Lampy, lampeczki, lampusie

Panele ledowe są teraz wszędzie, w każdym sklepie. W Leroy Merlin kosztują 2/3 tego co w Ikei, w innych sklepach sporo drożej. Czym się różnią nie wiem. Kupiłam w Ikei, bo zawsze były tam dobre żarówki, podobno mają mnie przeżyć, ale aż takiego zaufania do ich długowieczności, jak zapewnia producent,  nie mam.

Tak modne obecnie reflektorki zaplanowałam jedynie do oświetlenia krużganków brwinowskich. Na suficie widocznego z parteru korytarza będzie szyna z reflektorkami z Ikei.

W sypialniach na górze odstąpiłam od technicznego oświetlenia. W jednej postawiłam na klasykę:

Ponieważ przy takich lamach może i łatwo o nastrój, ale czyta się gorzej, ze ściany nad łóżkiem będą dodatkowo wystawały  lampki do czytania, typu snake.

W pokoju wnuka postawiłam na kolor i zamówiłam lampę typu Pająk (gender, genderem, ale układając kolory zrezygnowałam nie tylko z białego, czarnego, szarego ale i  pomarańczowego i różowego).

W jego pokoju są jeszcze dwa kinkiety. Jeszcze się zastanawiam, czy kupić dwie takie

czy tylko jedną białą lampkę i taki zielony komplet (kinkiet + lampka na stół).

A może nawet dwa kinkiety, bo ładnie się dublują.

W swojej części, tzw. Hobbitonie,  mam zamiar wykorzystać trochę swoich starych lamp w tym moje witrażowe cudeńka, na czele z tą:

Z sufitu zwisać będzie moje jeszcze jedno „stare” Tiffany (szukałam dobrego zdjęcia, ale nie znalazłam). Tu też będą zmiany, m.in. postanowiłam pomalować na biało bambusową lampę z Ikei.

I zaszalałam kupując w Black Friday  do swojej sypialni wielofunkcyjny kinkiecik:

Własna twórczość to zwisający z dachu żyrandol nad stołem w jadalni. Lampa będzie składana: trzy przydymione szklane klosze z Ikei złączone w jeden pałąk. 

 które będą wisieć na kablach, oprawkach i zawieszkach i innych niezbędnych częściach zakupionych w Bylight.

To co mi się sprawdziło, to tzw. planowanie wynikowe. Nie zaplanowałam oświetlenia w kotłowni  wiatrołapie, czy garderobie – uznałam, że powieszę tam „odrzuty”. I tak w kotłowni wylądował paskudy plastikowy plafon, a w wiatrołapie kinkiet z brzydkim denkiem. Do garderoby kupię chyba reflektorki, bo nic ciekawszego nie widzę:

Na schody kupię kinkiet z zakrytym denkiem, optuję za tym, wolałabym coś większego, tylko nigdzie nic takiego nie mogę znaleźć.

Zaznaczyłam, że kinkiet Philips Gainsboro jest z aluminium, bo kupiłam go po odebraniu bolesnej kolejnej lekcji: nie warto patrzeć na zdjęcie, tylko na materiał z którego lampka jest wykonana. Kupiony z myślą o łazience plafon na zdjęciu wyglądał obiecująco, a po rozpakowaniu okazało się, że  plastikowa srebrna otoczka jest tak brzydka, że lampa nadaje się tylko do kotłowni. 

Plafony przynajmniej zawsze można powiesić, tam gdzie były  planowane, wystarczy że wystają ze ściany kable. Z lampkami ściennymi typu „oczka”  już tak łatwo nie jest, bo mają bardzo różne wymagania. Przekonałam się o tym po tym, jak  kupiłam bardzo ładne (nie tylko na zdjęciu) oczka, które –  na co nie zwróciłam uwagi –  mają bardzo długi, wkładany do ściany, trzpień.

Miałam do wyboru: albo w miejscu gdzie miały być zamontowane obniżyć sufit dodając listwę, albo dać sobie spokój. Wybrałam to drugie. Na koniec dwie lampki zamontowane zostały w toalecie pod schodami, a jedna „została” bez przydziału. Z kolei lampki ścienne typu oczka, które mają małe trzpienie, zazwyczaj dają mało światła. Dlatego musiałam zrezygnować z trzech lampek, typu oczka, bo tak ładne by cieszyć oko swoją urodą nie były, a światła dawały symbolicznie.

Po tych wyżej opisanych wyżej netowych porażkach zakupowych, natknęłam się w Leroy Merlin na reflektorek cudownej urody: Philips Afzelia

Chyba nie tylko mnie się spodobał: w Jankach na półce był tylko jeden, a na infolinii Leroy Merlin dowiedziałam się, że jest to towar „wyprzedażowy” i nie ma go już ujętego w zestawieniach magazynowych. Z kolei w prywatnych sklepach, pomijając to, że kosztował dużo drożej, był tylko na zamówienie … Na szczęście dobrej duszyczce, która pomaga mi na finiszu, udało się upolować trzy reflektorki w Piasecznie i pan wykończeniowiec nie musiał czekać Z tym, że też nie jest tak, że lampka spełnia wszystkie wymagania: śrubka do montażu jest z boku i tym samym nie ma żadnych szans, by reflektorek obsadzić głębiej w suficie. Pocieszać się można tym, że dystans pomiędzy denkiem a sufitem jest bardzo mały. Tyle, że nic nie stało na przeszkodzie, by śrubkę do mocowania umieścić wewnątrz obudowy, obok żarówki. 

Do lampki Philips Afzelia dodałam kwadratowy plafon (też aluminiowy) i w ten sposób „odfajkowałam” kolejną łazienkę (też nie wiadomo dlaczego nie pomyśleli o białej śrubce. taka mała rzecz, a jak cieszyłaby oko).

Ponieważ plafonów łazienkowych miałam już dosyć, do kolejnej łazienki kupiłam, po upewnieniu się, że długość kabla można dowolnie regulować, sufitowe lampy-kule.

 i dwa, tak samo chromowato błyszczące, kinkiety do powieszenia nad dużym, długim lustrem.

