Przeczytane 2021.2

5 x Arystokratki  Evžen Boček

Krótkie (na szczęście), satyryczne (chwilami, aż za bardzo) kolejne tomy serii o losach ostatnich potomków rodu Kostka, którzy, gdy rząd Czech zwrócił im zamek, postanowili do niego wrócić z USA i żyć z odwiedzających zamek turystów.

Nie zdziwię się, gdy nakręcą z tego serial, ma duże szanse być lepszy od tych książek, bo więcej w tym pomysłu niż literatury. Mnie od trzeciego tomu zaczęła ta opowieść nużyć, w zasadzie wszystkie kolejne grepsy to zmieniona kombinacja poprzednich. Lekko mnie też wk … bieganie głównej bohaterki do kościoła katolickiego i słuchanie rad księdza spowiednika.

O tej serii dowiedziałam się tu (jest tam na ten temat więcej niż kilka zdań). Będzie miała kolejne odcinki, ale już po nie nie sięgać nie zamierzam.

dobra książka

Pamiętam, że było gorąco Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba

Wywiad rzeka z Tadeuszem Konwickim.

Już po przeczytaniu na pierwszej stronie, odpowiedzi na takie sobie, mówiąc szczerze pytanie: Proszę powiedzieć, kiedy poczuł Pan, że chce być reżyserem.

TK: Nie pamiętam, dlatego przytoczę anegdotę wyczytaną u Władysława Kopalińskiego, którego znam od lat, bardzo szanuję i którego czasem okradam z różnych rzeczy. On, o dziwo, albo nie spostrzega moich złodziejstw, albo traktuje mnie ulgowo. Otóż, starego grenadiera napoleońskiego pytano kiedyś o wyprawę na Moskwę, w tym zimnie, mrozach, gigantycznych śniegach: „Jak tam było?”. A on mówi: „Nic nie pamiętam, ale pamiętam, że było gorąco”.

Wiedziałam, że książka musi być dobra.

Opowiedziana z dużym dystansem historia lat powojennych oczami warszawskiego inteligenta z wyższej półki i większych możliwości. Dla wszystkich, którzy jeszcze kojarzą tamte czasy, lub są nimi zainteresowani lektura obowiązkowa.

dobra książka

(Nie)dziennik) Jacek Poniedziałek

Nie)dziennik - Jacek Poniedziałek - Książka - Księgarnia internetowa  Bonito.pl

Dla bezpruderyjnych, nie mających potrzeby oceniania czytelników.

Zapis euforycznych, pijacko-seksualnych ciągów i tego jak z biegiem dni i lat, czując brzemię lat, autor od tego odchodzi.

W tle zapis doświadczeń i jego aktorskich przygód. I sporo ciekawych refleksji na temat czasów, w których przyszło nam żyć

Antonówki Sylwia Frołow

O kobietach Czechowa, tych mniej ważnych i bardziej ważnych kochankach, siostrze Maszy i żonie (o niej najmniej bo pojawiła się już pod koniec jego życia),

Jak się czyta o życiu Czechowa i jego kobiet, wszystko jest takie przewidywalne, jakby się już o tym wiedziało. W swoich sztukach zawarł klimat swojego życia, daleko nie sięgał.

Natomiast losy jego kuzynów (ani on, ani jego siostra dzieci nie mieli) to materiał na nieprawdopodobny film dokumentalny: tylko życie potrafi pisać takie scenariusze. Nikt by tego nie wymyślił. Ale o tym siłą rzeczy w tej książce dużo nie ma, to nie ich losy są jej tematem.

Podsumowując: książka ciekawa, ale czegoś jej brak. Może zasnuła ją mgła, tak typowa dla codziennej nudy Czechowa?

Maria Czubaszek. W coś trzeba wierzyć Violetta Ozminkowsky

Usłyszałam o tej książce w audycji Tomasza Stawiszyńskiego, tego samego wieczoru kupiłam i jednym ciągiem przeczytałam.

Czyli nie jest taka zła, skoro tak mnie wciągnęła.

