Sylwestra spędziłam w miłym gronie, na miłych rozmowach.
Budzącej tyle emocji szopki nie oglądałam (żadnej innej rzeczy w telewizji też nie), poszłam więc spać w miłym nastroju. Ale zgadzam się z tymi, co uważają, że kolejne granice zostały przekroczone i nie tyle mi przeszkadza przedstawienie JK jako penisa AR, ile drwina z tuszy żony byłego prezydenta, zwłaszcza w świetle urody (i kształtów) stojących na pierwszej linii dziewic prawicy. Ale generalnie przekaz jest jasny, a taki ch….
Plan mam jeden – zająć się sobą, swoimi sprawami, swoimi drutami, swoimi książkami, swoim domem …. podobno nie można być większą egocentryczką ode mnie – w tym roku zamierzam udowodnić, że na tym polu nie powiedziałam ostatniego słowa.
W zeszłym tygodniu nie napisałam, ze był w Zimowym Ogrodzie Filozoficznym – tym razem gościem Tomasza Stawiszyńskiego był historyk Arkadiusz Stempin, a mówił o tym jak w historii i polityce działa nieświadomość.
A po raz ostatni w kinie w 2016 roku byłam na najnowszym filmie Jima Jarmuscha, Patersonie.

Dla tych co lubią jego filmy (ja się do nich zaliczam). Mają niepowtarzalny klimat. Ale te wszystkie urokliwe scenki cieszą, gdy ktoś nie oczekuje od kina opowiedzenie zwartej historii, która na ekranie co chwilę ma nieoczekiwanie zakręcać i wgniatać w fotel. Bohater filmu to młody kierowca autobusu, który pisze wiersze. Jego żona jest przekonana o swojej artystycznej duszy. Bardzo się kochają. I są równie uroczy, jak nieżyciowi (to ostatnie dotyczy głownie jego żony, gra ja prześliczna aktorka, o oryginalnej wschodniej urodzie).