Na zdjęciu się najlepiej nie prezentuje, ale zapewniono mnie, że będzie pasować do łazienkowych kul. Lampka Philips Afzelia nie ma przynajmniej pretensji do bycia lampeczką z „wyższej półki”, tak jak lampka Cleoni, która ma ten sam błąd konstrukcyjny i w dodatku dużo więcej odstaje od sufitu, odsłaniając mało estetyczną „elektrykę”. 

Jeszcze nie wiadomo, czy zmieniony zostanie sposób mocowania oprawki, czy dodana będzie osłonka z metalowego paska pomalowanego na ten sam kolor co lampka. A te wszystkie utrudnienia, tylko dlatego, ze lampki Cleoni są z ceramiki i można je pomalować na dowolny kolor (w moim przypadku będą pomalowane w kolorze belki na której wiszą). W kuchni, poza lampkami Cleoni, będą jeszcze lampki pod szafkami (12V), oświetlenie w okapie, ale  zastanawiam się czy na blacie kuchennym nie postawić dodatkowej lampy, tak mi się ona podoba.

To jest bardzo mądra lampa jest sterowana na pilota: zimno-ciepło i jasno-ciemno i pasowałaby do trzech kupionych już przeze nie paneli ledowych, na ścianę nad jadalnią (30 x 90), do salonu (60 x 60) i w korytarzu (30 x 30).

Panele ledowe są teraz wszędzie, w każdym sklepie. W Leroy Merlin kosztują 2/3 tego co w Ikei, w innych sklepach sporo drożej. Czym się różnią nie wiem. Kupiłam w Ikei, bo zawsze były tam dobre żarówki, podobno mają mnie przeżyć, ale aż takiego zaufania do ich długowieczności, jak zapewnia producent,  nie mam.

Tak modne obecnie reflektorki zaplanowałam jedynie do oświetlenia krużganków brwinowskich. Na suficie widocznego z parteru korytarza będzie szyna z reflektorkami z Ikei.

W sypialniach na górze odstąpiłam od technicznego oświetlenia. W jednej postawiłam na klasykę:

Ponieważ przy takich lamach może i łatwo o nastrój, ale czyta się gorzej, ze ściany nad łóżkiem będą dodatkowo wystawały  lampki do czytania, typu snake.

W pokoju wnuka postawiłam na kolor i zamówiłam lampę typu Pająk (gender, genderem, ale układając kolory zrezygnowałam nie tylko z białego, czarnego, szarego ale i  pomarańczowego i różowego).

W jego pokoju są jeszcze dwa kinkiety. Jeszcze się zastanawiam, czy kupić dwie takie

czy tylko jedną białą lampkę i taki zielony komplet (kinkiet + lampka na stół).

A może nawet dwa kinkiety, bo ładnie się dublują.

W swojej części, tzw. Hobbitonie,  mam zamiar wykorzystać trochę swoich starych lamp w tym moje witrażowe cudeńka, na czele z tą:

Z sufitu zwisać będzie moje jeszcze jedno „stare” Tiffany (szukałam dobrego zdjęcia, ale nie znalazłam). Tu też będą zmiany, m.in. postanowiłam pomalować na biało bambusową lampę z Ikei.

I zaszalałam kupując w Black Friday  do swojej sypialni wielofunkcyjny kinkiecik:

Własna twórczość to zwisający z dachu żyrandol nad stołem w jadalni. Lampa będzie składana: trzy przydymione szklane klosze z Ikei złączone w jeden pałąk. 

 które będą wisieć na kablach, oprawkach i zawieszkach i innych niezbędnych częściach zakupionych w Bylight.

To co mi się sprawdziło, to tzw. planowanie wynikowe. Nie zaplanowałam oświetlenia w kotłowni  wiatrołapie, czy garderobie – uznałam, że powieszę tam „odrzuty”. I tak w kotłowni wylądował paskudy plastikowy plafon, a w wiatrołapie kinkiet z brzydkim denkiem. Do garderoby kupię chyba reflektorki, bo nic ciekawszego nie widzę:

Przede wszystkim lampy dzielą się na:

  • Prawdziwe lampy, które składają się z obudowy i z wymienialnej żarówki. Grupę można dalej dzielić na podgrupy (żarówki, oprawki itp.), ale z punktu widzenia użytkownika najważniejszy jest podział na lampy, w których producent przewidział możliwość włożenia mocnej żarówki, i na takie, w których max moc żarówki jest z góry określona i zazwyczaj nie jest ona zbyt wysoka.
  • Świecące przedmioty, z wymienialnym źródłem światła, przy czym ta „wymienialność” jest mocno umowna. Kupując tego typu lampki należy mieć na uwadze, że szansa na kupienie żarówki ledowej pasującą do kilkuletniej „lampki” jest bliska zeru.
  • Świecące przedmioty, z niewymienialnym źródłem światła. W zamian, w opisie technicznym obiecane jest 20, czasami 25 letnie bezawaryjne świecenie takiego ledowego cudu.

Problem w tym, że w zasadzie większość lamp na rynku to lampy ledowe, pewnie chodzi o to, by tak jak w przypadku sprzętu AGD, gdy przestana świecić, kupić nowe, a nie wymieniać  żarówkę. Oferta na rynku nie powala.   W marketach budowlanych, wszystko na jedno kopyto. To, że w Leroy Merlin, są też krótkie serie lampek zahaczających o średnią półkę, niewiele tu zmienia. W sklepach internetowych jest wprawdzie zdecydowanie lepszy wybór, ale jeżeli tylko coś wyrasta ponad poziom marketu, od razu jest dużo droższe. W dodatku na zwrot często dają tylko 14 dni, a pan elektryk potrafi wydać druzgocąca opinię dopiero po upływie tego czasu. Z kolei sklepy naziemne, jak tylko mają trochę inny asortyment, kreują się na nastawione na wypasionego klienta „salony”. W Wwie największy wybór jest chyba w Centrum Światła na Bartyckiej, ale też nie wszystkie lampki można „pomacać”, tak by po upewnieniu się, że pasują, wrócić do domu i kupić po niższej cenie.

