Filmowo

Byłam w kinie. Wprawdzie nie w moim ukochanym Muranowie, tylko Lunie, ale ważne że byłam.

Zabij to i wyjedź z tego miasta

O filmie po raz pierwszy usłyszałam w radio, gdzie jego autor (reżyser i scenarzysta) pięknie o nim opowiadał. W audycji kupił mnie tym, że pomysł na film powstał, gdy w przeciągu jednego roku zmarli jego rodzice. Miał z nimi skomplikowane relacje (byli rozwiedzeni) i po ich śmierci uświadomił sobie, że jest w nim potrzeba pożegnania się z nimi. Pomyślałam, że podobne doświadczenie czeka moje dzieci, więc powinnam ten film zobaczyć .

Tyle tylko, że czas (14 lat), jaki Mariusz Wilczyński poświęcił na stworzenie tego filmu, nie przekuło się na wartość jego dzieła. Graficznie ujdzie, chociaż też i bez szaleństw, po jakimś czasie byłam lekko znudzona monotonią jego kreski. Muzyka Nalepy świetna, ale jest dostępna na Spotiify. A gdy chodzi o to, co artysta chciał powiedzieć, można mieć mu sporo do zarzucenia. Niestety duża część tej opowieści jest zrozumiała tylko dla Mariusza Wilczyńskiego i jego bliskich. A i tak myślę, że odebrałam z tego filmu trochę więcej niż inni. Raz, ze słuchałam godzinną audycję na temat tego filmu. Dwa, że pamiętam lata 60-te, w tym ówczesną małą architekturę, neony, wyłapywałam więc sporo smaczków, mało czytelnych dla widzów młodszych ode mnie.

Ponadto obejrzałam na HBO GO dwa filmy dokumentalne: The Last Cruise i Covid: Nowojorska kronika.

Pamiętam historię wycieczkowca Diamond Princess. Z tym, że jeżeli film miał wzruszyć widza tą historią, pokazać całą niesprawiedliwość tego świata, który nawet w obliczu pandemii, dzieli się na biednych i bogatych, to mu się nie udało. Ale co się naoglądałam w pierwszej części filmu jak wyglądają wakacje na takim statku to moje.

Drugi film Covid: Nowojorska kronika nie ma żadnej wartości dodanej. Kilkuminutowe sekwencje pokazujące życie ubogich nowojorskich rodzin w czasie pandemii. Takie filmowe ogryzki, bez składu i ładu. Szkolne etiudy mają prawo być na takim poziomie. Ale dlaczego pakowane są do oferty HBO?

Kompletnym fiaskiem zakończyło się też oglądanie trzeciego sezonu The Kominsky Method.

Rozpoczyna się od pogrzebu przyjaciela Douglasa, Nie ma już ich wiecznych słownych utarczek i pryska cały czar tego serialu.

Za ten sezon Złotych Globów nie będzie.

dobry serial

Za to Mare of Easttown

Film trzyma Kate Winslet. Wprawdzie dopiero jutro obejrzę ostatni odcinek, ale już dziś wiem, że warto. Typowy kryminalny snuj: małe miasteczko, wszyscy wszystkich znają, dochodzenie w sprawie morderstwa ujawnia wiele skrywanych tajemnic. Nic odkrywczego, ale trzyma przy ekranie.

Milagros mówi, by pisać o chorobie. Ale o czym tu pisać? Jest, czasami daje o sobie znać, ale delikatnie, nie zaburzając codziennego tupania. Słowem czai się za rogiem i nie wiadomo kiedy przypuści decydujący atak. Pewnie coś będzie wiadomo po 10 czerwca po kolejnym tomografie. Za każdym razem, gdy jestem w aptece myślę co robią chorzy, których po wykorzystaniu przysługującego im zwolnienia, wysyłają na rentę, a którzy nie mogą liczyć na rodzinę. Moje leki to ok. 700 zł/miesięcznie (są refundowane, ale na inne choroby, akurat na moją nie), drinki 700 zł/miesięcznie, diabetologa i okulistę mam w ramach abonamentu Luxmedu. Do tego prywatnie lekarz paliatywny (bezpłatnie mam prawo do leczenia paliatywnego dopiero po zakończeniu leczenia onkologicznego). Mam jeszcze sporo innych wydatków związanych z chorobą, ale bez tego co wyżej napisałam, chorować się nie da. Pozostałe to ułatwianie sobie życia, ważne, ale też i nie konieczne. Dlaczego tak mało się o tym pisze? Koszty leków, w przypadku chorób przewlekłych to jakiś horror.

