Ciapościana
Wielkimi krokami zbliża się zaplanowana na drugą połowę sierpnia kolejna edycja remontowa. Jeszcze się na zaczęło, a już mam dosyć. Szukam biegam i nic nie mogę znaleźć. Zrezygnowałam już z kabiny prysznicowej kupowanej w komplecie – same koszmarki.
Kupowanie w „kawałkach” też łatwe nie jest. Mam problem i stosunkowo mały wybór, bo jeden bok kabiny nie może być szerszy niż 80 cm.
Ponieważ kabiny 80×80 są dość klaustrofobiczne, chciałabym prostokątną, 80×100, lub więcej. Tyle, że w tych które widziałam, wejście jest od strony WC, a ja szukam kabiny z wejściem wbudowanym w węższy bok. Wymyśliłam, że mogłaby być też kabina nie zamykana, typu walk-in, czyli jedna podłużna szyba. I na razie na tym stanęłam. Tyle, że takie kabiny robi tylko kilka firm i póki co natknęłam się tylko na te z bardzo „górnej” półki.
Na niebiesko zaznaczyłam tytułową ciapościanę. Wymyśliłam sobie taką.

Spieszyłam się z projektem, bo w tę niedzielę był ostatni dzień kiedy można było zamawiać odbiór płytek na koniec sierpnia, od przyszłego tygodnia termin realizacji zamówienia to wrzesień. Tyle, że jak przyszło do płacenia okazało się, że przypadku wzorzystych płytek cenę jednej sztuki wzięłam za cenę metra i koszt całości był „powalający”. Siadłam więc do sklepowego kompa, odpaliłam Excela i w ciągu 10 minut popełniłam taki projekt:

Może nawet jest i lepszy, bo mniej naćkany?
Nie mam czasu na druty – mama wyjechana i mam na głowie dwa domy z kotami. Lekko nie jest. Ponadto, korzystając z okazji, wprowadzam u niej małe zmiany. Między innymi kupiłam jej odkurzacz. Taką samą Amicę jak moja. Mam ją prawie dwa lata, myslałam że coś już od tego czasu wymyślili innego, ale dalej w segmencie tanich odkurzaczy nie ma konkurencji. Jak by ktoś szukał dobrego odkurzacza – polecam.
Ponieważ nie mam głowy do jedwabnego szala, a boję sie zaczynać na łapu – capu, wróciłam do granatowej bluzki, ale na cieńszych drutach. Na zdjęciu nie widać różnicy, ale w realu jest i to zasadnicza.

Zabrałam się za siebie. Walczę o dobre BMI.
Jeszcze przed chwilą miałam 26,6.
Teraz mam 25,7.
Nie spocznę póki nie osiągnę przynajmniej 24.
To wszystko wina życia towarzyskiego, lodów i późnego przychodzenia do domu – jedzenie na mieście jest nie tylko niezdrowe, ale i tuczące. W nadchodzącym tygodniu kolejne dwie imprezy. Będzie ciężko!