Przeczytane (5)

dobra książka 

Moja walka Karl Ove Knausgård

Zadziwiająco dobra książka

 

Opisana bardzo prostym językiem,  bardzo zwyczajna historia. Ale już po przeczytaniu pierwszego tomu nie dziwię się, że książka zrobiła tak zawrotną karierę. 

Pierwszy tom, to opis dzieciństwa oraz momentu, gdy autor, już jako dorosły człowiek, po śmierci ojca organizuje jego pogrzeb. Z tym że nie jest to chronologiczny dziennik dorastania, autor koncentruje się jedynie na wybranych momentach, w ich tle śledzimy przemawiający do wyobraźni zapis kłębiących się wówczas w jego głowie myśli. Nie zawsze są to też przełomowe chwile w życiu (jak np. śmierć ojca), kilkadziesiąt stron jest przeznaczone na perypetie związane z przemycaniem alkoholu na sylwestrową imprezę gdy miał kilkanaście lat. Ale chociaż każda najprostsza czynność opisana jest z imponującą dbałością o najmniejszy szczegół, czyta się to  z dużą przyjemnością. Książka tak zasysa i przenosi w opisywany przez autora świat, że nie jest ważne co się dalej stanie, przyjemność sprawia samo podpatrywanie zmagań autora z rzeczywistością. 

Mnie najbardziej urzekła historia z babcią, która pod koniec życia mieszkała z synem – alkoholikiem. Gdy umarł, nasz bohater postanawia odgruzować zapuszczony, przez lata niesprzątany, dom. Przez kilka pierwszych dni babcia cały czas nerwowo się koło niego kręci, dopytując się, czy czasem nie pije alkoholu. Początkowo jej niepokój odczytuje jako próby upewnienia się, że nie grożą już jej następne traumy związane z pijanym facetem w domu. Dopiero po kilku dniach orientuje się, że u boku ojca babcia też zaczęła popijać i teraz, po jego śmierci, oczekuje że wnuk go zastąpi i będzie pił razem z nią. Ale przedtem, to jak ta babcia chodzi za autorem tych wspomnień i go zaczepia, jest tak sugestywnie opisane, że aż się czuje te zaczepki na własnych plecach. 

Słowem takie współczesne, warte przeczytania, W poszukiwaniu straconego czasu.

 

Wstręt do tulipanów Richard Lourie


Fikcja historyczna – Amsterdam podczas drugiej wojny światowej. Patrzymy oczami dorastającego chłopaka, który poza typowymi dla wieku konfliktami z rówieśnikami, starając się zasłużyć na miłość ojca (alkoholika), chwyta się dorywczych prac, by pomóc rodzinie przetrwać wojnę. 

Najsłabszą stroną tej książki jest jej konstrukcja: nieoczekiwane spotkanie po latach, retrospekcja i od razu, w pierwszym rozdziale dowiadujemy się, że bohater czuje się odpowiedzialny za wydanie Anny Frank. Od tego momentu cała opowieść zmierza do wyjaśnienia tej kwestii. A tymczasem najciekawsze w tej książce jest przedstawienie wojny oczami dziecka. Snując się po Amsterdamie nasz bohater widzi Zagładę, jest świadkiem wielu wydarzeń i moim zdaniem wystarczyłoby, gdyby autor poprzestał na tych obserwacjach. Zupełnie nie potrzebna jest – dodana niczym wisienka na torcie – sprawa Anny Frank

 

Niedzielne dziecko Ingmar Bergman

Bergman wspomina swoje wakacje, gdy miał 8 lat: zabawy z bratem, relacje z rówieśnikami, kłótnie rodziców, nieznośne ciotki itd. Pozornie nic się nie dzieje, sielski nastrój kanikuły, ale przytłacza to wszystko relacja z ojcem. W tle nastrój z Fanny i Aleksander, tyle że zamiast tamtych wnętrz, sceneria szwedzkiej wsi.


Opowiadania odeskie Izaak Babel

Kiedyś dawno temu czytałam te opowiadania. Teraz myślałam, że przypomnę je sobie, słuchając audiobooka. Tymczasem, chociaż Gonera dobrze czyta, tyle tylko z tego audiobooka wyniosłam, że czuję potrzebę wypożyczenia tej książki z bibliotekę i przeczytania w analogu..