O tej porze roku zazwyczaj dużo pisałam o ogrodzie. Już w weekend majowy sadziłam w oknach czerwone pelargonie. Teraz wszystko czeka na przyjazd córki.

Azalie zdążą przekwitnąć do jej przyjazdu.

Podobnie oskubany w zeszłym roku z przekwitłych kwiatostanów bez, który wreszcie zakwitł

No i czeka na nią mój pierwszy własny kompost.

A nadchodzący tydzień sponsorują moje ciotki. Synek wyjeżdża i będą się mną naprzemiennie opiekować!

Would it help?

Obejrzałam typowy amerykański produkcyjniak

Nudny i przewidywalny. Ale jeden motyw jest boski. Amerykański szlachetny bohater (Tom Hanks) nie może zrozumieć, dlaczego jego klient, radziecki szpieg, nawet w najbardziej dramatycznych momentach zachowuje spokój i zimną krew. Gdy Tom Hanks się dziwi, ten odpowiada: Would it help?

To pytanie powinno stać się moją dewizą.

Synek przypomniał mi o Chorobie jako metaforze Susan Sontag. Kiedyś to czytałam, ale dziś, siłą rzeczy, zupełnie inaczej to odbieram. Esej ma już kilkadziesiąt lat, w wielu punktach zdążył się zestarzeć, ale rozważania o języku są wciąż aktualne.

Choroba postrzegana jest jako inwazja obcych organizmów, na którą ciało odpowiada własnymi działaniami bojowymi, jak choćby mobilizacja „obrony immunologicznej”, a medycyna staje się „agresywna”, jak w przypadku języka opisującego większość typów chemioterapii. Ta bardziej ogólna metafora przetrwała jednak w języku edukacji publicznej, gdzie chorobę przedstawia się zazwyczaj jako „atakującą” społeczeństwo, a próby ograniczenia śmiertelności wywołanej jakąś chorobą nazywa się walką, batalią lub wojną. (…) Podczas gdy kiedyś bellum contra morbum, wojnę z chorobą, prowadził lekarz, obecnie prowadzi ją całe społeczeństwo. Uczynienie z wojny pretekstu do ideologicznej mobilizacji mas sprawiło, że stała się użyteczną metaforą wszelkich kampanii naprawy świata, których cele przedstawiane są jako pokonanie „wroga”. Mieliśmy więc wojny z ubóstwem, obecnie zastąpione przez „wojnę z narkotykami”, a także wojny z konkretnymi chorobami, takimi jak rak. W społeczeństwie kapitalistycznym nadużycie metafory wojskowej jest być może nieuniknione. W społeczeństwie tym bowiem odwoływanie się do zasad moralnych staje się coraz trudniejsze i mniej wiarygodne, a poczynania niepodporządkowane kalkulacjom interesu i zysku uważa się za głupie. Wojna pozostaje jedną z nielicznych dziedzin, w których od ludzi nie oczekuje się „realizmu”, to znaczy bilansu potencjalnych zysków i strat. W prawdziwej wojnie koszta się nie liczą, pieniądze wydaje się na lewo i na prawo – wojnę określa się jako stan zagrożenia, wobec którego żadna ofiara nie jest zbyt wielka. Ale wojny z chorobami nie są jedynie apelami o większy zapał i większe wydatki na badania. Metafora ta sugeruje, że wzbudzające szczególny lęk choroby postrzegane są jako coś z zewnątrz, coś „obcego”, tak jak postrzegani są wrogowie w nowoczesnej wojnie; przejście od demonizacji choroby do przypisania winy pacjentowi jest nieuniknione nawet wówczas, kiedy o pacjentach myśli się jako o ofiarach. Ofiary kojarzą się z niewinnością. Niewinność zaś, za sprawą przedziwnej logiki rządzącej wszelkimi pojęciami pokrewnymi, sugeruje winę.


Wracając do Londynu. Tylko jeden dzień spędziłam poza domem. Na spacery po Londynie miałam zaplanowane dwa dni, poszłam tylko raz. Drugiego dnia tak wiało, że nie zachęcało do wyjścia z domu. Ale co widziałam, to widziałam.