Generalnie ten przydługi wstęp był, po to, by podkreślić, że nie było łatwo. Na wstępie opracowałam nierealny, bo bez właściwego „zgłębienia tematu” plan zakupów. Np. nie zdawałam sobie sprawy, że podstawowym pytaniem przy małych lampkach jest to, czy lampka jest na 12 V czy 230 V. Na przykład  taka aluminiowa oprawka schodowa Britop kosztuje 45 zł, a wersja 230 v, którą kupiłam bo nikt mi nie powiedział, że takiej nie potrzebuję, dwa razy tyle. 

Do lampek Britop udało mi się spasować wiszący też na ścianie schodów, tyle że wyżej, aluminiowy kinkiet Philips Gainsboro (jest teraz również i w ofercie Leroy Merlin).

Jego buźka idealnie pasowała do lampek schodowych, ale już po powieszeniu okazało się, że kinkiet nie nadaje się na schody, bo gdy idzie się po schodach do góry, odsłania brzydkie elektyczne „bebeszki” i dlatego wyląduje w wiatrołapie.

Na schody kupię kinkiet z zakrytym denkiem, optuję za tym, wolałabym coś większego, tylko nigdzie nic takiego nie mogę znaleźć.

Zaznaczyłam, że kinkiet Philips Gainsboro jest z aluminium, bo kupiłam go po odebraniu bolesnej kolejnej lekcji: nie warto patrzeć na zdjęcie, tylko na materiał z którego lampka jest wykonana. Kupiony z myślą o łazience plafon na zdjęciu wyglądał obiecująco, a po rozpakowaniu okazało się, że  plastikowa srebrna otoczka jest tak brzydka, że lampa nadaje się tylko do kotłowni. 

Plafony przynajmniej zawsze można powiesić, tam gdzie były  planowane, wystarczy że wystają ze ściany kable. Z lampkami ściennymi typu „oczka”  już tak łatwo nie jest, bo mają bardzo różne wymagania. Przekonałam się o tym po tym, jak  kupiłam bardzo ładne (nie tylko na zdjęciu) oczka, które –  na co nie zwróciłam uwagi –  mają bardzo długi, wkładany do ściany, trzpień.

Miałam do wyboru: albo w miejscu gdzie miały być zamontowane obniżyć sufit dodając listwę, albo dać sobie spokój. Wybrałam to drugie. Na koniec dwie lampki zamontowane zostały w toalecie pod schodami, a jedna „została” bez przydziału. Z kolei lampki ścienne typu oczka, które mają małe trzpienie, zazwyczaj dają mało światła. Dlatego musiałam zrezygnować z trzech lampek, typu oczka, bo tak ładne by cieszyć oko swoją urodą nie były, a światła dawały symbolicznie.

Po tych wyżej opisanych wyżej netowych porażkach zakupowych, natknęłam się w Leroy Merlin na reflektorek cudownej urody: Philips Afzelia

Chyba nie tylko mnie się spodobał: w Jankach na półce był tylko jeden, a na infolinii Leroy Merlin dowiedziałam się, że jest to towar „wyprzedażowy” i nie ma go już ujętego w zestawieniach magazynowych. Z kolei w prywatnych sklepach, pomijając to, że kosztował dużo drożej, był tylko na zamówienie … Na szczęście dobrej duszyczce, która pomaga mi na finiszu, udało się upolować trzy reflektorki w Piasecznie i pan wykończeniowiec nie musiał czekać Z tym, że też nie jest tak, że lampka spełnia wszystkie wymagania: śrubka do montażu jest z boku i tym samym nie ma żadnych szans, by reflektorek obsadzić głębiej w suficie. Pocieszać się można tym, że dystans pomiędzy denkiem a sufitem jest bardzo mały. Tyle, że nic nie stało na przeszkodzie, by śrubkę do mocowania umieścić wewnątrz obudowy, obok żarówki. 

Do lampki Philips Afzelia dodałam kwadratowy plafon (też aluminiowy) i w ten sposób „odfajkowałam” kolejną łazienkę (też nie wiadomo dlaczego nie pomyśleli o białej śrubce. taka mała rzecz, a jak cieszyłaby oko).

Ponieważ plafonów łazienkowych miałam już dosyć, do kolejnej łazienki kupiłam, po upewnieniu się, że długość kabla można dowolnie regulować, sufitowe lampy-kule.

 i dwa, tak samo chromowato błyszczące, kinkiety do powieszenia nad dużym, długim lustrem.

Na zdjęciu się najlepiej nie prezentuje, ale zapewniono mnie, że będzie pasować do łazienkowych kul. Lampka Philips Afzelia nie ma przynajmniej pretensji do bycia lampeczką z „wyższej półki”, tak jak lampka Cleoni, która ma ten sam błąd konstrukcyjny i w dodatku dużo więcej odstaje od sufitu, odsłaniając mało estetyczną „elektrykę”. 

Jeszcze nie wiadomo, czy zmieniony zostanie sposób mocowania oprawki, czy dodana będzie osłonka z metalowego paska pomalowanego na ten sam kolor co lampka. A te wszystkie utrudnienia, tylko dlatego, ze lampki Cleoni są z ceramiki i można je pomalować na dowolny kolor (w moim przypadku będą pomalowane w kolorze belki na której wiszą). W kuchni, poza lampkami Cleoni, będą jeszcze lampki pod szafkami (12V), oświetlenie w okapie, ale  zastanawiam się czy na blacie kuchennym nie postawić dodatkowej lampy, tak mi się ona podoba.

To jest bardzo mądra lampa jest sterowana na pilota: zimno-ciepło i jasno-ciemno i pasowałaby do trzech kupionych już przeze nie paneli ledowych, na ścianę nad jadalnią (30 x 90), do salonu (60 x 60) i w korytarzu (30 x 30).

Panele ledowe są teraz wszędzie, w każdym sklepie. W Leroy Merlin kosztują 2/3 tego co w Ikei, w innych sklepach sporo drożej. Czym się różnią nie wiem. Kupiłam w Ikei, bo zawsze były tam dobre żarówki, podobno mają mnie przeżyć, ale aż takiego zaufania do ich długowieczności, jak zapewnia producent,  nie mam.

