moim zdaniem słabsi jesteśmy niż za Gierka, a wtedy padliśmy na pysk jak pies Pluto (żeby było jasne, z tą słabością nie chodzi mi o PKB i parę innych danych z wydumanych tabelek Excela, ale o tzw. ogólny stan wszystkiego). Miałam o tym napisać, ale na komórce mi się nie chce.