413Przeczytane

Nauki Don Juana Carlos Castaneda

Na ubiegłotygodniowe spotkanie Kolacyjnego Klubu Dyskusyjnego, każda z nas miała przeczytać coś Carlosa Castanedy – ja przeczytałam Nauki don Juana, i jak się potem okazało, nie tylko ja przeczytałam akurat tę pozycję.

Książka to opis doświadczeń zdobytych przez Castenedę podczas terminowania u indiańskiego szamana, który wybrał go jako swojego ucznia i podzielił się z nim swoją wiedzą

Czytając, widziałam przede wszystkim psychodeliczny bełkot, fascynację człowieka Zachodu, prawdą ziemi, którą rzekomo posiadają ludzie dawnych kultur, a zwłaszcza Indianie ze swoimi grzybkami i innymi używkami. Ponieważ nigdy nie podzielałam zachwytu nad głębią prymitywnych kultur (akurat ten fragment hippie-kultury nie był, w zafascynowanej dobrobytem Zachodu Polsce zbyt popularny), to tym bardziej teraz, po latach, czytając tę książkę widziałam jedynie bezmiar pustki.

Ale gdy ciotka – pracownik naukowy zrobiła mini wykład na temat zderzenia kultur, wyjęła swój egzemplarz i przeczytała zaznaczone fragmenty, które (zwłaszcza w jej interpretacji) genialnie to zilustrowały … zrobiło mi się głupio. Wszystko przez to, że po kilku stronach nastawiłam się do tej lektury jak pies do jeża.  

 

Martwe popołudnia Mariusz Czubaj


Ponieważ wszyscy teraz czytają kryminały, postanowiłam zobaczyć o co w tej nowej modzie chodzi. Zamiast skandynawskich, na początek zabrałam się za polskie.

Dobrze napisane, czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Tyle tylko, że podobnie jak w Królu Ubu, rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Bo ja opisanej w tej książce rzeczywistości nie znam i aż mi się nie chce wierzyć, że są takie miejsca gdzie ona tak wygląda.

Bardzo drogi wariant WFF

Na kolejnym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Kolacyjnego 


wyjęłam z książki kopertę z biletami na WFF (robiła za zakładkę), położyłam na stole, jadłam dyskutowałam, zachwycałam się domem i zwierzętami Marianny (2 psy i 5 kotów)

 a potem poszłam spać do Gabi.

Następnego dnia zorientowałam się, że zostawiłam u Marianny bilety, pobiegłam kilka ulic dalej, ale już było posprzątane, a papierowe „śmieci” spalone w kominku.

Jedyne co udało mi się załatwić, to możliwość odkupienia biletów, również i na te seanse, na które bilety były już wyprzedane. W tym roku wyjątkowo drogi okazał się dla mnie WFF, mam teraz tylko nadzieję, że wybrałam dobre filmy.


 

A wracając do naszych spotkań, jak na razie mocny akcent należy postawić na słowie „kolacyjny”. Za miesiąc spora szansa na odwrócenie tego trendu, bo tym razem to ja organizuję spotkanie, a czytamy Kieszonkowy Atlas Kobiet Chutnik.

Na WFF tłumów nie ma.

Pierwszy obejrzany film to hiszpańsko-argentyński Truman.

Film o tym momencie w życiu, który chyba najcelniej określiła Szymborska że tego nie robi się kotu (tytułowy Truman, to pies któremu trzeba znaleźć nowy dom). 

Starzejący się aktor, niegdyś król życia, odmówił poddania się uciążliwej terapii, za chwilę zacznie się „ostatnia prosta”, ale jeszcze ciągle stara się prowadzić w miarę normalne życie. Na kilka dni przylatuje do niego przyjaciel z dzieciństwa. Oboje wiedzą, że jest to ich pożegnanie. 

Nie wiem tylko dlaczego na Filmwebie napisali, że jest to komedia. Już szybciej nekro-melodramat. Słowem mało odkrywczy, kolejny film o odchodzeniu. Ale jest w tym filmie coś prawdziwego i wzruszającego. Mnie się podobał. 

 

Pieśń zimowa

Nabrało mnie to, przyklejone do wszystkich opisów zdjęcie: myślałam że idę na zwariowany historyczny kolaż, a obejrzałam zlepek historyjek o mieszkańcach jednej z paryskich kamienic. Scena egzekucji z czasów rewolucji francuskiej to 2-3 minuty prologu, potem jeszcze przez kilka minut patrzymy jak żołnierze radzieccy grabią gruzińskie wsie i przenosimy się do współczesnego Paryża. Sceny z prologu są tak luźno związane z późniejszą akcją, że równie dobrze, mogłoby ich nie być. 

