Miałam mieć wakacje, ale jak to teraz bywa i do czego powinnam się przyzwyczaić, plany wzięły w łeb. W dodatku zaliczyłyśmy z Anką bardzo nieprzyjemne spotkanie z lekarzem.
Wszystko zaczęło się od tego, że dowiedziałam się, że pobrane podczas badania EUS próbki nie nadają się do zrobienia profilu genetycznego. A bez oznaczenia genotypu grasującego w moim wnętrzu raka, nie mogę zgłosić się jako królik doświadczalny do tzw. triali (jest to jedyne co mi jeszcze pozostanie, gdy pod koniec sierpnia okaże się, że moja trzecia chemia, tak jak i dwie poprzednie, nie powstrzymała mojego raka, a na co mój prowadzący powiedział, ze należy się przygotować).
Próbki do badań genetycznych można pobrać podczas operacji albo wykonując tzw. biopsję gruboigłową, w moim przypadku siłą rzeczy wchodziła w grę wchodziła tylko ta druga opcja. Anka umówiła nas w tej sprawie do chirurga w piątek, w dniu naszego wyjazdu na wakacje. Zakładałyśmy, że na taką biopsję trochę poczekamy, tymczasem pan doktor najpierw usiłował mnie zniechęcić, przedstawiając paletę możliwych komplikacji i upewniając się czy ja aby na pewno mam świadomość, że umieram. Potem postawił nas pod ścianą: albo najbliższy wtorek, albo nigdy. Anka próbowała jeszcze negocjować, ale tyle wskórała, że dowiedziała się, że powinna zastanowić się nad sobą: pan doktor nigdy by tego swojej mamie nie zrobił, tylko godząc się z sytuacją, pozwolił jej spokojnie odejść.
Jak łatwo można się domyśleć, pan chirurg w roli psychoonkologa osiągnął tyle, że Anka tak ryczała, że nie nadawała się na drivera i aby się uspokoić gadała cały czas przez telefon. Ja z kolei byłam tak wkurwiona, że aby się uspokoić, wzięłam od niej kluczyki i zawiozłam nas do Ańcki. Zanim do niej dojechałyśmy, dowiedziałyśmy się, że pan doktor ma takie humory, nie przepada za beznadziejnymi przypadkami, ale jak biopsja to tylko u niego bo jest w tym naprawdę dobry. Pewnie dlatego na Znanym lekarzu ma tylko super oceny.
Gdy dojechałyśmy do Ańćki zamiast 300- letniego domu, który zawsze witał po przekroczeniu bramy i w którym spędziłam spory kawałek mojej młodości, przywitał nas uprzątnięty koparką plac.

Jedyne co zostało uratowane spod łopaty, to misiek.

Z kolei w domu cały dzień towarzyszyło nam zawodzenie Ryszarda, który w żaden sposób nie chciał przyjąć do wiadomości że musi mieć na szyi kołnierz i nie zostanie wypuszczony na dwór. Nie wyglądało na to, by w jakikolwiek sposób kojarzył skrócenie mu nogi z wymuszaniem pierwszeństwa na przejściu przez jezdnię.

Następnego dnia przestał zawodzić tylko znaczyć dom. Nie wiadomo co gorsze.
To, że przekonałam się, że jestem jeszcze w stanie prowadzić auto i na dłuższych dystansach, pozwoliło mi przynajmniej nie zepsuć Ance zaplanowanego odpoczynku, zostawiłam ją w SPA i zamiast odpoczywać u Ańćki, już po dwóch dniach wróciłam do Wwy.
Teraz czeka mnie niezbyt fajny tydzień. Poniedziałek: badania. Wtorek: biopsja (tylko miejscowe znieczulenie). Środa-piątek: chemia.
Z rzeczy przyjemnych: kupiłam włóczkę na kolejny Misiokocyk.

A pokazując zdjęcie ze spotkania rodzinnego, jestem chwalona, że grubo wyglądam.















