Ale to już było

Te same co wtedy piosenki, na które widownia reaguje w tych samych momentach. A podobno historia się nie powtarza. 

Słowem poczułam się znów młoda.

Z drugiej strony poczułam, że dorosłam do emerytury: zazdroszczę ciotkom, które już na niej są. Wprawdzie wymaga to przeorganizowania życia i zredukowania bazy, ale nagroda jaką jest czas, jest tego warta.

W tym tygodniu rusza kolejna edycja Scope100. Byłam przekonana, że do tegorocznej edycji zostali zakwalifikowani wszyscy uczestnicy zeszłorocznego Scope50. Tymczasem do udziału zaproszono tylko tych najbardziej aktywnych i takich jak ja, którzy „robią” odpowiednią statystykę – może w tym roku jest więcej osób 50+, w zeszłym byłam jedyną. Filmy ciekawe i co ważne, w tym roku wszystkie mają angielskie napisy.

W kinach sporo dobrych filmów, ale jakoś mi do tych kin było nie po drodze. A jak już poszłam, to na taki, na który nie koniecznie było warto.

 

W jakimś dziwnym miejscu, którego nie ma na mapie, żyją dwie kobiety, które łączy bardzo skomplikowana relacja, z elementami sado-macho. Jedna z nich bada życie motyli i co jakiś czas bierze udział w spotkaniach na ten temat – uczestniczą w nich same kobiety, bo mężczyźni w tym filmie nie występują.

Film o niczym. Tyle, że ma kilka zapadających w oko, wystylizowanych ujęć.  

Moje życie w anegdocie  

Mężczyźni i ich polityczny realizm

Działo się to dawno temu w latach siedemdziesiątych. Wakacje w Dębkach, piękna pogoda, nikt z nas nie chciał wracać do domu, ale powoli kończyły się pieniądze i głód zaglądał nam w oczy. I wtedy ktoś nam powiedział, że w knajpie (w tamtych czasach w Dębkach była jedna knajpa) przesiaduje pan, który za to, że się będzie słuchać jego opowieści, jest gotowy karmić, a nawet postawić piwo. Cena nie wydawała się wygórowana i razem z innymi zaczęliśmy uczęszczać na jego wykłady. A były one oczywiście o Polsce, o tym jaka ona wielka, jak trzeba o nią dbać i ją kochać itp. Sedno tkwiło w tym, że według tego pana utraciliśmy suwerenność, gdy oparliśmy armię o ropę, której nie mamy. Tymczasem powinniśmy pozostać przy koniach, bo siana mamy w bród. Żeby nie być gołosłownym, przeprowadzał na serwetkach wyliczenia, stanowiące dowód, że całe to gadanie o wyższości wojsk pancernych nad ułanami, to propaganda. Był w tym tak sugestywny, że do dziś gdy widzę polityka, który usiłuje mnie przekonać do swojej wizji, zamykam oczy i widzę tamtego ułana z Dębek,  który szczęśliwy, że wreszcie ma słuchaczy, pewny swoich racji prowadzi wykład.

 Z poradnika wk …. konsumentki 

Przez dwa dni na czele PKP stał jeden pan, który potem zrezygnował, bo mu wytknęli, że był TW. Ale ja nie o tym. 

Był przedstawiany jako fachowiec – nawet Wyborcza tak o nim napisała. Za jego największy sukces uznano zarządzanie Kolejami Mazowieckimi i wyrażano nadzieję, że to, że tak dobrze sobie poradził z nimi, daje nadzieję, że poradzi sobie i z PKP. 

Jeżeli to jest tak, że Koleje Mazowieckie stanowią przykład sukcesu, to Polska jest rzeczywiście w ruinie. 

 

403

Wszystko co lśni Eleanor Catton


I za co ten Booker?

Najmłodsza laureatka, najgrubsza książka. I to by było na tyle z tym „naj”, bo na pewno nie i „najlepsza”.

Pełne wdzięku powieścidło. Nowa Zelandia, druga połowa XIX wieku. Do miasteczka Hokitika przypływa młody Anglik, Walter Moody. Tak jak i inni chce wzbogacić się poszukując złota. Zaraz po przyjeździe, przez przypadek, uczestniczy w spotkaniu 12-mężczyzn którzy zebrali się by omówić wydarzenia, które wstrząsnęły tym małym miasteczkiem. Słuchając snutych na tym spotkaniu opowieści, powoli poznajemy mieszkańców Hokitika.

