X360

Czuję się tak jakbym siedziała na karuzeli. Marzę o „nic nierobieniu” mając pełną świadomość, że pierwsze wolne terminy mam we wrześniu. Wprawdzie w czerwcu prawdopodobnie będę przez przynajmniej tydzień na zwolnieniu, ale tego nie liczę, bo nie jest powiedziane że tym razem zniosę ten zabieg równie dobrze jak rok temu.

Na razie staram się przynajmniej nie mieć za dużych zaległości.

Ruszyłam z ogrodem. Dalej sztywno trzymam się wpojonej mi przez Ańckę zasady, że sadzi się tylko w soboty i środy – stąd nawet niezapowiedziana wizyta dawno nie widzianej Staśki nie była dla mnie powodem by odstąpić od zaplanowanych na sobotę prac ogrodowych.

 

Jak co roku sezon otworzyłam sadząc czerwone pelargonie na parapecie okna sypialni.

 

Na zdjęciu po prawej bez, który nie kwitnie już drugi rok z rzędu. Szukałam wyjaśnienia na ogrodniczych forach, ale tam jak nie kwitnie, to znaczy, że był źle przycięty. Takiej opcji by nie miał kwiatów, mimo, że nie był cięty nie znalazłam.

Ziemia sucha jak pieprz, więc zielny ogródek zrobiłam w doniczkach na tarasie (łatwiej tak ogarnąć podlewanie). Obawiam się, że powoli będziemy sie przestawiać na ten typ uprawy – Gumiś w tym roku wszystkie pomidory powsadzał do doniczek. 

Trzeciego maja miało być spotkanie ciotek w wersji basic, ale Ańćka się wyłamała i byłam zmuszona popisać się kulinarnie przed mniejszym gronem (na zdjęciu kawałek owego grona, czyli Gumiś z Jackiem).

 

Podstawowym powodem mojej kulinarnej dumy był placek z mąki i wody. Mąka, wrzątek, chwila wyrabiania w misce, wałek, chwila na posmarowanej kroplą tłuszczu patelni i gotowe! Wpadłam na ten pomysł kilka dni temu, szukając czegoś „zamiast” chleba” (zawsze jak kupię chleb, chwilę potem cały pochłaniam – w Brwi jest naprawdę dobry).

  

Na ostatnim zdjęciu przyniesiona przez Joannę pascha – w tym przypadku, ile by nie przyniosła, nie było szans by coś zostało dla mnie i na potem.

Z drutami wpakowałam się w mega dłubaninę – nie jestem też już taka pewna, czy efekt końcowy to wynagrodzi

 

dobry film

Byłam w tym tygodniu na niesamowitym filmie

 

 Filmów o umieraniu jest ostatnio sporo, większość z nich lepiej lub gorzej odtwarza te same klisze. Ten niby też – tytułowy opiekun opiekuje się umierającymi w domach (kiedyś, gdy z moją teściową zamieszkała taka kobieta, nazywaliśmy ją Panią śmierć). Ale okazuje się, że tak zgrany temat można bardzo ciekawie, trochę inaczej opowiedzieć  – równolegle do opowieści o tym jak współcześnie wygląda umieranie i jak sobie z tym nie radzimy, powoli poznajemy historię głównego bohatera, dlaczego postanowił w ten sposób zarabiać na życie. Bardzo stonowany, świetnie zagrany, intrygujący film. A zakończenie – wymiata!

Mój synek często zamieszcza w sieci różne piękne widoczki. A mnie bardzo spodobało się to zdjęcie z muzeum w Bangkoku. Więc się chwalę:


 Ale tak naprawdę to to wszystko dzieje się obok. Gdy w głównym nurcie uczestników manifestacji liczą tak samo jak ja liczę zjedzone kalorie, to z jakiegoś punktu widzenia jest to nawet śmieszne. Ale tak generalnie śmiesznie nie jest.


Tym bardziej, że podobno ten Pan, którego ten napis tak zachwyca to poseł od Kukiza.

 

361

W tym tygodniu wyszła książka blogowej koleżanki, Kasi.eire. Jeszcze jej nie przeczytałam – zamówiłam w analogu bo chcę mieć jej autograf i odbieram dopiero w tym tygodniu. Pierwsze takie moje doświadczenie – książka która powstawała na moich oczach. Niby nie jest to moja półka, ale Kaśka ma dobre pióro, więc nastawiam się, że będzie to miłe relaksujące czytadło. Jak przeczytam, dam znać. Inna sprawa, że historia Kaski, to jest dopiero temat na książkę (a może i na film?). 

