Jutro, z tygodniowym opóźnieniem, zaczynam czwarty sezon chemii (w poniedziałek nie było jeszcze opisu TK, był w środę, ale u synka rozpoznano ostre zapalenie oskrzeli i pan doktor nie był pewny, czy i ja na to nie zachoruję). Według lekarzy warto dalej się truć, bo choć nie ma remisji, to rak na tyle wolno idzie to do przodu, że prawdopodobnie jakiś składnik podawanej chemii hamuje jego rozwój. Nawet nie miałam czasu zapytać, czy będę dostawać to co ostatnio, czy mix drugiej i trzeciej linii (po pierwszej linii miałam 30% progresji).
Jedyne istoty zadowolone z piętrzącej się liczby chorych (siedzące miejsca na korytarzu są mglistym wspomnieniem) to gołębie z zielonego skwerku naprzeciwko szpitala. Są tak bezczelne, że z góry zakładają, że po to się siada na ławce by je karmić (w zasadzie wszystkie są szersze, niż dłuższe).

Mila ma podobnie (jest znowu ze mną), jedyne co ma do powiedzenia to to, że coś by zjadła.

No ale od niej nikt nie oczekuje, że po zjedzeniu będzie fruwać.
I tak zaczynam dwunasty miesiąc chorowania. Mam z tyłu głowy, że w mojej sytuacji lepiej za bardzo się nie przyzwyczajać do tego, że się żyje, rozpoznania mi nie zmienili. Ale z drugiej strony, ta prowizorka też już mnie męczy. Na razie zareagowałam jak na mnie standardowo, kupiłam sobie w empiku weekly planner i mam pomysł na „większą” robótkę: kamizelkę do kompletu dla Kwiatuszka. Łada podsunęła mi pomysł by pobawić się odwrotnościami kolorów. Tego co chodzi mi po głowie. Kaffe Fassett by się nie powstydził.
Zanim się za to zabiorę, mam do zrobienia czapeczki w łosie. Przy okazji: spotkałam kogoś, kto zrozumiał moją miłość do Excela, zobaczył jak fajnie kombinować w nim z wzorami: Gackowa odnalazła odpowiednik na swoim MacBooku i trenuje. Wracając do łosi. Z dostępnych w necie wzorów wybrałam ten.

I ułożyłam tak, by pasowały na czapeczkę.

Misiokocyk dla wnuka Gumisia już gotowy.

Pokrowiec na laptop też skończony. To chyba najładniejsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłam.

Ania będzie miła czym szpanować w pracy.
Weekend był ciut męczący. Goście.

I dwa razy kino.
dobry film

Teściowie to rewelacyjna polska komedia. Gra aktorska: mistrzostwo świata. Dialogi wartkie. Zero dłużyzn. Wierzyć się nie chce. Tyle lat posuchy, a tu bum!
W ostatniej chwili nie dochodzi do ślubu, za późno by odwołać wesele. Młodzi uciekli, goście stanowią tylko tło dla grających na pierwszym planie, pochodzących z bardzo różnych sfer, rodziców … polecam!
Natomiast drugi film …
Prawie trzy godziny filmu można podsumować jednym zdaniem: warto ten czas poświęcić na przeczytanie książki Łazarkiewicza. Jest świetna.
Reżyser pogubił się w materiale i zrobił współczesny western. Biało-czarny, nieczytelny dla osób, które nie znają tematu, momentami trochę zbyt patetyczny. Kudy temu do Oscara?
Z netu
Nieznany mi wcześniej Robert Karaś wywalczył w Meksyku rekord świata na dystansie 5 x Ironman. W czasie 67 godz. 58 minut 1 sek przepłynął 19 km, przejechał na rowerze 900 km i przebiegł 211 km. Da się? Da się. Pytanie tylko po co. Bo raczej nie dla zdrowia.




