Ale … autorka była blisko z Marią Czubaszek, jest blisko z Wojciechem Karolakiem. Za blisko, by napisać taką książkę. A jeżeli nawet, to powinna się za nią zabrać, gdy zejdą ze sceny główni aktorzy. A tak to dziesiątki pozaczynanych wątków, bez dalszego ciągu, bo autocenzura zjadła.

Słowem rozczarowanie.

Szczepiać się, czy nie ?

Moim zdaniem szczepiać się.

Sama jestem już zaszczepiona i to w dość niespodziewany sposób. Zgodnie z obowiązującą procedurą, powinnam zostać szczepiona przez Centrum Onkologii, tyle że Centrum ma „pod opieką” tak liczną grupę pacjentów (na ten moment ponad 14 tysięcy), że zaszczepienie w wyznaczonym w rozporządzeniu terminie (dwa tygodnie) przekracza ich możliwości kadrowe.

W tej sytuacji wzięłam zaświadczenie od leczącego mnie onkologa, w oparciu o które moja lekarka rodzinna wystawiła e-skierowanie, a mojej córce udało się mnie zapisać na listę rezerwową w punkcie szczepień w Pruszkowie.

W piątek o 10 rano zadzwonił telefon, że mam za godzinę stawić się na szczepienie. Byłam tak oszołomiona, że nie zapytałam jaką szczepionką (wszędzie trąbią, że rosną zapasy Astry Zeneki, bo ludzie masowo z niej rezygnują). Zadzwoniłam więc do siedzącego w tym temacie profesora biologii molekularnej, pytając co mam robić: czekać aż Centrum szczepi mnie Phizerem, czy brać Astra Zenekę. Powiedział, że szczepić się tym co dają, bo nie ważne czym będę szczepiona, ważne bym była jak najszybciej „po”. .

Pojechałam, szczepili mnie Pheizerem, 30 kwietnia mam drugie szczepienie.

Sam punkt szczepień znajduje się w szpitalu powiatowym i już z daleka pachnie prowizorką. Sekretariat szczepień to mały pokoik, w którym stoją dwa biurka, które zajmują tyle miejsca, że w zasadzie reszta to korytarzyk prowadzący do dwóch przeciwległych pokoi: lekarskiego i szczepień. W „przejściu” stoi jeszcze krzesełko „poczekalnia” dla osoby, która ma być za chwilę przyjęta do lekarza i trzy krzesełka na którym obserwowane są osoby właśnie zaszczepione. Tak naprawdę, to nie ma tam nawet miejsca na kosz do śmieci, wszyscy się o siebie potykają i nie ma mowy o zachowaniu jakiegokolwiek dystansu. Przemiły personel zarządza chaosem i stara się temu nadać jakąś strukturę, ale łatwo im nie jest. Tymczasem w odległej galaktyce, w Lądku, człowiek przychodzi do hangaru, ma swoje okienko czasowe i przesuwa się ruchem taśmy produkcyjnej.

Samo szczepienie przeszło u mnie bez echa, efektów ubocznych zero, nie licząc tego, że wieczorem pobolała mnie łapka. A kto, jak kto, ale ja po tej chemii odporności nie mam żadnej.

Gdziekolwiek nie spojrzę tam Covid. Córka moich przyjaciół, m.in. ze względu na chorobę ojca, dbała o siebie (praca zdalna, unikanie komunikacji miejskiej, spotkań itp.) i też złapała Covida. Miała zamiar go przechorować w domu, bo nic specjalnego się z nią nie działo, ale poszła do pulmonologa, który dał jej skierowanie do szpitala. Długo ją wozili zanim znaleźli dla niej miejsce, ale gdy już wylądowała w szpitalu, w dwa dni postawili na nogi i powiedzieli, że gdyby przyszła później różnie by się to mogło skończyć. Może nawet tak, jak z moim znajomym, który wylądował w szpitalu dopiero jak cały był w objawach i teraz walczy pod respiratorem o życie. Więc jeżeli nawet szczepionki nie tyle chronią przed zakażeniem, co zmniejszają prawdopodobieństwo ciężkiego przebiegu, moim zdaniem warto.