 

Generalnie jak wiadomo miło nie jest. Na Fejsie udostępniłam stronę:


A potem sobie pomyślałam, że żadnej innej telewizji też nie oglądam. Bo pozostałe są jedynie lepsze od tych, co wcale nie znaczy, że są dobre.  Podobnie jak z Trybunałem Konstytucyjnym – tak się porobiło, że „myśmy wszystko zapomnieli” i  taki Trybunał postrzegamy jako obrońcę wartości.

Staram się zrozumieć coś z otaczającej mnie rzeczywistości, ale zdecydowanie wyprzedza mnie w tym jedna z moich ciotek. Kilka dni temu gdy jechałam z nią pociągiem, zaczęła mi tłumaczyć jedną z teorii socjologii dewiacji, która według niej jest bardzo w tym pomocna i zapominając, że jest w pociągu, a nie na sali,  weszła w rolę wykładowcy. Tak tłumacząc, w pewnej chwili stwierdziła: bo najważniejsze jest, że zgodnie z ta teorią w takiej sytuacji wszyscy jesteśmy pokrzywdzeni, ja jestem pokrzywdzona, ty jesteś pokrzywdzona – tu podniosła głowę i gdy zdała sobie sprawę, że ludzie wokół nas słuchają jej wykładu, nie zrażona i ciągnęła dalej wskazując  ręką – i pani też jest pokrzywdzona

Na szczęście dzieją się i miłe rzeczy:

Dzierganie jest coraz bardziej popularne. na majówce u Gabrysi, zamiast o polityce, gadałam o drutach z kolejną osoba, która na stare lata postanowiła zacząć dziergać.

Mustang


Spore rozczarowanie

Pięć sióstr, sierot, wychowywanych jest przez babcię, na tureckiej wsi. Gdy wchodzą w wiek dojrzewania, w ich wychowaniu zaczyna odgrywać duża rolę wujek, który ma jeden pomysł na ich przyszłość – zamążpójście. I tak po kolei, jedna po drugiej wkracza na drogę bycia nieszczęśliwą kobieta. Temat ciekawy, ale jak dla mnie nie najlepiej skręcony.

To samo można powiedzieć i o kolejnym filmie. – Niewygodna prawda.  

Wybory w USA, Bush staruje na drugą kadencję. Dziennikarze dostają do ręki kompromitujące go materiały, ale niestety tylko kopie. W decydującym starciu zostają zepchnięci do rogu, w którym toczy się dyskusja na temat wiarygodności posiadanych przez nich materiałów, ginie kwestia tego, co jest w nich opisane. 

Niestety podobnie jak w Spotlight, tu również zabrakło pomysłu jak przedstawić tę historię. Ale jest rewelacyjna jak zwykle Cate Blanchet. A patrząc na Roberta Redforda nabrałam pewności – on jest na bank reptilianinem! 


362

W tym tygodniu byłam znów w Teatrze Roma, ale tym razem nie była to trauma:

Lubię Artura Andrusa i jego poczucie humoru, więc wieczór był miły, tylko … ja chyba nie mam teraz humoru na takie kabarety, co to udają że „nic się nie stało”.

Z kolei następnego dnia poszłam na Koncert Leny Piękniewskiej Kołysanki na dobry sen.  

W tle sceny puszczane są z rzutnika zdjęcia przedwojennych Żydów. A ona śpiewa różne smutne piosenki, i po hebrajsku i po polsku. Jedna szczególnie na mnie zrobiła wrażenie. Marzenie – wiersz Abramka Koplowicza trzynastolatka z łódzkiego getta, o tym co będzie robił gdy będzie miał 20 lat (chciał zwiedzać świat, zginął rok później w Auschwitz.

Koncert odbył się w obecnej siedzibie Pożaru w Burdelu (Lena Piękniewska to burdelowa Charlotte). Zrozumiałam dlaczego wolą grać w innych salach, na tej 200 osób to już duszny tłok).

Spotkanie z Wojciechem Bursztą było ostatnim spotkaniem na Łowickiej  – może w przyszłym roku będzie kontynuacja, ale jak znajdą miejsce (i o czym nie mówili, pewnie też i sponsora). Nawet sporo ludzi chodzi na takie spotkania. Myślę, że są to sieroty po Niedzieli filozofów.  

Chyba są dwa wyjścia – albo emigracja wewnętrzna, ale ja nie mam aż tak ciekawego wnętrza bym się sobą nie znudziła po jakimś czasie, albo słuchanie mądrych ludzi. Tyle tylko, że oni ostatnio nie mają nić optymistycznego do powiedzenia.

Fajnie, że są Szarotki. Przynajmniej tam można ładować akumulatory dobrą energią. Tym razem spotkałyśmy się na Młynarskiej.

