Mam doła. Wyczerpała się moja gotowość do bycia bezdomną. W dużej części pewnie dlatego, że przygniata mnie moja remontowa samotność. Budowlańcy powoli kończą swoją robotę, nadchodzi czas na ostateczne decyzje co do wykończenia, a ja w kropce.
To co jest w sklepach to niby jest, a tak naprawdę jakby tego nie było. A jak już jest, to za zupełnie inną cenę. Utknęłam na podłogach na parterze – do uzgodnionego koloru schodów i drzwi, nie umiałam spasować, podłóg salonu, kuchni, łazienek i „mojej części” parteru (w dodatku miałam z tyłu głowy, że będę to jeszcze potem musiała zgrać z kaflami w łazience i szafkami kuchennymi). Wszystko przez to, że cienko z wyobraźnią: o ile z jednym pomieszczeniem z trudem, ale jeszcze mi wychodziło, zlepienie tego w całość mnie przerasło. W końcu poszłam na łatwiznę i niczym eureka krzyknęłam: dąb w klasycznym kolorze. Chwilowo się tego trzymam, bo wiem ile czasu zajęło mi dojście do tego punktu. Tyle, że przeszłam tylko do następnego pokoju. teraz osiołkuję: drewno/panele/gres drewnopodony. A to dopiero początek …
W tym tygodniu robiłam w Otwocku za dog-sitter, nagrodą był dom do własnej dyspozycji. Plany jak zawsze w takich sytuacjach miałam, że ho, ho, a wyszło tak jak zawsze. W dodatku rozwaliłam nogę i byłam skazana na siedzenie na kanapie.

Ale przynajmniej skończyłam Funchal mobieusa. Muszę go jeszcze zszyć, ale przedtem zblokować, a tego nie mam gdzie zrobić.
Mam jeszcze na drutach kardigan z Holsta, ale jest z nim problem – tej roboty nie można ze sobą nosić w torebce. A takie teraz preferuję (z Funchalem chodziłam na wszystkie spotkania i odczyty)

Myślę o dużej obszernej kamizelce z tym wzorem (na zdjęciu szal z Szarotek). ale ten sam problem co ze swetrem – ta robótka tez szybko przestała by się mieścić w torebce.

A na robótkę w rozmiarze „do torebki” pomysłu nie mam.
Ella i John

Czuję lekki przesyt podkoloryzowanymi smętami wymuszającymi łzy wzruszenia nad trudem odchodzenia. Tym razem ona w terminalnej fazie raka i on oraz bardziej w objęciach Alzheimera uciekają dzieciom, które chcą się nimi zaopiekować w „tradycyjny” sposób, wsiadają w camper i jadą przez Stany śladami dawnych wędrówek.
Oderwana od realiów, miła w oglądaniu bajka. Ratuje ją mistrzowski popis gry aktorskiej: Helen Miren i Donal Sutherland w swojej najlepszej formie. Oraz, co charakterystyczne dla amerykańskich filmów, z tej półki : sporo celnych obserwacji i dobrych dialogów.
dobry serial
Olive Kitteridge – HBO GO

Serial, który ma n-sezonów z góry mnie do siebie uprzedza. Z jednej strony nie mam żadnych złudzeń, że jedynie pierwszy i drugi sezon będzie się nadawał do oglądania, z drugiej strony jest też tak, że chociaż z odcinka na odcinek tracę nadzieję, że coś jeszcze ciekawego się tam jeszcze wydarzy, tracę czas na oglądanie kolejnych.
Z tego punktu widzenia miniserial Olive Kitteridge jest idealny: cztery odcinki, ekranizacja książki Elizabeth Strout, zero szans na kontynuację.
W roli głównej Frances McDormand, chodzący po ekranie dowód na to, ze nie trzeba być piękna by zdobyć aktorską sławę. Opowieść o życiu nauczycielki z małego nadmorskiego miasteczka, kilkadziesiąt lat, gdy ja poznajemy jej syn jest krnąbrnym podlotkiem, na koniec filmu, po raz kolejny układającym sobie życie facetem po przejściach.
Cudowny snuj na długi wieczór.
dobry serial
Opowieści podręcznej HBO GO

Książka mi się bardziej podobała. Jest bardziej zwarta, nie zatrzymuje się na postaciach drugiego planu, więcej mówi o głównych bohaterach. Ale serial też jest dobry. Jeszcze kilka lat temu uznałabym ten film za wytwór chorej wyobraźni. Dziś potrafię sobie wyobrazić, że dzięki sfingowanym zamachom dorwą się do władzy chrześcijańscy fundamentaliści i urządzą bliźnim – tak jak na tym filmie – piekło na ziemi.
Pierwszy sezon kończy się tak jak i książka. Jest już drugi sezon.Niewykluczone, ze i trzeci i następny. Rozmyje to wrażenie, jakie robi lektura powieści Margaret Atwood.

