Miałam problem z tym, by „zobaczyć” – opisywany w tych opowiadaniach świat odeskich Żydów to gotowe obrazy, które gdy się o nich słucha, migają tylko przed oczami.  

Ale też tak aż szybko to mi to przed oczami nie przelatywało, by nie zauważyć uniwersalności historii końca świata odeskich łotrzyków i ich herszta Benii Krzyka.  

371

Tym razem postanowiłam posprzątać codzienność, zebrałam się w sobie i rozebrałam choinkę. Zwiędła, zmalała, zsiniałą, ale do połowy lutego nie zgubiła żadnej igły.


Czasu na zajęcie sie sobą za dużo nie miałam bo pojechałam na wieś. Miało być dużo brydża, było go mało.

Z braku brydżystów, ktorzy szybko wrócili do Warszawy, poszłam na wiosenny spacer

Niestety młodsze pokolenie nie jest zainteresowane zaadaptowaniem tej stodoły na dom niespokojnej starości, więc trzeba coś nowego wymyśleć

Skoro zabrakło brydża, zabrałam się na wsi za kolejny Misiokocyk. Powinien mieć cztery rzędy misiów, ale by uniknąć robienia z 5 motków na raz i ograniczyć ich liczbę do trzech, postanowiłam robić listwe boczną z tej samej wełny co brzegowy miś. Po powrocie do domu okazało się, że mam za mało zielonej wełny, nie starczy na czwarty rząd

Kolejne Szarotki – kolejny nowy lokal. Tym razem spotkałyśmy się w galerii Duży pokój na Wareckiej. Jeszcze jeden super lokal, wynajmowany przez miasto organizacji pozarządowej. Szarotki zaczęły się o 16, skończyły przed 20. W tym czasie galerię zdjęć przyszły zobaczyć trzy pary. Nie za dużo.  

372

Ja się nie skarżę na swój los, ale nie za bardzo mi nie wychodzi łapanie kilku srok za ogon. Ostatnio trochę poinwestowałam w siebie: komora krio, minimum 20 tys. kroków dziennie i pół godziny gimnastyki plus trochę kina i od razu zaliczyłam czytelniczo-robotkowy dół. I tak by można ciągnąć dalej, a wszystko sprowadza się do tego, że praca zajmuje mi stanowczo za dużo czasu. Z drugiej strony, jak już będę na głodowej emeryturze, nie wiem czy będzie mnie stać na jednodniowe wypady do Krakowa. A było warto. 

Wszystko przez to, że Gumiś oznajmił, że trzeba pochodzić do teatru, póki jeszcze jest na co i wybór padł na Teatr Stary. Wprawdzie potem Minister Kultury napisał list, że nie będzie odwoływał dyrektorów, tylko poczeka jak ich kontrakty wygasną, ale my już miałyśmy bilety w kieszeni.

Z Ańcką pojechałam pustawym Pendolino (chociaż nasz wagon był raczej pełny).


Przed teatrem poszłyśmy na Wawel naładować się dobrą energia – nie tylko nas zwabił wawelski czakram. 


Potem już był teatr.


Dyrektor Teatru Starego, tak na jesieni tłumaczył, wybrane na ten sezon motto: Nie możemy oprzeć się wrażeniu, że stoimy u progu jakiś zasadniczych zmian, że coś czai się na horyzoncie, że mamy ciszę przed burzą. Czy jesteśmy na granicy katastrofy? Czy sytuacja międzynarodowa, czy to w postaci kryzysu europejskiej, sytej tożsamości, czy w postaci zagrożenia ze wschodu, stanie się krytyczna? Jak rozwiąże się napięta sytuacja w naszym kraju? Pięć miesięcy później brzmi to hasło jeszcze bardziej złowrogo.

A sztuka  – Trylogia Jana Klaty zaskakuje.