W zamieszaniu z Astrą Zeneka węszę walkę koncernów farmaceutycznych. Astra jako jedyna szczepionka sprzedawana jest po kosztach (ok. 4 euro). Wszystkie inne są dużo dużo droższe, więc nic dziwnego, że Astra jest solą w oku.

Poza tym, życie toczy się swoim rytmem. Przygotowałam Kaliningrad do druku,

napisałam testament, instrukcję obsługi wszystkiego i zabieram się za robienie albumów z lat 2005-2021.

Na spacerach podziwiam okoliczną pastelozę.

Wdycham lecący z kominów smród.

I przyglądam się z boku jak męczą się ci, co mnie na ten spacer wyprowadzają.

A do ogrodu zawitała nieśmiało wiosna i Łada przycięła mi część krzaczków (inne muszą jeszcze poczekać).

Na razie więcej do roboty na szczęście w ogrodzie nie ma.

WordPress się zmienia

WordPress się zmienia, nie mam ani sił, ani chęci (a też i czasu), by zgłębiać jakieś setki rzekomych możliwości, które mi udostępnił, ale z dotychczasowych doświadczeń wiem, że do niczego dobrego takie zmiany nie prowadzą. Dobrze gdy skończy się jedynie tym, że użytkownicy zostaną zmuszeni do zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń. Tyle, że choć nastawiona jestem do tego jak do jeża, dziś już reaguję na takie newsy spokojnie.

W tym tygodniu w zasadzie zakończyłam przygotowanie Kaliningradu do druku.

Wiem już, że najtańsza opcja to druk w drukarni (format A3 cięty po wydrukowaniu do A4). Może się uda nawet stargować do 40 gr od strony? Do 2020 roku wyszło 2041 stron, czyli w miękkiej okładce wyszłoby ok 1000-1100 za set. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że poza dwoma setami dla dzieci (w dodatku zaplanowanych w twardych okładkach), mam pięć najbliższych ciotek do obdarowania. Dlaczego jestem tak przywiązana do wersji analogowej? Bo to, że dziś możemy bez problemu odczytywać format PDF-u, nie oznacza, że ten format będzie dostępny i za 10 lat. Nie mówiąc już o nośnikach. A w chmury nie wierzę. Kiedyś padną. W tym tygodniu spaliła się mała serwerownia w Szwajcarii. Jak się spaliła mała, to pewnego dnia spali się i duża.

Przygotowanie Kaliningradu jest jednym z dwóch dużych zadań, jakie postanowiłam zrealizować. Drugie to albumy ze zdjęciami. Mam już zrobione do 2004 roku, z następnymi latami pójdzie szybciej, bo zdjęcia mam na dysku, nie trzeba ich skanować, obrabiać itp.

A tak poza tym życie się toczy tak jak gdyby nigdy nic i fart przeplata się z niefartem.

Mój synek zdał prawo jazdy. Troszeczkę go przeczołgali na placu manewrowym, a że za każdym razem przed egzaminem brał jazdy, jak na żółtodzioba jeździ całkiem pewnie. Problem w tym, że za bardzo nie ma czym. Błędnie założyliśmy, że autko po Michale jest w dobrym stanie.

Tymczasem, okazało się, że przez ostatni czas Michał nie dbał już o auto, nadrabiając miną na tak wielu frontach, na tym akurat sobie odpuścił. Nasz błąd, że nie wstawiliśmy go do warsztatu zanim nie zaczęliśmy nim jeździć. I teraz okazało się, że koszt naprawy przewyższa jego wartość. A moja Toyotka nadaje się jedynie do kręcenia się po okolicy.

I tak plan by jeszcze się gdzieś dalej ruszyć upadł, przynajmniej chwilowo.

