10 listopada, jak co roku w przededniu Święta Niepodległości doroczne spotkanie ze studiów. Przyszło nas sporo, dopiero po trzech godzinach pojawił się „rodzynek”, czyli jedyny z nas który na nich głosował. A tymczasem rozmowy toczyły się o wszystkim, tylko nie o polityce i ostatnich wyborach. Co najwyżej jedno, dwa słowa zaświadczające, że mamy podobne zdanie. Ci co są już na emeryturach (powoli na nie odchodzimy) dalej pracują i dlatego jakoś wiążą koniec z końcem. Ale w nieskończoność tak się nie da. I co wtedy?
W sobotę dawno już zaplanowane spotkanie Kolacyjnego Klubu Dyskusyjnego, tym razem u mnie. Miało być nas coraz więcej, a tymczasem raptem po dwóch spotkaniach, było już o jedną mniej. Podyskutowałyśmy o ostatnich wydarzeniach, ale znalazłyśmy też czas by podyskutować – tak jak to było w planie – o Kieszonkowym Atlasie Kobiet. Jak zawsze Joanna trafnie podsumowała temat, wychodząc od postawienia pytania na ile Sylwia Chutnik ma wiedzę jak wygląda życie wykluczonych, a na ile jest to gra jej wyobraźni. Przykre to, ale wybrana przeze mnie książka podobała się tylko mnie, A myślałam że nie można nie być nią zachwyconą.
W niedzielę byłam na plenerze fotograficznym w Lesie Kabackim. Las wita taką tablicą:

Ale padał deszcz, nie było fajnie i chociaż dowiedziałam się co to jest bracketing, to mój aparat ma tę funkcję tak okrojoną, ze daleko nią nie pojadę. A szkoda.
Zaciekawiło mnie, skąd na środku leśnej polany brzozowa aleja. Za krótka, by była to pozostałość dawnej drogi.

Potem były Szarotki.
Miałam nie jeść, ale się obżerałam – po latach nieobecności znów przyszła Segrida i przyniosła przepyszne ciasto.
Ale nawet założenie kolorowej chusty, humoru nie poprawi. Podły czas.

Czy będzie tak jak jest, czy jeszcze gorzej?
Tomasz Raczek przypomniał na fejsie wiersz Szymborskiej: Terrorysta, on patrzy.
Bomba wybuchnie w barze trzynasta dwadzieścia.
Teraz mamy dopiero trzynastą szesnaście.
Niektórzy zdążą jeszcze wejść.
Niektórzy wyjść.
Terrorysta już przeszedł na drugą stronę ulicy.
Ta odległość go chroni od wszelkiego złego
no i widok jak w kinie:
Kobieta w żółtej kurtce, ona wchodzi.
Mężczyzna w ciemnych okularach, on wychodzi.
Chłopaki w dżinsach, oni rozmawiają.
Trzynasta siedemnaście i cztery sekundy.
Ten niższy to ma szczęście i wsiada na skuter,
a ten wyższy to wchodzi.
Trzynasta siedemnaście i czterdzieści sekund.
Dziewczyna, ona idzie z zieloną wstążką we włosach.
Tylko że ten autobus nagle ją zasłania.
Trzynasta osiemnaście.
Już nie ma dziewczyny.
Czy była taka głupia i weszła, czy nie,
to się zobaczy, jak będą wynosić.
Trzynasta dziewiętnaście.
Nikt jakoś nie wchodzi.
Za to jeszcze wychodzi jeden gruby łysy.
Ale tak, jakby szukał czegoś po kieszeniach i
o trzynastej dwadzieścia bez dziesięciu sekund
wraca po te swoje marne rękawiczki.
Jest trzynasta dwadzieścia.
Czas, jak on się wlecze.
Już chyba teraz.
Jeszcze nie teraz.
Tak, teraz.
Bomba, ona wybucha.