Nastawiłam się na polemikę z Sienkiewiczem, tymczasem na deskach Trylogia, jako kiepskie romansidło, z tym że podane w w zabawnej formie, z całym mnóstwem odniesień. Aby zrozumieć trzeba znać nie tylko Trylogię i historię Polski, ale i kody kulturowe ostatnich lat. Klata dość dobrze pokazał, że nie ma tu z czego tu być dumnym. Najlepiej podsumowuje to zdanie z recenzji Jakuba Majmurka w Wyborczej: Gdy Anglia przeżywa polityczną rewolucję, gdy w Europie powstaje rachunek różniczkowy, pompa próżniowa i schemat ludzkiego krwiobiegu, my zajęci jesteśmy potyczkami z Tatarami gdzieś na bagnach Prypeci. Nawet jak się śmiać, to tylko przez łzy.

W Warszawie byłyśmy o trzeciej nad ranem (wracałyśmy samochodem). 

W tym tygodniu postanowiłam też zacząć nadrabiać zalegości kinowe,

 


Technicznie bez zarzutu. Zdjęcia, muzyka mistrzowskie! Ale film to także opowieść, a ta jest naciągana. Czasy pionierów: jeden z myśliwych cudem przeżywa atak niedźwiedzia grizli, chwilę potem ciężko ranny zostaje zostawiony w lesie na pastwę losu. Film opowiada o tym jak idzie parę tysięcy kilometrów by dopaść tych, którzy go zdradzili. MacGyver przy nim to ciaptak. Jedna z jego przygód: uciekając przed Indianami, porywa go nurt rwącej rzeki – a on, mimo że ciężko ranny, daje sobie radę na kolejnych kamiennych kaskadach i po jakimś czasie woda wyrzuca go na brzeg. Jest zmia, preria pokryta śniegiem preria, ale on już chwilę później grzeje się przy ognisku. I cały film to sekwencja takich przygód. Po wyjściu z kina było mi głupio, że czasami kominek nie chce mi się rozpalić. 

Film dokumentalny. Janis przedstawiona jak złakniona akceptacji, dojrzewająca na amerykańskim południu zbuntowana dziewczyna, sekowana przez swoje otocznie. Sporo materiałów z tamtych lat. Ach łza się w oku kręci. Ale ona śpiewała. Jak ktoś wie kim ona była, warto pójść.


Oparta na faktach historia duńskiego małżeństwa malarzy (XX wiek, lata trzydzieste,), w którym mąż po kilku latach po ślubie mąż odkrywa w sobie kobietę. Kilka lat później decyduje się ma operację zmiany płci – jest to pierwsza udokumentowana operacja tego typu.

Film – łzawy manifest. O tyle szkoda, ze ma w sobie potencjał i niektóre sceny i sytuacje warte obejrzenia. Ale wymaga to poświęcenia, bo film trwa bite dwie godziny

 

komentarz do atakującej  mnie rzeczywistości 

Sama jestem ciekawa, jaki będzie ciąg dalszy 

WEZWANIE DO ZAPŁATY

W związku z postanowieniem Sądu Rejonowego w Lublinie-Zachód VI Wydział Cywilny, … na mocy którego utracił moc nakaz zapłaty z dnia 29 września 2015 roku, wydany na skutek wniesienia przeciwko mnie 13 sierpnia 2015 r. przez firmę Polska Energetyka Pro pozwu w elektronicznym postępowaniu upominawczym wzywam: do zapłaty kwoty 922, 68 zł, słownie: dziewięciuset dwudziestu dwóch złotych, 68/100 zł (przekazana przez komornika firmie Polska Energetyka Pro kwota 645,64 oraz 277,04 zł pobranych przez komornika kosztów postępowania egzekucyjnego) w terminie 7 dni na moje konto bankowe: ….

373

Wiosna !!!


Nie tylko Fitbit mnie dopinguje (gra. w jaką gram sama ze sobą polega na tym, by te słupki były jak najwyższe) 


Zapisywanie ile jem na stronie tabele-kalorii.pl, spowodowało, że ani na pożegnalnym poczęstunku odchodzącego z pracy kolegi:

ani na sobotnim ciotkowaniu u Joanny, która postawiła na stole faworki, nie brałąm takich kalorycznych bomb do ust.

Bo z tyłu głowy mam cały czas świadomość, że mam mieć ujemny bilans kalorii.

 

Prawdopodobnie mój fitbitowy świr będzie się powiększał: wynik z tego tygodnia przełożył się na 1 kilogram mniej.