Tak modne obecnie reflektorki zaplanowałam jedynie do oświetlenia krużganków brwinowskich. Na suficie widocznego z parteru korytarza będzie szyna z reflektorkami z Ikei.

W sypialniach na górze odstąpiłam od technicznego oświetlenia. W jednej postawiłam na klasykę:

Ponieważ przy takich lamach może i łatwo o nastrój, ale czyta się gorzej, ze ściany nad łóżkiem będą dodatkowo wystawały  lampki do czytania, typu snake.

W pokoju wnuka postawiłam na kolor i zamówiłam lampę typu Pająk (gender, genderem, ale układając kolory zrezygnowałam nie tylko z białego, czarnego, szarego ale i  pomarańczowego i różowego).

W jego pokoju są jeszcze dwa kinkiety. Jeszcze się zastanawiam, czy kupić dwie takie

czy tylko jedną białą lampkę i taki zielony komplet (kinkiet + lampka na stół).

A może nawet dwa kinkiety, bo ładnie się dublują.

W swojej części, tzw. Hobbitonie,  mam zamiar wykorzystać trochę swoich starych lamp w tym moje witrażowe cudeńka, na czele z tą:

Z sufitu zwisać będzie moje jeszcze jedno „stare” Tiffany (szukałam dobrego zdjęcia, ale nie znalazłam). Tu też będą zmiany, m.in. postanowiłam pomalować na biało bambusową lampę z Ikei.

I zaszalałam kupując w Black Friday  do swojej sypialni wielofunkcyjny kinkiecik:

Własna twórczość to zwisający z dachu żyrandol nad stołem w jadalni. Lampa będzie składana: trzy przydymione szklane klosze z Ikei złączone w jeden pałąk. 

 które będą wisieć na kablach, oprawkach i zawieszkach i innych niezbędnych częściach zakupionych w Bylight.

To co mi się sprawdziło, to tzw. planowanie wynikowe. Nie zaplanowałam oświetlenia w kotłowni  wiatrołapie, czy garderobie – uznałam, że powieszę tam „odrzuty”. I tak w kotłowni wylądował paskudy plastikowy plafon, a w wiatrołapie kinkiet z brzydkim denkiem. Do garderoby kupię chyba reflektorki, bo nic ciekawszego nie widzę:

Przede wszystkim lampy dzielą się na:

  • Prawdziwe lampy, które składają się z obudowy i z wymienialnej żarówki. Grupę można dalej dzielić na podgrupy (żarówki, oprawki itp.), ale z punktu widzenia użytkownika najważniejszy jest podział na lampy, w których producent przewidział możliwość włożenia mocnej żarówki, i na takie, w których max moc żarówki jest z góry określona i zazwyczaj nie jest ona zbyt wysoka.
  • Świecące przedmioty, z wymienialnym źródłem światła, przy czym ta „wymienialność” jest mocno umowna. Kupując tego typu lampki należy mieć na uwadze, że szansa na kupienie żarówki ledowej pasującą do kilkuletniej „lampki” jest bliska zeru.
  • Świecące przedmioty, z niewymienialnym źródłem światła. W zamian, w opisie technicznym obiecane jest 20, czasami 25 letnie bezawaryjne świecenie takiego ledowego cudu.

Problem w tym, że w zasadzie większość lamp na rynku to lampy ledowe, pewnie chodzi o to, by tak jak w przypadku sprzętu AGD, gdy przestana świecić, kupić nowe, a nie wymieniać  żarówkę. Oferta na rynku nie powala.   W marketach budowlanych, wszystko na jedno kopyto. To, że w Leroy Merlin, są też krótkie serie lampek zahaczających o średnią półkę, niewiele tu zmienia. W sklepach internetowych jest wprawdzie zdecydowanie lepszy wybór, ale jeżeli tylko coś wyrasta ponad poziom marketu, od razu jest dużo droższe. W dodatku na zwrot często dają tylko 14 dni, a pan elektryk potrafi wydać druzgocąca opinię dopiero po upływie tego czasu. Z kolei sklepy naziemne, jak tylko mają trochę inny asortyment, kreują się na nastawione na wypasionego klienta „salony”. W Wwie największy wybór jest chyba w Centrum Światła na Bartyckiej, ale też nie wszystkie lampki można „pomacać”, tak by po upewnieniu się, że pasują, wrócić do domu i kupić po niższej cenie.

Generalnie ten przydługi wstęp był, po to, by podkreślić, że nie było łatwo. Na wstępie opracowałam nierealny, bo bez właściwego „zgłębienia tematu” plan zakupów. Np. nie zdawałam sobie sprawy, że podstawowym pytaniem przy małych lampkach jest to, czy lampka jest na 12 V czy 230 V. Na przykład  taka aluminiowa oprawka schodowa Britop kosztuje 45 zł, a wersja 230 v, którą kupiłam bo nikt mi nie powiedział, że takiej nie potrzebuję, dwa razy tyle. 

Do lampek Britop udało mi się spasować wiszący też na ścianie schodów, tyle że wyżej, aluminiowy kinkiet Philips Gainsboro (jest teraz również i w ofercie Leroy Merlin).

Jego buźka idealnie pasowała do lampek schodowych, ale już po powieszeniu okazało się, że kinkiet nie nadaje się na schody, bo gdy idzie się po schodach do góry, odsłania brzydkie elektyczne „bebeszki” i dlatego wyląduje w wiatrołapie.

Na schody kupię kinkiet z zakrytym denkiem, optuję za tym, wolałabym coś większego, tylko nigdzie nic takiego nie mogę znaleźć.

Zaznaczyłam, że kinkiet Philips Gainsboro jest z aluminium, bo kupiłam go po odebraniu bolesnej kolejnej lekcji: nie warto patrzeć na zdjęcie, tylko na materiał z którego lampka jest wykonana. Kupiony z myślą o łazience plafon na zdjęciu wyglądał obiecująco, a po rozpakowaniu okazało się, że  plastikowa srebrna otoczka jest tak brzydka, że lampa nadaje się tylko do kotłowni. 