Pierwsze kroki skierowałam do National Gallery (w mojej ulubionej National Portrait Gallery trwa remont i będzie otwarta dopiero za trzy lata). Nigdy nie lubiłam National Gallery – wielkie sale gimnastyczne z natłokiem płócien, za dużo wszystkiego, by móc się skoncentrować. Pobiegłam do moich ulubionych malarzy holenderskich, do małych salek w których prezentowane są małe obrazki, na których uwieczniono sceny z życia codziennego (Steen, Ostade itd), ale spotkało mnie rozczarowanie: zmieniono repertuar i powieszono jakieś koszmarne martwe natury. Luknęłam więc na Avercampa i stanęłam przed Halsem (lata temu Gumiś kazał mi przytargać wózek z moim kilkumiesięcznym wnukiem i postawić przed Halsem, by od początku wdychał opary wielkiej sztuki)

I pognałam dalej. I to co kątem oka zobaczyłam lekko mnie zbulwersowało.

Tu wytłumaczenie.

Do mnie nie przemówiło.

Tak samo jak instalacja na Trafalgar Square.

Generalnie Londyn jest pusty.
Ale mimo braku turystów, są miejsca które niezmiennie trwają.
Sporo radości dało mi też pokręcenie się po okolicy.

ps. podtrzymuję swoje zdanie, że business class do Londynu to totalna porażka.

Kwiatuszek, czyli Big Flower Kaffe Fasseta.

Na Raverly jest dostępny darmowy wzór.

Na początku musiałam wymyślić inny, niż proponowany przez Kaffe Faseta, sposób na sam sweter. W jego projekcie, sweter robi się w jednym kawałku, zaczyna od pleców, kończy na dole przodu i zszywa po bokach. Na zdjęciach przebiegającego przez środek wzoru bocznego szwu nie widać. Nie mam pojęcia jak mu sie to udało.

W mojej wersji, do minimum widoczność szwów (są zaznaczone na pomarańczowo)

Zaczęłam od dołu, przód i tył razem.


Odłożyłam oczka tyłu na zapasowy drut i robiłam przody z rękawami. Jak doszłam do linii ramion nabrałam oczka na dekolt i robiłam dalej, tyle że od tego momentu, idąc z góry na dół, wzór robiłam „do góry nogami”. Jak doszłam do „linii kitchenera” zostawiłam oczka na drucie i wróciłam do tyłu.

Tu niewiele już było do zrobienia.

Kilka „kitchenerowatych” porad praktycznych:

  • przedostatni rząd warto przerobić bardzo ściśle, ostani na mniejszych drutach (lub po zrobieniu „ściagnąć” oczka’)
  • przy tak dużej liczby oczek za jenym zamachem, jedną nitką zszyć się nie da. Zszywałam podwójną, Ale myk z supełkami (w przypadku podwójnych nitek, nie wiele od siebie oddalonymi) wiązanymi juz jak kończy się nitka, by niewiele się męczyć i które przetyka się szydełkiem i „mości” rownolegle z nitką, się sprawdził.

Wcześniej musiałam rozrysować wzór, Nie kombinowałam z zaproponowanym przez Kaffe Fasseta sposobem rozłożenia wzoru, ale w moim przypadku oznaczało konieczność pokombinowania z samym wzorem. Kwiatuszek Kaffe Fasseta miał 72 oczka.

Aby sweter, tak jak we wzorze, miał 140 cm szerokości, „mój” kwiatek musiał mieć 54 oczka.

Tyle że po zrobieniu próbki i jej wypraniu (nierościągliwy żakard!)

Okazało się, że to za mało i ostatecznie mój kwiatek ma 64 oczka.

Tył wygląda tak:

Przód tak:

Na koniec zrezygnowałam z kawalka kwiatka przy dekolcie i mój Kwiatuszek prezentuje się tak:

A mój kitchener tak

Za oknem jest Londyn

Jetem w Londynie, ale siedzę w domu na przymusowej kwarantannie, tyle że tego nie czuję. Podobnie jak w Brwi wokół niska zabudowa (tyle, że tworząca jedną architektoniczną całość) i dużo drzew zza których nie widać miasta.

