Na kolejnym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Kolacyjnego

wyjęłam z książki kopertę z biletami na WFF (robiła za zakładkę), położyłam na stole, jadłam dyskutowałam, zachwycałam się domem i zwierzętami Marianny (2 psy i 5 kotów)

a potem poszłam spać do Gabi.
Następnego dnia zorientowałam się, że zostawiłam u Marianny bilety, pobiegłam kilka ulic dalej, ale już było posprzątane, a papierowe „śmieci” spalone w kominku.
Jedyne co udało mi się załatwić, to możliwość odkupienia biletów, również i na te seanse, na które bilety były już wyprzedane. W tym roku wyjątkowo drogi okazał się dla mnie WFF, mam teraz tylko nadzieję, że wybrałam dobre filmy.

A wracając do naszych spotkań, jak na razie mocny akcent należy postawić na słowie „kolacyjny”. Za miesiąc spora szansa na odwrócenie tego trendu, bo tym razem to ja organizuję spotkanie, a czytamy Kieszonkowy Atlas Kobiet Chutnik.
Na WFF tłumów nie ma.
Pierwszy obejrzany film to hiszpańsko-argentyński Truman.

Film o tym momencie w życiu, który chyba najcelniej określiła Szymborska że tego nie robi się kotu (tytułowy Truman, to pies któremu trzeba znaleźć nowy dom).
Starzejący się aktor, niegdyś król życia, odmówił poddania się uciążliwej terapii, za chwilę zacznie się „ostatnia prosta”, ale jeszcze ciągle stara się prowadzić w miarę normalne życie. Na kilka dni przylatuje do niego przyjaciel z dzieciństwa. Oboje wiedzą, że jest to ich pożegnanie.
Nie wiem tylko dlaczego na Filmwebie napisali, że jest to komedia. Już szybciej nekro-melodramat. Słowem mało odkrywczy, kolejny film o odchodzeniu. Ale jest w tym filmie coś prawdziwego i wzruszającego. Mnie się podobał.
Pieśń zimowa

Nabrało mnie to, przyklejone do wszystkich opisów zdjęcie: myślałam że idę na zwariowany historyczny kolaż, a obejrzałam zlepek historyjek o mieszkańcach jednej z paryskich kamienic. Scena egzekucji z czasów rewolucji francuskiej to 2-3 minuty prologu, potem jeszcze przez kilka minut patrzymy jak żołnierze radzieccy grabią gruzińskie wsie i przenosimy się do współczesnego Paryża. Sceny z prologu są tak luźno związane z późniejszą akcją, że równie dobrze, mogłoby ich nie być.
W sumie to większości tych pojedynczych scenek, z których składa się ten film, mogłoby nie być. Widownia masowo głosowała nogami wychodząc z kina, ja zostałam. Bo aż tak tragiczne to nie było. Lekki francuski urok w tym jest. Ale Francja na tym filmie nie jest zbyt ładna i smutno, jak się na to patrzy.
Jeszcze zanim zaczął się Warszawski Festiwal Filmowy, przeczytałam wywiad z Filipem Bajonem i poszłam na Panie Dulskie

Gdyby on kręcił tak ciekawe filmy, jak ciekawie potrafi o nich mówić …
Dobra obsada, dający się ciekawie przedstawić pomysł na fabułę – zwrotne punkty trzech pokoleń rodziny Dulskich, tej najlepiej znanej, przedwojennej, jej córki w czasach zimnowojennej komuny i żyjącej współcześnie wnuczki. Niestety jak prawie wszystkie polskie filmy, przegadany. Zamiast ciętych, iskrzących ripostami słownych pojedynków, toporne dialogi (kulminacją jest scena gdy pan Felicjan mówi dość).
Pomieszanie farsy z kinem moralnego niepokoju, czyli zmarnowana szansa na dobry film. Ale biorąc poprawkę na to, że jest to polski film, nie jest jeszcze tak tragicznie.
Dalej powoli ogarniam ogród. Tym razem posprzątałam pod płotem

Trochę tego zebrałam.

I dalej zakładam na siebie zrobione przez siebie rzeczy i pokazuję się w nich ludziom.

Jest tylko jeden problem. jak nie będzie jakiegoś przełomu, czarno widzę możliwość powtórzenia takiej akcji za kilka lat. Coś tam robię, ale w tym roku cały mój „udzierg” to raptem dwa swetry.
z poradnika wk …. konsumentki
Oddali w końcu podziemny tunel w Pruszkowie Ktoś odważył się skrytykować, że windy są tak ciasne, że nie mieszczą się w nich wózki inwalidzkie, a te dla dzieci, też nie wszystkie. Obrazili się i windy są nieczynne do odwołania.
O tym, że kierowała nimi jakaś złość świadczy moim zdaniem naklejona na szybie kartka, na wszystkich innych remontowanych dworcach, windy nie działają tak po prostu. Nikogo to nie dziwi, gdyby działały, to by się psuły. A naprawy przecież kosztują i Unia za to nie płaci.

Rozczuliła mnie za to argumentacja dlaczego nie będzie pochylni dla rowerów – okazuje się że kąt nachylenia schodów nie pozwalał na zamontowanie tego typu podjazdu. Gdyby w Polsce przyznawana nagroda Barei, nie wyobrażam sobie by na podium miała szanse stanąć inna firma, niż któraś z kolejowych spółek.
Z kolei jako obywatelka posiadająca prawa wyborcze, postanowiłam skorzystać z głosowania korespondencyjnego. W pierwszej chwili bardzo mi się to spodobało. Odbiorę na poczcie kartę wyborcza, wyślę poleconym i z głowy. Potem jednak ogarnęły mnie wątpliwości, czy ten system jest „bezpieczny”.