Plafony przynajmniej zawsze można powiesić, tam gdzie były  planowane, wystarczy że wystają ze ściany kable. Z lampkami ściennymi typu „oczka”  już tak łatwo nie jest, bo mają bardzo różne wymagania. Przekonałam się o tym po tym, jak  kupiłam bardzo ładne (nie tylko na zdjęciu) oczka, które –  na co nie zwróciłam uwagi –  mają bardzo długi, wkładany do ściany, trzpień.

Miałam do wyboru: albo w miejscu gdzie miały być zamontowane obniżyć sufit dodając listwę, albo dać sobie spokój. Wybrałam to drugie. Na koniec dwie lampki zamontowane zostały w toalecie pod schodami, a jedna „została” bez przydziału. Z kolei lampki ścienne typu oczka, które mają małe trzpienie, zazwyczaj dają mało światła. Dlatego musiałam zrezygnować z trzech lampek, typu oczka, bo tak ładne by cieszyć oko swoją urodą nie były, a światła dawały symbolicznie.

Po tych wyżej opisanych wyżej netowych porażkach zakupowych, natknęłam się w Leroy Merlin na reflektorek cudownej urody: Philips Afzelia

Chyba nie tylko mnie się spodobał: w Jankach na półce był tylko jeden, a na infolinii Leroy Merlin dowiedziałam się, że jest to towar „wyprzedażowy” i nie ma go już ujętego w zestawieniach magazynowych. Z kolei w prywatnych sklepach, pomijając to, że kosztował dużo drożej, był tylko na zamówienie … Na szczęście dobrej duszyczce, która pomaga mi na finiszu, udało się upolować trzy reflektorki w Piasecznie i pan wykończeniowiec nie musiał czekać Z tym, że też nie jest tak, że lampka spełnia wszystkie wymagania: śrubka do montażu jest z boku i tym samym nie ma żadnych szans, by reflektorek obsadzić głębiej w suficie. Pocieszać się można tym, że dystans pomiędzy denkiem a sufitem jest bardzo mały. Tyle, że nic nie stało na przeszkodzie, by śrubkę do mocowania umieścić wewnątrz obudowy, obok żarówki. 

Do lampki Philips Afzelia dodałam kwadratowy plafon (też aluminiowy) i w ten sposób „odfajkowałam” kolejną łazienkę (też nie wiadomo dlaczego nie pomyśleli o białej śrubce. taka mała rzecz, a jak cieszyłaby oko).

Ponieważ plafonów łazienkowych miałam już dosyć, do kolejnej łazienki kupiłam, po upewnieniu się, że długość kabla można dowolnie regulować, sufitowe lampy-kule.

 i dwa, tak samo chromowato błyszczące, kinkiety do powieszenia nad dużym, długim lustrem.

Na zdjęciu się najlepiej nie prezentuje, ale zapewniono mnie, że będzie pasować do łazienkowych kul. Lampka Philips Afzelia nie ma przynajmniej pretensji do bycia lampeczką z „wyższej półki”, tak jak lampka Cleoni, która ma ten sam błąd konstrukcyjny i w dodatku dużo więcej odstaje od sufitu, odsłaniając mało estetyczną „elektrykę”. 

Jeszcze nie wiadomo, czy zmieniony zostanie sposób mocowania oprawki, czy dodana będzie osłonka z metalowego paska pomalowanego na ten sam kolor co lampka. A te wszystkie utrudnienia, tylko dlatego, ze lampki Cleoni są z ceramiki i można je pomalować na dowolny kolor (w moim przypadku będą pomalowane w kolorze belki na której wiszą). W kuchni, poza lampkami Cleoni, będą jeszcze lampki pod szafkami (12V), oświetlenie w okapie, ale  zastanawiam się czy na blacie kuchennym nie postawić dodatkowej lampy, tak mi się ona podoba.

To jest bardzo mądra lampa jest sterowana na pilota: zimno-ciepło i jasno-ciemno i pasowałaby do trzech kupionych już przeze nie paneli ledowych, na ścianę nad jadalnią (30 x 90), do salonu (60 x 60) i w korytarzu (30 x 30).

Panele ledowe są teraz wszędzie, w każdym sklepie. W Leroy Merlin kosztują 2/3 tego co w Ikei, w innych sklepach sporo drożej. Czym się różnią nie wiem. Kupiłam w Ikei, bo zawsze były tam dobre żarówki, podobno mają mnie przeżyć, ale aż takiego zaufania do ich długowieczności, jak zapewnia producent,  nie mam.

Tak modne obecnie reflektorki zaplanowałam jedynie do oświetlenia krużganków brwinowskich. Na suficie widocznego z parteru korytarza będzie szyna z reflektorkami z Ikei.

W sypialniach na górze odstąpiłam od technicznego oświetlenia. W jednej postawiłam na klasykę:

Ponieważ przy takich lamach może i łatwo o nastrój, ale czyta się gorzej, ze ściany nad łóżkiem będą dodatkowo wystawały  lampki do czytania, typu snake.

W pokoju wnuka postawiłam na kolor i zamówiłam lampę typu Pająk (gender, genderem, ale układając kolory zrezygnowałam nie tylko z białego, czarnego, szarego ale i  pomarańczowego i różowego).

W jego pokoju są jeszcze dwa kinkiety. Jeszcze się zastanawiam, czy kupić dwie takie

czy tylko jedną białą lampkę i taki zielony komplet (kinkiet + lampka na stół).

A może nawet dwa kinkiety, bo ładnie się dublują.

W swojej części, tzw. Hobbitonie,  mam zamiar wykorzystać trochę swoich starych lamp w tym moje witrażowe cudeńka, na czele z tą:

Z sufitu zwisać będzie moje jeszcze jedno „stare” Tiffany (szukałam dobrego zdjęcia, ale nie znalazłam). Tu też będą zmiany, m.in. postanowiłam pomalować na biało bambusową lampę z Ikei.

I zaszalałam kupując w Black Friday  do swojej sypialni wielofunkcyjny kinkiecik:

Własna twórczość to zwisający z dachu żyrandol nad stołem w jadalni. Lampa będzie składana: trzy przydymione szklane klosze z Ikei złączone w jeden pałąk. 

 które będą wisieć na kablach, oprawkach i zawieszkach i innych niezbędnych częściach zakupionych w Bylight.