 

Teresa przyniosła ostatnią zimową Verenę. Dziwne jest to, że nie wszystkie wzory można zobaczyć na Raverly. Te są:

A te na przykład nie:


W tym roku wybieram się też do Torunia na Drutozlot

Przeczytane (15)

Stryjeńska. Diabli nadali Angelina Kuźniak 

Z trzech książek Angeliny Kuźniak jakie przeczytałam (poprzednie były o Papuszy i Marlenie Dietrich), ta była jeszcze najbardziej znośna. W miarę dobrze czyta się ją do momentu wybuchu wojny – Zofia Stryjeńska prowadziła ciekawe życie, więc przy dużej ilości źródeł, było z czego wybierać, a dobra anegdota zawsze zaciekawi (zanim przeczytałam tę książkę wiedziałam o jej życiu tyle, że w awanturze rozwodowej mąż posunął się do tego, że podstępem umieścił ją w szpitalu psychiatrycznym). Ale od wybuchu wojny w książce coraz mniej anegdoty, a coraz więcej tragedii ludzkiej nieporadności, z którą autorka najwyraźniej nie potrafi sobie poradzić. Opis czasów powojennych fragmentami przypomina wyliczankę długów: temu była wina tyle, od tamtego pożyczyła tyle …. Nie tylko jest to nudne, ale i przedstawione w nieczytelny sposób – im bardziej czytałam o tych długach, tym bardziej nie rozumiałam, za co jeździ po tym świecie, opłaca hotel itp. Natomiast wryły mi się w pamieć fragmenty opisujące zachowanie Stryjeńskiej po śmierci syna. Umarł nagle – jak dwa dni po jego śmierci przyjechała do Genewy, aż do pogrzebu ściągała do niego kolejnych lekarzy, oczekując od nich, że go „obudzą”. 

Poza pędzlem miała tez świetne pióro, świadczą o tym jej lisy, notatki. Zaznaczyłam fajne zdanie z jej zapisków: No i trzask! Brzdęk! I po tzw. równowadze duchowej.

Zbierała wycinki prasowe:

Panowie Quillon – lat 81, Davis – lat 77, Puichen – lat 76, stanęli do wyścigu, by wygrać sztuczną szczękę, jaką ofiarował trzem leciwym sportowcom jeden z dentystów”.

O wchodzeniu w mój wiek pisała tak:

Cicho i niespodziewanie nadchodzi »60 lat« i zaczyna się nieład i niewiara, gorączka użycia, prędkie przebieganie repertuaru. Postępująca skleroza wywołuje gorycze pesymizmu, trwogę o własną zwiędłą skórę, chciwość, złowrogą zawiść, zachłanność na zaszczyty itp. Mało wspaniałe, a wstrętne stany uczuciowe. Czyż to są grzechy? Nie – tylko rozkład fizjologiczny

 

dobra książka 

Żeby nie było śladów  Cezary Łazarewicz


Ze wszystkich przeczytanych od początku roku książek, ta zrobiła na mnie największe wrażenie. I nie dlatego, że powaliło mnie to, jak jest napisana – porusza, i to głęboko, jej temat.

Przede wszystkim ci, którzy którzy wtedy w miarę już świadomie żyli mogą „przeżyć to jeszcze raz”. Wartością dodana jest możliwość nałożenia na swoje wspomnienia „historycznej kuchni”.  Bardzo ciekawe – tym bardziej dzisiaj – są też fragmenty w których opisany jest sposób preparowania faktów do mediów.

Ci którzy tamtych czasów nie pamiętają, mogą je poczuć – jak dla mnie jest to książka, która najlepiej oddaje czas stanu wojennego. Dokładnie tak go pamiętam.  

Z tym, że autor był zmuszony oprzeć się przede wszystkim na źródłach pisanych – nikt z ważnych bohaterów nie zgodził się na wywiad. Tu chyba najbardziej zagadkowa część książki, dlaczego nikt nie chciał z nim rozmawiać, mimo, że jest jasne, że przynajmniej dla niektórych wydarzenia z tamtych lat położyły się cieniem na całym ich dalszym życiu. 

Nie ma też odpowiedzi na pytanie kto zabił, chociaż autor wskazuje dwie osoby które najprawdopodobniej powinny za to odpowiedzieć i przekonująco to uzasadnia. Jedna z tych osób, po tym jak nie udało jej się skazać wyjechała do Włoch i dziś umieszcza pełne słońca zdjęcia na fejsbookowym koncie swojej żony. Z wielu rzeczy, które powracają przy czytaniu tek książki, powraca i tamta bezsilna nienawiść

 

Niehalo Ignacy Karpowicz


Debiutancka powieść Karpowicza. Język ten sam co w jego późniejszych książkach, czyli uroczy postmodernistyczny misz-masz błyskotliwych porównań i zwrotów,

Opowieść o Białymstoku w czas wchodzenia do Unii.

Oj łza się w oku kręci.

Teraz, w czas wychodzenia z Unii, pora na kolejną książkę o Białymstoku: Białą siłę, czarną pamięć.