Ciekawe postacie, wciągające historie, uroczy, przypominające stare westerny klimat, ale … to wszystko można było opowiedzieć na 400 stronach, nie 900. 


Wanna z Kolumnadą Filip Springer


 

Temat – obecna gdzie okiem nie sięgnąć, atakująca z każdego rogu ulicy brzydota, mega ważny. Ale mam wrażenie, że autora przygniótł: jest dla niego zbyt ważny i przejmujący, bo opowiedział go  bez wdzięku jaki miała jego Miedzianka-historia znikania, czy budzącego zaciekawienie zamknięta w popularnym warszawskim blokowisku historią, opowiedziana w Zaczynie. O Zofii i Oskarze Hansenach.

Książka Wanna z kolumnadą to krzyk rozpaczy. Rozumiem autora, bo jak jadę autem przez Polskę, to staram się nie podnosić głowy z nad czytnika, czy drutów – oczy bolą gdy patrzy się na ten zapaskudzony betonowymi koszmarkami krajobraz. Ale za dużo w tej książce publicystyki przypominającej stukot kolejowych kół: jest źle, jest tragicznie. Z drugiej strony wystarczy zamknąć oczy i zwizualizować sobie dowolny hotel Gołębiowskiego … 


Skończyłam I tom Antologii (co oznacza, że przynajmniej jedno z tegorocznych wyzwań udało mi się zrealizować).


Końcowe reportaże, już z czasow realnego socjalizmu, nie były już dla mnie takie ciekawe (już nawet mir chce mi się w tym ostatnim odcinku omówić). Na szczęście, gdy już przestałam wierzyć, że uda mi się jeszcze natknąć na coś ciekawego, dotarłam do ostatniego, w którym Wiesław Gornicki opowiedzial o blackoucie na Zachodnim Wybrzeżu w 1965 roku. Nawet bez grabieży i rozrób jakie towarzyszyły późniejszym blackotom, rozmiar chaosu robi wrażenie. Po przeczytaniu, warto zamknąć  oczy i wyobrazić sobie wyłączenie sieci na jakimś większym obszarze. To będzie się działo. 

Za chwilę z czasem

może będzie lepiej, ale teraz rozpaczliwie mi go brakuje.

Z rzeczy przyjemnych, dzięki Kasi.Eire byłam w Klubie Komediowym na Musicalu Improwizowanym

Bardzo śmieszna i interesująca kulturalna przygoda.

Klub Komediowy, to piwnica pod knajpą na Placu Zbawiciela, w której organizowane są różne imprezy i przedstawienia. Wprawdzie na widowni siedzą hipsterzy, a nie ich matki, ale że nie byłam sama, zupełnie mi to nie przeszkadzało.

Idea Musicalu Improwizowanego jest taka, że na zadany z widowni temat, trupa artystów improwizuje, podśpiewując i grając ocierające się o  pure nonsens scenki. Przedstawienie w tym kształcie grane jest tylko raz, nie ma więc możliwości by obejrzeć je ponownie. Jak o tym usłyszałam, uznałam to za reklamową ściemę, ale Milena, która obejrzała już kilka ich występów potwierdziła, że z każdym razem gdy ich ogląda, jest inaczej.

Biorąc poprawkę na to, że jest to improwizacja, są nieźli. Bilety też nie są drogie – 30 zł. 

A w niedzielę były Szarotkowe Mikołajki:


Dostałam kłębek włóczki i cudowną zielona żabę (jak się ciągnie za ucho, robi za miarkę)

Mój wnuk, narysował swój „land”. Jest to miejsce, gdzie jedzie się na wakacje gdy jest się smutnym. Jest tam bardzo ciepło, „one hundred eight million fifty eight ciepło”. Woda jest gorąca i płytka, tak że dzieci mogą daleko wchodzić. Niebieskie niebo, plaża …


Wnuk nie wie, że jego wujek już od kilku miesięcy syci oko takimi widokami i nic nie wskazuje, by mu się to zaczęło nudzić

Przypadek, że mają tak samo na imię?

404

Listopad – niebezpieczna dla Polaków pora. W poniedziałek moja córka weszła na krzesło i spadła, łamiąc palce u nóg. W czwartek moja mama weszła na krzesło i spadła, łamiąc bark. Więc jak w piątek przypomniałam sobie, że na zimę gacę drzwi kotarą, poprosiłam Joannę by byla obok. 