To co mi się sprawdziło, to tzw. planowanie wynikowe. Nie zaplanowałam oświetlenia w kotłowni  wiatrołapie, czy garderobie – uznałam, że powieszę tam „odrzuty”. I tak w kotłowni wylądował paskudy plastikowy plafon, a w wiatrołapie kinkiet z brzydkim denkiem. Do garderoby kupię chyba reflektorki, bo nic ciekawszego nie widzę:

126

W tym tygodniu miał być przełom, ale został przełożony na przyszły tydzień.

Idę w łeb w łeb z Mazowieckimi Kolejami Regionalnymi

Ale biorę przykład o najważniejszych osób w państwie i ciągle się uczę. 

Uniwersalne prawo maty

Po położeniu kafelków w łazience na górze, wykonawca zapytał po co w miejscu gdzie ma wisieć kaloryfer, wystają ze ściany kable zasilające. Wespół, zespół ustaliliśmy, że kable są do czegoś, co w posiadanych przez nas planach nie występuje.
W tym miejscu powinnam się zatrzymać i zastanowić się, czy warto przekraczać Rubikon.
Przekroczyłam.
Ustaliłam, że miały być podłogowe maty grzewcze, ale występowały jedynie w projekcie instalacji elektrycznej, którego nie widziałam na oczy. Nie ma było ich ani w przekazanych mi planach, ani w projekcie łazienki i opracowanej na jego podstawie specyfikacji zamówienia. 
Po ustaleniu stanu faktycznego, wyraziłam jedynie żal że maty nie zostały zamontowane i ponieważ było za późno by je instalować, uznałam, że trzeba machnąć ręką i iść dalej.
Mój błąd polegał na tym, że w tego typu sytuacjach, nie należy wyjaśniać dla samego wyjaśniania. Albo należy dać sobie od razu spokój, albo – po uzyskaniu pełnej wiedzy –  rozliczyć winnych, ustalić kto i jakie poniesie konsekwencje.
Takie „niby szlachetne” zatrzymanie się w pół drogi, to najgorsze rozwiązanie. Odbierane jest jako rzucone w eter, pod adresem niewinnych, oskarżenie . Niewinnych, no bo przecież nikogo nie oskarżyłam – czyż nie? 

Trzy festiwale filmowe zorganizowano w tych samych dniach, zawsze lekko zachodziły na siebie, teraz w zasadzie idą w łeb w łeb. Dla mnie przykład braku współpracy, a nie intensywności życia kulturalnego stolicy. 


Etgar Keret Oparte na prawdziwej historii


Film dokumentalny o Etgarze Kerecie, zrobiony nie tyle z myślą, by jak najwięcej o nim opowiedzieć  (m.in. nie ma nic o jego warszawskim najmniejszym domu na świecie, w Q&A  jego twórcy tłumaczyli się ograniczonym budżetem), ile by opowiedzieć o nim ciekawie w klimacie jego opowiadań. To wokół nich toczy się ta opowieść, wywiad z Etgarem Keretem i rozmowy z jego przyjaciółki stanowią jedynie przebitki.
I trzeba przyznać, że dwóm Duńczykom, reżyserom tego filmu, udało się ten specyficzny klimat zachować. Nawet przebitki animacji, coś czego bardzo nie lubię w filmach fabularnych, tu nie tylko nie drażniły, ale dodawały smaku. 

 

Kryształ


Białoruś 1996 rok.
Oprowadza po niej młoda prawniczka. Zamiast kariery w swoim zawodzie,  jest DJ-ką w nocnym klubie. Traktuje to zajęcie jako tymczasowe, bo wszystkie swoje plany życiowe sprowadziła do realizacji jednego: wyjazdu do Chicago, ojczyzny muzyki house.
Już na starcie realizacji swojego programu popełnia błąd: przy wypełnianiu wniosku wizowego podaje zły telefon swojej fikcyjnej pracy. Przez ten błąd musi jechać na głęboką prowincję, tak by tam na miejscu odebrać telefon od konsula i potwierdzić podane w tym wniosku dane. Tam zderza się z białoruską prowincją.
Film świetnie oddaje wyidealizowane wyobrażenie Zachodu, ludzi „po tej stronie” muru, jaki w 1996 roku dalej odgradzał Białoruś. Pokazuje też dlaczego, ludzie tam żyjący nie odnajdą się gdy runie ten mur, o czym my, mądrzejsi o doświadczenia trzech ostatnich lat, boleśnie się właśnie przekonaliśmy.

 

Ślepnąc od świateł


Tyle się o tym serialu pisze, że aż obejrzałam. Obsługujący celebrycko-polityczne salony warszawski dealer kokainy boleśnie przekonuje się, że choć wygląda i wysławia się tak jak jego klienci, należy do świata mafii. 

Nie najgorzej zagrane. Ciekawie skręcone, dużo fajnych, psychodelicznych wstawek, dobrze dobrana muzyka.  

Ale …. ponieważ to o mafii, więc sceny gdzie gangsterzy to kakafonia bluzgów, a że tych scen jest dużo, to po jakimś czasie te chaotyczne wrzaski po prostu męczą. Czyli jak zwykle w polskich filmach dialogi skrzeczą. 

127

Kochany Panie Ionesco. Wpadłbyś na taki pomysł?


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Taka wyobraźnię to ma jedynie Marek Raczkowski.

 

Ktoś zachorował, ktoś umarł. Zaplątana w remont, przyjmowałam to do wiadomości, nie wyciągając z tego dalej idących wniosków. Do czasu. Pewnego dnia jedna z moich ciotek wywarła na mnie presję, że wprawdzie: jeszcze w zielone w gramy, jeszcze nie umieramy, ale w naszym wieku każdego dnia warto sobie powtórzyć, że czasu coraz mniej.

