Wróciłam. Zrobiłam zapasy mojej ulubionej herbaty PG (co z tego, że to najniższa półka, kiedy mam wrażenie, że przez to jest stosunkowo mało naszprycowana dodatkami). Moja ukochana Ceylon Supreme Hedley’sa zniknęła z półek, została mi się ino puszka.

Ale ani herbata, ani kupione na lotnisku ukochane perfumy nie zmienią tego, że nie przypominam sobie, bym aż z taką niechęcią wracała do mojej rzeczywistości.
I – jak łatwo można się domyślić – nie dlatego, że trudno się rozstawać z mężczyzną swojego życia.

To dla niego poszłam (o co nigdy bym się wcześniej nie podejrzewała), zwiedzić statek HMS Belfast.

W dodatku – ponieważ zafascynowała go gra w statki na interaktywnej tablicy – spędziłam tam bite cztery godziny.
W każdym razie HMS Belfast był lepszym wyborem niż National History Museum. Stojąc w kolejce opowiadałam mu o dużym dinozaurze, gdy przed nim stanęliśmy, zapytał: kiedy pójdziemy zobaczyć tego dużego dinozaura?

Przed całkowitą klęską uratowała mnie ruchoma kopia T-rexa, Tomek długo nie przyjmował do wiadomości, że nie jest to prawdziwy dinozaur.
A wnuk rośnie. Ścianki na placu zabaw to za mało, poszedł i na większą.

Gugiel jest na wszytko: puściłam sobie i jemu filmik Lear how to ride a bike in 5 minute, poszłam do sklepu by opuścili siodełko i potem było tak jak na tym filmie.

W National Museum spotkała mnie przykrość znikł mój ulubiony pejzaż zimowy Avercampa – jak byłam 36 lat temu zachwyciły nie obrazy Steen’a i Ostade, od tej pory nigdy już nie trafiłam na moment, by wisiało ich tak dużo jak wtedy. Teraz wprawdzie kilka wyjęli, ale tylko kilka. Wtedy, 36 lat temu, kupiłam w muzealnym sklepie pocztówki-reprodukcje, dzięki temu pamiętam co mi się tak spodobało.
Natomiast w galerii obok, czyli w National Portrait Galery dalej straszy David Beckham – nie przemawia do mnie dzieło sztuki w postaci filmiku ze śpiącym celebrytą.

W sali obok zdjęcie Dame Vivienne Westwood – ma na nim 68 lat i jej ciało przypomina na tym zdjęciu pastelową akwarelę, tyle użyto filtrów, a potem pewnie i Photoshopa.

A w Brwi, jak tylko otworzę drzwi lub okno, przychodzi do mnie mój mały rudy przyjaciel. Domaga się pieszczot i małego co nieco. Czasami mam wrażenie, ze nie miałby nic przeciwko temu by zostać na dłużej. Najwyraźniej nie rozumie, że za dużo nie ma mnie w domu, by mieć zwierzaka.

Za tydzień Szarotki (w sobotę nie wybrałam się do Torunia na Drutozlot i trochę teraz tego żałuję). W kinach wysyp dobrych filmów. Czytam świetną powieść – Szczygła Tartt, słucham dobrego dobrego audiobooka – Vernon Subutex, dziergam kolejnego Kilimka:

Słowem staram się wpasować w stare koleiny.
Ale też zamierzam wprowadzić zmiany. Na początku w moim drutowaniu. Teraz – zanim zacznę robotę – zastanowię się do czego to będę nosić. Bo jak na razie, do tej kamizelki w ptaszki nic mi nie pasuje. Ta czapka też tego nie zmieni.