W sumie to większości tych pojedynczych scenek, z których składa się ten film, mogłoby nie być. Widownia masowo głosowała nogami wychodząc z kina, ja zostałam. Bo aż tak tragiczne to nie było. Lekki francuski urok w tym jest. Ale Francja na tym filmie  nie jest zbyt ładna i smutno, jak się na to patrzy.

 

Jeszcze zanim zaczął się Warszawski Festiwal Filmowy, przeczytałam wywiad z Filipem Bajonem i poszłam na Panie Dulskie

Gdyby on kręcił tak ciekawe filmy, jak ciekawie potrafi o nich mówić …

Dobra obsada, dający się ciekawie przedstawić pomysł na  fabułę – zwrotne punkty trzech pokoleń rodziny Dulskich, tej najlepiej znanej, przedwojennej, jej córki w czasach zimnowojennej komuny i żyjącej współcześnie wnuczki. Niestety jak prawie wszystkie polskie filmy, przegadany. Zamiast ciętych, iskrzących ripostami słownych pojedynków, toporne dialogi (kulminacją jest scena gdy pan Felicjan mówi dość). 

Pomieszanie farsy z kinem moralnego niepokoju, czyli zmarnowana szansa na dobry film. Ale biorąc poprawkę na to, że jest to polski film, nie jest jeszcze tak tragicznie.

 

Dalej powoli ogarniam ogród. Tym razem posprzątałam pod płotem


Trochę tego zebrałam. 

I dalej zakładam na siebie zrobione przez siebie rzeczy i pokazuję się w nich ludziom.

Jest tylko jeden problem. jak nie będzie jakiegoś przełomu, czarno widzę możliwość powtórzenia takiej akcji za kilka lat. Coś tam robię, ale w tym roku cały mój „udzierg” to raptem dwa swetry.  

z poradnika wk …. konsumentki 

Oddali w końcu podziemny tunel w Pruszkowie Ktoś odważył się skrytykować, że windy są tak ciasne, że nie mieszczą się w nich wózki inwalidzkie, a te dla dzieci, też nie wszystkie. Obrazili się  i windy są nieczynne do odwołania.

O tym, że kierowała nimi jakaś złość świadczy moim zdaniem naklejona na szybie kartka, na wszystkich innych remontowanych dworcach, windy nie działają tak po prostu. Nikogo to nie dziwi, gdyby działały, to by się psuły. A naprawy przecież kosztują i Unia za to nie płaci.

Rozczuliła mnie za to argumentacja dlaczego nie będzie pochylni dla rowerów – okazuje się że kąt nachylenia schodów nie pozwalał na zamontowanie tego typu podjazdu. Gdyby w Polsce przyznawana nagroda Barei, nie wyobrażam sobie by na podium miała szanse stanąć inna firma, niż któraś z kolejowych spółek. 

 

Z kolei jako obywatelka posiadająca prawa wyborcze, postanowiłam skorzystać z głosowania korespondencyjnego. W pierwszej chwili bardzo mi się to spodobało. Odbiorę na poczcie kartę wyborcza, wyślę poleconym i z głowy. Potem jednak ogarnęły mnie wątpliwości, czy ten system jest „bezpieczny”. 

 

414

Postanowiłam, ze październik będzie miesiącem dbania o dom.

Nas początek zabrałam się za trawnik:


i nadwyrężyłam rękę. Przez jakiś czas drutów do ręki nie wezmę.

Nie przeszkodziło mi to, poświęcić prawie całej niedzieli, na próby rozpisania tego wzoru. Im dłużej myślę, tym bardziej mi nie wychodzi.


 

Do sadzonek trzeba mieć rękę, a ja jej nie mam. Z rozległej plantacji dracen, przyjęły się dwa pióropusze i być może coś odbije z czterech łodyg:

W jedynej nieobciętej dracenie pojawił się przy pniu nowy pipek, tam gdzie był jeszcze przed obcięciem, rośnie dalej, ale tam gdzie chciałam by coś po obcięciu się pojawiło, martwa cisza.

 

Inwestuję w moje przyjaźnie z ciotkami jak mogę, (pół godziny czekałam, aż przebije się przez korki, a potem pomagałam nosić):


ale i tak do kina poszłam sama.