Szkoda, bo ciągle jeszcze jestem w miarę „mobilna”, nawet chemia mnie nie ogranicza. Zamiast leżeć pod kroplówką w szpitalu, chodzę przez dwie doby z baniaczkiem, niczym bernardyn w Alpach. Muszę tylko pojechać do szpitala by mi „podłączyli”, a potem „odłączyli”.

Ruszyłam wiec z synkiem bardzo blisko, do znajdującego się na terenie mojej gminy ogrodu rzeźb Juana Soriano. Byłam już tam kiedyś z Gabi.

Historia tego parku jest ciekawsza, niż stojące w parku kamienne rzeźby. Fundatorem i kustoszem jest jego były partner, który stara się utrwalić pamięć o twórczości Juana Soriano. I całkiem dobre mu to idzie.

Jak nie mamy autka by gdzieś pojechać, pozostają nam z synkiem weekendowe uciechy stołu. Do tej pory rozpieszczał siostrzeńca, teraz gdy wnuk wyjechał przypomniał sobie o mnie.

W tym tygodniu były mule.

Nie ma już za mną Mili, Joanna ją zabrała do siebie, wychodząc z Joanną wyglądała na zadowoloną i stęsknioną za swoją mamą A.

No i jest jeszcze ogród …

Zaczęłam likwidować zimową stertę liści dla żyjątek wszelakich, ale wysiadłam kondycyjnie po spakowaniu jednego worka. Resztę musi zrobić mój synek, a nie wiem czy jest coś czego bardziej nie lubi robić, niż bawić się w ogród.

Przygotowując Kaliningrad do druku, gdy spojrzałam na fragment wpisu z 11 października: Od teraz mam zamiar wreszcie zacząć się cieszyć beztroskim życiem emeryta. Jest jeden warunek: muszę unikać lekarzy. przypomniałam sobie słowa Woody Allena: Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość. Chyba dopiero teraz naprawdę doszło do mnie, jak gorzka prawda jest zawarta w tym bon mocie Allena.

Remanent

Chciałabym bardzo napisać Remanent, chwilowo nieczynne. Ale tak proste to to nie jest.

Generalnie nie jest dobrze. Okazało się, że chemia, którą przez ostatnie dwa miesiące mnie truto, na mojego skorupiaka nie działa. Zamiast zatrzymania (a może nawet i lekkiego regresu?) mój skorupiak dzielnie sobie w tym czasie poczynał, zajmując kolejne, całkiem odległe od ogniska pierwotnego, przyczółki. Oznacza to między innymi tyle, że mam jeszcze mniej czasu niż myślałam.

Tymczasem z przygotowaniem Kaliningradu do druku jestem w tzw. lesie.

W tej sytuacji od środy siedzę wgapiona w monitor i tylko jedno mam w głowie – zakończyć jak najszybciej prace. Do tego czasu wszystko inne (druty, książki, blog, filmy), poszły w odstawkę. Inna sprawa, że wydrukowanie roczników bloga będzie sporo kosztować (sam druk, bez oprawy, to od 1,5 tys. do 3 tys., w zależności od rodzaju użytego papieru). Pomysł, by zrobić z tego analogowe pamiątki dla przyjaciół upadł. Chyba, że jest jakiś tańszy myk, o którym jeszcze nie wiem.

Z tym, że przeglądanie starych zapisków sprawia mi sporą frajdę. Ten wpis z 2011 roku tak mnie rozbawił, że wstawiłam go na Fejsa.

Od dłuższego czasu obserwuję gwałtownie rosnący poziom agresji, w kolejce, w pociągu. Ludzie coraz bardziej się nienawidzą, byle co wywołuje awanturę. Mam nawet pomysł na biznes – osiedlowe świetlice, gdzie przy wykorzystaniu techniki 3D, można by było pograć po pracy w grę „zabij go” – „przeciwnika” zgrywałoby się z nagranego w komórce filmu (z tym, że ponieważ wiadome środowiska prawdopodobnie oprotestowały by hasło „zabij go”, jako nawołujące do przestępstwa, można od razu wystartować z hasłem „nawróć go”).