 

Ale to pieśń przyszłości. Na tyle dalekiej, że jeszcze nie zaczęłam się bać latania lokalnymi liniami azjatyckimi (z tym, że nie najgorzej wspominam już odbyte loty). Plan podróży też może ulec zmianie, bo niektórzy zamiast Malezji przekonują do Angkor w Kambodży

Teraz wszystkie ręce na pokład: remont! Łatwo nie jest, bo ze wszystkim mam pod górkę, nawet z tak prozaicznymi rzeczami jak lampeczki w kuchni. Podłoga podniosła się o 25 cm (ocieplenie + ogrzewanie podłogowe) i musiałam się pożegnać z dużymi zwisającymi z kuchennych belek lampami Ikea. Joluśka wymyśliła gliniane lampeczki, które po pomalowaniu na ten sam kolor co belki, miały się od nich nie odróżniać. Podobno jakiś czas temu były do kupienia w Leroy  Merlin za 55 złoty, ale jak się chwilę później okazało, takie ceny to na początku roku, teraz ta sama lampeczka, tyle że nie w Leroy Merlin, bo tam już nie występuje, kosztuje 133 zł. Kupiłam, bo czego nie robi się dla designu.

Lampeczki przyjechały i dopiero wtedy okazało się, że ładne to może one i są, ale po zamontowaniu „odstają” od sufitu odsłaniając obrzydliwy blaszany mechanizm. Z jednej strony kupiłam w Internecie, wiec mogę odesłać. Z drugiej, teraz prawie wszystkie lampy są przystosowane do „wpuszczenia” w podwieszany sufit i nikt się takimi drobiazgami, jak wykończenie, które można przecież „schować”, nie przejmuje. Więc skończyło się tym co zawsze: „Bojar, wymyśl coś” Tyle że czas Michała z gumy nie jest, a remontowy deadline coraz bliżej. 

Przez ten remont zanikło moje życie druciarskie.

Na wykończenie czekają dwa projekty:


Funczal zszyć trzeba kitchenerem, a tego bardzo nie lubię. Niebieski we worze miał ściagacz patentowy, zrobiłam z oczek przekręcanych, bo ten pierwszy z tak sztywnej wełny brzydko wychodził i teraz wzór się nie zgadza i trzeba by go przeliczyć. W dodatku ładnie wygląda na wieszaku, ale już wiem że wygodny w noszeniu nie będzie („ciągną” rękawy”).

Gdy odkryłam, że na jednym spotkaniu przeglądałam komórkę, bo nie wiedziałam co zrobić z rękoma, postanowiłam pomyśleć o turystycznej robótce. Będzie kolejny szal. Na Szarotkach mi się spodobał, miałam się zapytać jak się go robi, ale popatrzyłam na zdjęcie na Raverly i już wiem (wełna Inga, Włóczki Warmii).

Przez chwilę byłam nawet gotowa kupić wzór, ale kosztuje 12,5 dolarów kanadyjskich. Wzory na Raverly są zazwyczaj po 20-30 zł, płacenie 40 zł za wzór o finezji konstrukcji cepa, uznałam za grubą przesadę. Pamiętam jednak, że za głoszenie takiej filozofii Agata dostała w sieci niezłe bęcki.

Remontowe zmagania przerywane są życiem towarzyskim. Nastrój ulicy jak przed laty skłania do picia wina w miłym towarzystwie.  Z tym, że w porównaniu do tamtych lat widzę istotna zmianę – ja z pokoleniem moich rodziców jak równy z równym się nie bawiłam. Teraz znajomi znajomych moich dzieci, są moimi znajomymi … Bez różnicy czy solenizant obchodzi swoje trzydzieste któreś, czy sześćdziesiąte któreś urodziny. Ten sam miły nastrój, wzmacniany świadomością, że wszyscy oddychamy tą samą bańką. 

Urodziny Kodzia. Żeberka + burzliwa dyskusja w drodze powrotnej do Wwy, czy NN miał prawo wpier … wszystkie żeberka, jakie zostały po poczęstowaniu gości (pół brytfanki), wykorzystując sytuację, że obok niego stoi równie wielki miłośnik żeberek Franka Underwooda, ale do czasu aż imprezy nie opuści jeden z gości, nie może się przyznać do tego, że jest mięsożerny.

Doroczne spotkanie, tyle że knajpie obok, bo w tamtej spóźniliśmy się z rezerwacją. I buuu …Nie wszędzie obowiązuje zasada: „do ostatniego gościa”. Punkt 23 nas wyprosili.

Na koniec stadna ucieczka z Wwy. Pogoda taka, że w połowie listopada życie na podwarszawskich daczach kwitnie. A wątrobę mam tylko jedną

 

 dobry serial 

Kroniki Times Squere

Dwa sezony. Klasyczny serialowy snuj. Nowy Jork lat 70-tych, początki przemysłu pornograficznego. Brzydcy ludzie, brzydkie dekoracje. Na początku ulica: prostytutki, alfonsi, bar. Potem patrzymy jak powoli ta ulica jest „czyszczona”, mnożą się burdele, powstają peepshopy, kino. Rozstajemy się z bohaterami gdy na rynek ma wejść kaseta VHS. Pornos bez mięsnego wsadu, ale wciągający, a przecież o to w serialu chodzi.

Po obejrzeniu drugiego sezonu zapytałam Gugla kiedy trzeci, a ten dopiero odnotował odpalenie drugiego i trzecim sezonie nikt na razie nie mówi. A szkoda.

 Trust


Kolejny film o porwaniu Paula Getty III. Scenariusz na film rozpisany na 10-odcinkowy serial, przez co momentami mocno się dłuży. Najlepsze kawałki są poświęcone nestorowi rodu – gra go Donald Sutherland. W zasadzie to on i postać, którą odtwarza, trzyma ten serial.

Bohemian Rhapsody

 

Ładna bajeczka.

I nie chodzi mi o to, że pominięto „mroczne”  fragmenty życia Mercurego, wystarczyło mi to co jest: jak patrzy lubieżnie na mężczyznę na stacji benzynowej, wiadomo że pójdzie za nim do toalety, jak stoi przed drzwiami klubu sadomacho to do niego wejdzie itd. Tym bardziej, że po obejrzeniu Kronik Times Squere  mam przesyt „obsceniczności”.