Trochę nie rozumiem po co dzień po przyjeżdzie musiałam zrobić test PCR, skoro 48 godzin przed wylotem zrobiłam taki sam test w Warszawie. W dodatku zgodę na wyjście z domu dostanę dopiero po zrobieniu piątego dnia po przyjeździe kolejnego testu PCR (a i tak to „wytestowanie” nie zwolni mnie ze zrobienia 7-go dnia kolejnego testu, tak by 9-go móc wsiąść do samolotu).

O dziwo zrealizowałam wszystkie przedwyjazdowe plany. I to nawet z naddatkiem. Na badania PCR, a potem do Otwocka miałam jechać z Dorotą. Niestety tak ją pokroili przy wyrywaniu zęba, że w ostatniej chwili musiała zrezygnować, i ja pojechałam sama, samiutka.

W nagrodę, że dałam radę (od dłuższego czasu wszędzie wozi mnie synek) zrobiłam sobie pamiątkowe zdjęcie z Jackiem.

Natomiast cały ten lot na bogato za bardzo nie wyszedł.

Po polskiej stronie health assistance był ok, nawet pani mi wytłumaczyła bym kupiła wodę za 5 zł w automacie, bo w kiosku zapłacę 8 zł.

Za to business class to Londynu do jedna wielka lipa. Każdy, niezależnie od klasy, ma teraz więcej miejsca bo w rzędzie zamiast 6, siedzą 4 osoby; w businessie ani nie było lepszych foteli, ani wiecej miejsca. Wybaczyłabym im to wszystko gdyby mi dali herbatę (dopominałam się!), ale najwidoczniej tego nie było w ofercie. A za soki, czy alkohol podziękowałam.

Natomiast health assistance w Londynie okazał się zupełną pomyłką. Wszystko przez to, że wózkowa kolejka” jest wspólna dla wszystkich, a przed naszym samolotem wylądował samolot z Bangladeshu. Utworzył się niezły zator, przy czym u nich jednej osobie na wózku potrafiło towarzyszyć i 5 osób. Jak zobaczyłam w jakim tempie się to posuwa (na dziale UE i całej tej uprzywilejowanej reszty potrafią przemaglować, na dziale „red countries” maglują każdego), podziękowałam za opiekę, poszłam do stanowiska dla UE i po 5 minutach witałam się już z Anką. Gdybym nie mogła chodzić wyszłabym nie wcześniej niż po 2 godzinach.

Generalnie jestem w raju: nic nie muszę robić, wszystko podane pod nos, mam tylko leżeć i pachnieć. Jest też i mężczyzna mojego zycia. Ale choć dalej lubi się przytulać, nie interesuje go to robię. Wciągnął go komputer, grać za dużo nie może, więc programuje i nie gapiąc się w klawiaturę (ja tak nie potrafię), wpisuje jakieś dziwne ciagi poleceń. Podobno całkiem dobrze mu to idzie.

Zrobiłam jednak spory błąd: nie wzięłam ze sobą wełny. Okazało się, że zamówiona na Amazonie wełna przyjdzie dopiero pod koniec mojego pobytu. I jak tu oglądać filmy i słuchać audiobooki?

Anka kupila mi jakąś bawełnę, ale nie mając na nią żadnego pomysłu, postanowiłam wyreperować misia.

Zapomniałam zrobić mu zdjęcia jak był zdechlakiem, po lewej gdy jest już wypchany i znów ma, jak w młodości, pełny brzuszek. Po zszyciu (zdjęcie środkowe) na głowie zostało przetarte futro. Zrobiłam mu więc na szydełku czapkę-majteczki.

Jest to moja pierwsza w życiu robótka na szydełku i dlatego, mimo całej jej nieporadności, się nią chwalę.

Natomiast Kwiatuszek ….

W tym tygodniu zrobię na jego temat osobny, zrozumiały tylko dla druciarek, wpis, ale już teraz chwalę się moim kitchenerem.

A życie toczy się dalej. W tym tygodniu Ewa (to od niej dostałam obraz, który wisi w mojej sypialni) miała niedaleko mojego domu wernisaż.

Otworzyli też kina. Póki jeszcze jestem w stanie, mam zamiar zaraz po przyjeżdzie pójść na Na rauszu i Ludzki głos (najnowszy Almodovar). Gorzej, że jak na razie Zabij to i wyjedź z tego miasta jest tylko online.