Świat na zewnątrz nieustannie dziwi. Codziennie po obudzeniu muszę sobie przypominać w jakiej rzeczywistości żyję. Obserwuję powrót nie tylko do języka, ale i estetyki mojej młodości (to zdjęcie zrobiłam na poczcie w Brwi). 

Patrząc krytycznie na to jak ostatnio funkcjonowałam, rozpoznałam u siebie depresję obywatelską. Staram się wyjść z tego dołka – bardzo pomogło mi zaprzestanie surfowania w necie.

Zawsze mam też swoje ciotki. Nasze spotkania tocza się wokól dwóch tematów: polityki i emerytury, na którą wszystkie chcemy iść i na której żadna nie ma pomysłu jak przeżyć, za to, co dostanie.  

Zrobiłam kolejny Kilimek. Jest dużo ładniejszy niż na zdjęciu, ma bardzo ładne kolory. Musze popraować nad techniką pomponów.  

 

Zabrałam się za kolejny Miosiokocyk. Będzie to ostatnia moja robota z bawełny Dropsa. Przerobię te kłębki, które mam to co mam i będę każdemu odradzać tę włóczkę.   

z pamiętnika wkurwionej konsumentki  

Sąd w Lublinie zawiadomił moją mamę, że uznał jej sprzeciw i przekazał sprawę do sądu rejonowego. Tyle, że mama poszła do banku dowiedziała się, że komornik zabrał nie 900 zł, ale 1800 zł – jedno 900 z konta, drugie z emerytury.

Sąd rejonowy prawdopodobnie zawiesi sprawę do czasu rozpatrzenia sprawy wytoczonej przez miejskiego rzecznika konsumentów – będzie to trwało lata i jak zapadnie wyrok dawno tej firmy-oszusta na rynku nie będzie. 

A moja mama będzie stratna 900 zł – bo nie wyobrażam sobie by komornik jak się go poprosi, nie oddał tych  „dodatkowych” 900 zł. Nie będzie się upierał że należy mu się 1 800 zł, skoro wyrok opiewał na 900 zł. I też dużo się na odsetkach przez tę chwilę nie obłowi. A może nie mam racji? Bo jak „przez pomyłkę” oddał tej firmie zamiast 500, 1000 zł, to raczej na pewno z własnych mamie nie zwróci. 

Ale ja mam pytanie, czy to jest tak, że jak komuś się coś ukradnie i potem odda, to się nie liczy? Bo ja nie rozumiem jakim prawem komornik zabrał mojej mamie 1 800, jak miał tytuł by zabrać 900.  

Oczywiście to nie tak, że teraz będzie inaczej, ludzie się nie zmienią, prawa też nie ruszą – tzn, pewnie wprowadzą kontrolę urzędnicza, bo w tym sezonie to się nosi. Ale odpowiedzialności za swoje czyny na pewno nie – coś takiego przekracza wyobraźnię wszystkich, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. I boją się tego jak diabeł święconej wody. 

Ale widząc jak bezradna jest moja mama, która ma pełny suport prawny i która z tego powodu że została okradziona, nie musi zrezygnować z leków czy martwić się z czego zapłaci za prąd, mogę sobie wyobrazić jak czuje się samotny stary człowiek z 1000 zł rentą.I jak z tej frustracji rodzi się gniew.  

komentarz do atakującej  mnie rzeczywistości 

Fragment tekstu Hołdysa w ostatnim Newsweeku

Na Stadion Dziesięciolecia wpadł polski peleton, a jeden z kolarzy, bodajże Staszek Gazda, na finiszu stracił prowadzenie. Słynny polski dziennikarz Bogdan Tuszyński podszedł wówczas do najważniejszej osoby w państwie – Edwarda Ochaba, przewodniczącego Rady Państwa – i zapytał go: „Panie przewodniczący, co Pan sądzi o dzisiejszym finiszu?”. To było transmitowane na żywo, więc wszyscy w całej Polsce usłyszeli jego odpowiedź: „Ja jestem komunistą i proszę do mnie nie mówić per pan, proszę do mnie mówić ‚towarzyszu’. Tuszyński się przestraszył, i słusznie, bo wtedy za taki „wybryk” można było bardzo ucierpieć. Powtórzył więc pytanie, tym razem zwracając się per „towarzyszu”. Ten odpowiedział wtedy: „No mój Boże!”