Moim zdaniem reżyser skoncentrował się na najmniej ciekawym fragmencie jego kariery: opowieści o wspinaniu się na szczyt. Przedstawione to jest jako sekwencja nudnych przypadkowych sytuacji, przeplatanych nieprawdopodobnymi łutami szczęścia, Może było inaczej i bardziej ciekawie, ale tego w tym filmie nie ma.

Urywa się to wszystko w chwili gdy są na szczycie i grają na Wembley na World Aid. Dla potrzeb filmu Mercury wie już że ma Aids. Ale w sumie to akurat jest nieistotne. Wszystko wskazuje na to, że to że wtedy postanowił dokonać jako artysta rzeczy wielkich, jest prawdą. Jak dla mnie opowieść o tym okresie jego życia byłaby dużo ciekawsza – koncert w Barcelonie, prawie do końca na scenie. 

Ale jest w tym filmie taki kawal dobrej muzyki i nieprawdopodobny, odtwarzający główna rolę Rami Malek, że warto iść.

 Z pamiętnika wk … konsumentki 

Przez osiem lat … a tak naprawę przez 14 lat miałam konto w Deutche Banku. Fajerwerków nie było. Ale w necie śmigało, teleserwis bez czekania, zawsze jak poszłam do oddziału byłam załatwiana od ręki.

DB kupił Santander. Kojarzy się paskudnie, więc postanowiłam się przenieść. ING Śląski ma tak dobre opinie, że zdobyłam się na dwa podejścia. Za każdym razem czułam się tam jak na poczcie: były wolne okienka, byli wolni pracownicy, ale wszyscy czekali aż zwolni się ta jedna, którą tego dnia rzucili na odcinek „interesanci”. Doszłam do wniosku, że w Sandanderze chyba nie może być gorzej.  

128

Za 1,5 miesiąca święta, a jak mantrę powtarzam: to się da posprzątać, to się da ogarnąć …


Są już wstawione drzwi


Michał kończy parapety (na górze w kolorze okien, na dole przybielane)


Dobrze, że dałam się namówić wykonawcy na odstąpienie od projektu w toalecie pod schodami. Jest mniejsza, WC zostało przesunięte do przodu i w bok, dzięki temu jest dostęp do miejsca pod schodami (w projekcie ta przestrzeń miała pozostać niewykorzystana). Bardzo fajnie też wyszło wyłożenie ściany gresową płytą, która została po „zmniejszeniu” powierzchni podłogi w toalecie

 

 

Jeszcze nie wiem jakie zrobić drzwiczki. Teraz jestem na etapie by nie robić ich równo ze ścianą WC, tylko w głębi i zamaskować je, stawiając w przejściu półko-drabinkę.

W porównaniu do poprzedniego projektu jest jeszcze mniej miejsca na szafkę pod umywalkę. W ramach szukania oszczędności postanowiłam poszukać czegoś gotowego i tylko niepotrzebnie zmarnowałam na to sporo czasu. Modne są umywalki nablatowe (też uległam tej modzie), a w sklepach wszystkie szafki nie dość, że na jedno kopyto to na umywalki wpuszczane w blat. W dodatku, najwęższe mają 40 cm, a ja potrzebuję max 27 cm.

Skończyło się na tym co zawsze, czyli poproszeniu Michała by i do tej łazienki zrobił szafkę. Z braku miejsca wybrałam tę po lewej. 


dobry film 

Fokstrot

Współczesny Izrael. W pierwszej scenie, dzwonek do drzwi, otwiera kobieta w średnim wieku, za drzwiami wojskowi posłańcy przynoszący hiobową wiadomość, że jej jedyny, odbywający służbę wojskową syn poległ.

Ale to nie tak, że cała dalsza opowieść koncentruje się na tym, jak poradzić sobie z żałobą. Jest kilka niespodziewanych zwrotów akcji. Wciągająca opowieść o życiu w cieniu wojny. 

A matka tego chłopaka bardzo przypomina Maję Ostaszewską, nie tylko w wyglądzie, również w  gestach, minach, sposobie poruszania.

dobry film 

Jak pies z kotem

Przeczytałam wywiad z Januszem Kondratiukiem i postanowiłam zobaczyć ten film. W kinie spotkałam dwie ciotki, które po przeczytaniu tego wywiadu wpadły na ten sam pomysł.

Janusz Kondratiuk od dawna nie utrzymywał kontaktów ze swoim bratem Andrzejem, ale to do niego zadzwonił sąsiad gdy jego brat dostał poważnego wylewu (żona Iga Cembrzyńska była wtedy na występach w USA). I tak wyszło, że przez następny rok, razem z żoną się nim opiekował.

Film opowiada o opiece nad sparaliżowanym bratem. Janusza Kondratiuka gra Robert Więckiewicz, jego brata Olgierd Łukasiewicz. Bardzo prawdziwa, mocno zanurzona  w naszej rzeczywistości gorzka, ale zaprawiona humorem opowieść o rodzinnym życiu. Takim dzień po dniu. Jeszcze jeden film o opiece nad umierającym, ale  podobnie jak 33 sceny z życia Szumowskiej, bardzo prawdziwy.

 dobry film 

Pierwszy człowiek

Nie spodziewałam się tak dobrego filmu.

O Neilu Amstrongu, od momentu w którym zdecydował się na zgłoszenie do programu podboju kosmosu do dnia jego powrotu z księżyca.

Amstrong nie jest tu przedstawiony jako nadczłowiek. Jeżeli coś go odróżniało od reszty, to nieludzkie opanowanie. Nie kierowała nim chora ambicja, potrzeba sukcesu za wszelką cenę. Trochę przez przypadek, po części kierowany potrzebą zmiany po przeżytej traumie, pewny swoich umiejętności, nie odmówił gdy mu zaproponowano. A jak już był w programie, podejmowanie nowych wyzwań należało do jego obowiązków. I tak do tego podchodził. Tym bardziej, że zdecydowanie lepiej czuł się siedząc samotnie w kokpicie, niż gadając przy piwie z kolegami.

Fajnie jest to opowiedziane. I o dziwo – chociaż jest to amerykański film o amerykańskim bohaterze, nakręcony tuż przed zbliżającą się rocznicą wielkiego amerykańskiego sukcesu, nie jest to cukierkowa biografia.