Jeszcze nie tak dawno, kto żyw był wypychany na wcześniejsze emerytury. Niektóre moje ciotki się załapały i wprawdzie chwilę później zawiesiły te emerytury, ale przynajmniej mogą szpanować przy kasach biletowych legitymacją emeryta. Teraz ci sami co kilka lat lat temu z troski o państwo i budżet przegłosowali ustawy o wcześniejszych emeryturach, za chwilę przegłosują wydłużenie wieku emerytalnego. Patrząc na tempo tych zmian, pewnie dożyję całkowietego zlikwidowania emerytur – zastąpi je jakieś świadczenie, którego wysokość będzie uzależniona od stanu finansów państwa. Bismarck dawał emerytury 70-letni urzędnikom, gdy średnia wieku wynosiła 45 lat. Niezależnie od tych emerytalnych zawirowań, cały czas nie mam pomysłu jak urządzić się na starość. Rozglądam się wokół i tak: te ciotki które mieszkają w mieście, planują wyniesienie się na wieś (czasami nawet dość odległą i głuchą), dotyczy to zarówno ciotek samotnych jak i takich, które mają męża na stanie. Z kolei te które mieszkają w podmiejskich domach, rozważają powrót do miast. Czyli póki co, wszystkie jestesmy zgodne w tym, że emerytura oznacza gruntowną zmianę dotychczasowego życia, ale koncepcji na czym ta zmiana ma polegać jest całe mnóstwo.
W tym tygodniu nareszcie były Szarotki. Nie pochwaliłam się na nich moim OjWave3 – czeka dopiero na zszycie (wełnę wykorzystałam co do centymetra i będę musiała spruć kilka rzędów szala, by mieć go czym zszyć).
Na Szarotkach zamówiłam kolejną kauni, tym razem szaro-czarną, na Summita. Marta przyniosła wełnę potrzebną do skończenia PoleGole i już wiem z czego będę robiła nastęny kardigan – zamówiłam u dziewczyn z nowego sklepu z włóczkami, Magicloop Nepala. Włóczek coraz więcej i coraz piękniejszych – gorzej z czasem. Miałabym go dużo więcej, gdybym odspawała się od monitora (w gamelo.net przeszłam planszę 108 i utknęłam na 111).
Jeden dzień
Bywają dobre komedie romantyczne. Bywają dobre melodramaty. Ale nie rozumiem dlaczego Roman Gutek jest dystrybutorem akurat tego filmu? Pomysł na film nie jest jeszcze taki głupi – zilustrowanie tego co działo się przez dwadzieścia lat za pomocą pokazania co działo się w życiu bohaterów filmu w kolejnych latach w dniu 15 lipca (rocznicy poznania). Nie najgorszy i dość często spotykany w życiu jest też schemat fabuły – związek zdefiniowany jako przyjaźń, a więc dający przestrzeń na „prawdziwe” związki, tyle że zbyt „głęboka jest ta przyjaźń, by tamte związki miały jakiekolwiek szanse powodzenia. Nie najgorsze dialogi. Tyle, że nie trzyma się to wszystko kupy i błyskotliwe scenki utopione są w melodramatycznej mazi.
Lone Scherfig wyreżyserowała Włoski dla poczatkujących, Wilburg chce się zabić, niedawno Była sobie dziewczyna. Ta wyliczanka pokazuje jak zjeżdzała w dół. Jednym dniem osiągnęła dno.
No ale ponieważ lubię Annę Hathaway i było trochę dialogów na poziomie, to dwie gwiazdki, nie jedna.
Z następnym filmem było dużo lepiej.
Anonimus to wariacja na temat, jeżeli nie Szekspir, to kto?
Tym razem wskazany jest lord Oxford, zięć Williama Cecila – doradcy królowej Elżbiety. W. Cecil uważa teatr i poezję za dzieło szatana, a że zięć ma tytuł, ale nie pieniądze, musi siedzieć cicho i to co pisze, publikować nie pod swoim nazwiskiem. Jego sztuki – zgodnie z intencją ich autora – są wykorzystywane jako narzędzie walki o władzę – królowa Elżbieta jest stara i schorowana i walka o tron wchodzi w kulminacyjną fazę.
Na początku, gdy zawiązuje się intryga, trudno się w tym wszystkim połapać, w dodatku akcja toczy się równolegle w kilku planach czasowych. Ale im bliżej końca, tym bardziej się to wszystko splata i gdy pojawiają się końcowe napisy wszystko staje się jasne. Jak dla mnie, zbyt wiele wątków zawisa w próżni. Ale też nie jest to zły film. Trochę dziwią mnie tylko trzy gwiazdki w GW.
Listopad to czas Festiwalu Filmów Rosyjskich. W porównaniu do poprzednich lat, ten Festiwal się rozwija – jest dużo nowych filmów i retrospekcja nie jest jego głównym daniem (moim zdaniem WFF jest z roku na roku gorszy, Gutek też w tym roku nie zachwycił, z innymi podobnie).

W ramach tego Festiwalu w tym tygodniu obejrzałam:
W sobotę

W nocy z piątku na sobotę wybuchł pożar w elektrowni w Czarnobylu. W sobotę rano mieszkańcy pobliskiego miasta jeszcze o tym nie wiedzą, toczy się normalne życie. Bohater tego filmu zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje, chce uciec z dziewczyną. Ale ona chce jeszcze przed wyjazdem coś załatwić, potem ucieka im pociąg, wpadają jeszcze na wesele … Błąkały mi się jakieś skojarzenia z Boską komedią. Na amerykańskich filmach tego typu, jest akcja, ktoś kto bierze na siebie odpowiedzialność za innych, walczy ze złymi i na koniec obowiązkowo zwycięża. Na tym filmie marazm, alkohol i pijacki bełkot. Nic się nie dzieje, czasami i przez kilka minut, po jakimś czasie zaczyna wiać przeraźliwą nudą.
Szkoda, bo sam temat ciekawy.
![]()
Faust
Byłam ciekawa z jakim filmem przegrał w Wenecji podobno rewelacyjny ostatni film Polańskiego. Po obejrzeniu tego filmu, myślę że film Polańskiego chyba nie był taki wybitny, skoro przegrał z filmem Sukorowa.
Bo moim zdaniem Faust wybitny nie jest. Piękne zdjęcia. Świetnie dopasowana ścieżka dzwiękowa. Ale męczy oko przytłaczająca brzydota – wszystko w tym filmie jest pokraczne i obrzydliwe. Diabeł to odrażający fizycznie lichwiarz. Faust to bufon, a Małgorzata głupia gęś.
Słowem mnie ten film nie zachwycił.
![]()