Zbliża się koniec roku, pojawiają się pierwsze podsumowania –  NYT opublikował listę 100 najciekawszych ksiażek tego roku. Tymczasem ja, na swoim podwórku widzę, że tak marnego roku dawno nie miałam. Wprawdzie oczekiwanie na koniec świata, siłą rzeczy jest mało produktywne – kobiety w Melancholii Triera też większość czasu spędzały patrząc w stronę zbliżającej się planety – ale ten brak małych sukcesików, do których byłam tak przywiązana, dobija.  

Co z tego, ze staram się trzymać rytm, gdy rzeczywistość przygniata, dosłownie z każdego kąta, z każdej rozmowy, straszy polityka. Na Andrzejkach też wróżby poszły w kąt i królował temat „co to będzie, co to będzie”. Tylko żarcia było tyle co zawsze – tradycyjnie zrobiłam moją popisową sałatkę z buraków (mix gotowanych i marynowanych, jabłka, słodka  cebula, a do tego orzechy, migdały,pestki granata i balsamiczna glazura).

 

Przygotowałam tyle, że żadna z kilkunastu zaproszonych ciotek nie wyszłaby głodna, ale one tyle tego przyniosły, że teraz mam wypakowany zamrażalnik i do świat będę weekendowo ucztować.

Kurs fotografii na nic sie na razie nie przydał. Zdjęcia bez lapy błyskowej (prymat światła zastanego) są jeszcze gorsze niż zwykle. Ale jako pamiątka miłego wieczoru, wystarczą.



Pomyślałam o zrobieniu ładniejszej czapki, przejrzałam domowy magazyn, w którym zalegają kilogramy wełny, i jak łatwo można się domyślić, niczego odpowiedniego nie znalazłam. Kupuję wełnę na konkretny projekt, jak coś pójdzie nie tak, tracę do tego serce i nie umiem tego wykorzystać w inny sposób i zapasy rosną.

Między innymi:  

Z tej miał być sweter, ale po zrobieniu tyłu stało się jasne, że nie ma sensu robić dalej, bo w takiej szmatce (wełna jest wyjątkowo kiepska), chodzić nie bedę:


Z tej miała być kamizelka, ale kłębki z jednego opakowania miały dwa różne odcienie. Potem miałam jeszcze pomysł na żakard – widok miasta, ale wzoru nie mam, czasu by wymyśleć, też.

:

Z tego miał być piękny szal, ale z tego brązu nic pięknego wyjść nie może (czasem tak bywa, jak się kupuje wełnę w necie).

To jedyna wełna, która by się nadawała na czapki, ale jak „napocznę” ten zbiór, to zabraknie na planowane coś techniką modular knitting:

Zamówię więc wełnę i wrócę do chusty. Trochę mi podcięło skrzydła, jak zobaczyłam jak mało zrobiłam:

Przez chwilę myślałam, że to co zostanie wykorzystam do zrobienia czapki, ale chociaż plan jest taki, by brązowa chusta była mniejsza niż ta niebieska, to wełny raczej nie zostanie, jestem dokładnie w „połowie”. 

Byłam na Steve Jobsie

 

Bardzo fajny film.

Reżyser miał taki pomysł, by opowiedzieć o Jobsie, pokazując trzy przełomowe momenty w jego życiu: prezentację Macintosha, Nexta i Ipada. Za każdym razem obowiązuje konwencja wielkiego show, a my obserwujemy co dzieje się za kulisami, gdzie Jobs w swojej garderobie przeprowadza rozmowy z ważnymi w jego życiu osobami.

Dobrze napisane dialogi, całkiem sprawnie zapleciona historia. Z tym, że jeżeli chodzi o samego Jobsa, to po obejrzeniu tego filmu mam więcej pytań, niż odpowiedzi. Z filmu wynika, że współpracownicy, których gnębił i mobbował, byli mądrzejsi od niego.  Sam mówił o sobie jako o genialnym dyrygencie, ale na filmie też nie widać, na czym to miałoby polegać. Bo dobry dyrygent, to coś więcej niż upór i konsekwencja. 

W tym tygodniu miałam w planie jeszcze jeden film: W objęciach węża, ale nie było biletów (dziwne, środek tygodnia, godz. 18, Kinoteka).