Za tydzień uroczystość z okazji  45-lecia ślubu. Podejmowane są ostatnie decyzje co do sali, muzyki itp. Tymczasem nadchodzi list: zawiadomienie że w w alpejskim lodowcu znaleziono ciało poprzedniej narzeczonej. Przez 45 lat nie było rozmowy na temat poprzedniego związku, teraz też im to nie wychodzi. Zwłaszcza, że budzi się zazdrość, pytanie na ile małżeństwo było z miłości, a na ile plastrem na ranę. 

Bardzo kameralny film, w którym najważniejsze kwestie wypowiedziane są oczami. Jak dla mnie momentami zbyt „kameralny”. Ale dla ostatniej sceny warto.

 

Chociaż wydaje się to niemożliwe, wygląda na to że Gumiś robi gorsze zdjęcia ode mnie. Ale dowód, że chodzę w zrobionych przez siebie rzeczach mam.


z poradnika wk …. konsumentki 

Moje szkła (nie dość że progresywne, to w dodatku z koniecznymi w moim przypadku „efektami specjalnymi”) nadają się tylko do wymiany

Pani u optyka spojrzała na moje okulary i zapytała: „Mokre ściereczki do czyszczenia z Rossmana?”


415Przeczytane

13 pięter Filip Springer

Zdecydowanie bardziej podobał mi się jego Zaczyn i Miedzianka, w tej książce udowadnia jedynie, że ma świetne pióro.

Pierwsza cześć książki, to opis sytuacji mieszkaniowej II RP i podejmowane w tym czasie próby rozładowania głodu mieszkań. Druga część to 13 reportaży (tytułowe 13 pięter), które składają się na opis dzisiejszej sytuacji. Rzecz o braku polityki mieszkaniowej – ale z mojego punktu widzenia, czyli oczami kogoś, kto mieszkanie ma, mamy brak bardzo wielu polityk i można zacząć od pytania, dlaczego to brak polityki mieszkaniowej ma być tym najdotkliwszym.

Dla mnie ciekawa był pierwsza część książki (ta o II RP), w drugiej części zaciekawiło mnie jedynie opis tego w jaki sposób, zaledwie w przeciągu kilku lat przekonano rzesze ludzi, że kredyt hipoteczny to kolejny, obowiązkowy szczebel na drabinie społecznego awansu. 

Słowem trochę więcej się po tej książce spodziewałam, ale że dobrze napisana, to „się” czyta …

 

 

Wrześniowe czytanie Szczygła


Włodzimierz Godek  Sądecki tor przeszkód. 

Reportaż o Nowym Sączu, w którym – niczym w czarnej dziurze – znikali ci, którzy po studiach dostali w tym mieście nakaz pracy. Zdaniem autora, W Nowym Sączu takie pojęcie jak życie intelektualne jest raczej nieznane. W jakimś stopniu reportaż jak najbardziej aktualny – kiedyś ogródki działkowe, teraz telewizja. 

 

1957 Jerzy Urban Pamiętnik swata

Reportaż palce lizać. Jerzy Urban  zamieścił w prasie ogłoszenie, że do Krakowa przyjechał Przedstawiciel Agencji Matrymonialnej, który ma oferty od dyplomatów, literatów, artystów z kraju i zagranicy i który będzie przeprowadzał z zainteresowanymi tymi ofertami kobietami bezpłatne rozmowy w dniach …

Zgłosiło się sporo kobiet, jedyną która wietrzyła w tym podstęp, była córa Koryntu, bo skoro bezpłatnie, to lipa. Inne zwierzały się Urbanowi ze swoich oczekiwań, które jak łatwo się domyślić, mało korespondowały z tym, co same miały do zaoferowania. Podobnie jak poprzedni reportaż, wystarczyłaby zmiana dekoracji i pasowałby jak ulał i do dnia dzisiejszego.

 

1957 Marian Brandys Ostatnia bitwa

O bitwie pod Kockiem. Nie do przebrnięcia.

 

1959 Zbigniew Kwiatkowski Zrozumieć ocenić

O Nowym Targu. A raczej o absurdach gospodarki socjalistycznej, w której  prywatna inicjatywa szyła ze skór (nawet czasami była i nagradzana na różnych targach mody), ale która nie miała możliwości legalnego zdobycia materiału. W tamtych czasach Nowy Targ był jedną wielką nielegalną garbarnią – niemy świadkiem była rzeka, do której nocami zrzucano ścieki i  których nikt „nie zauważał”.