Przeczytane 2019.16

dobra książka

Przecież ich nie zostawię –praca zbiorowa

Opowieść o kobietach, które podczas wojny opiekowały się żydowskimi sierotami. Zazwyczaj „do końca”.
Moja niezgoda no to, że na cokole pomnika osób, które z poświęceniem własnego życia opiekowały się sierotami samotnie stoi Janusz Korczak, a Stefa Wilczyńska odeszła w zapomnienie tylko się pogłębiła (książka Magdaleny Kicińskiej Pani Stefa mało zmienia, bo książki nie mają tej siły rażenia i to nie one, a pomniki tworzą mity).

Dobrze napisana, ciekawa i zważywszy na temat, przeraźliwie smutna książka. W kolejnych rozdziałach, różne autorki opowiadają o:

  • Annie Taubenfeld i Chanie Kuperberg które jeszcze przed wojną prowadziły ochronkę w Lublinie, a w czasie wojny, wraz z innymi opiekowały się ponad 70-tką dzieci. Zabito je wiosną 1942 roku, wiele osób z oddali przyglądało się, jak kolejne dzieci po strzale wpadały do grobu, na końcu ten sam los spotkał ich opiekunki.
  • Felicji Czerniaków, żonie „tego” Czerniakowa. Był moment kiedy Korczak traktował ją jak wroga, bo uważał że dzięki stanowisku swojego męża „podkrada” na „swoją” ochronkę środki, które powinny iść na jego dom dziecka. Po wojnie nikt nie miał odwagi powiedzieć jej, że jej jedyny syn nie żyje. Cały czas na niego czekała. Pierwowzór tytułowej Karoli z filmu Janusza Majewskiego Czarna suknia z 1961 – można go tutaj obejrzeć.
  • Lubie Blum, przełożonej w szkole pielęgniarskiej, która razem ze swoimi uczennicami za wszelką cenę starała się utrzymać standard świadczonej opieki i gdy za oknem szalał codzienny terror ona wymagała nienagannie wykrochmalonych kornetów.
  • Opiekunkach ochronek w łódzkim getcie. Annie Feuerstein, która w krakowskim domu sierot Dawida Kurzmana podzieliła los pani Stefy od Korczaka.
  • Zofii Zamenhof, córce Ludwika, lekarce, pracującej w szpitalach warszawskiego getta. Ostatnim był ten na Umschlagplatz, z którego razem z pacjentami, pojechała wagonem do Treblinki.
  • Annie Braude-Heller, naczelnym lekarzu szpitala Bersohnów i Baumanów na Śliskiej. Przy likwidacji szpitala, jako ordynator dostała do rozdania kilka numerków życia, oddała je najmłodszym pracownikom a sama dalej pracowała w getcie jako lekarz. Nie wiadomo jak i kiedy w nim zginęła.
  • Wojennych losach sanatorium Medema w Międzeszynie. Zatrudnionym w nim opiekunkom: Toli Minc, Rozalii Ejchner i Hendusi proponowano wyjście na aryjską stronę, wiedziały co je czeka, ale razem z podopiecznymi pojechały do Treblinki.

Uzurpator. Podwójne życie prałata Jankowskiego Piotr Głuchowski, Bożena Aksamit

W moim odczuciu autorzy nie udźwignęli tematu.
Wenę i umiejętności przygniotło poczucie bezsilności. A czyhająca za plecami groźba postępowania sądowego wymusiła skrupulatne przytaczanie wszystkich szczegółów i szczególików opisywanych zdarzeń. Pomogło by książce gdyby była krótsza. Chociaż rozumiem, dlaczego musi być tak obszerna, po buńczucznych zapowiedziach skierowania sprawy do sądu, nie poszły żadne czyny.
Słowem momentami ciężko się to czyta, mimo że autorzy przedni i lekkości pióra odmówić im nie sposób.
W miarę jak czyta się tę książkę, udziela się bezsilność autorów. Wszyscy wiedzieli. Bohater w zasadzie się nie krył. Czuł się u siebie nie tylko na swojej plebanii. Ze swoimi „chłopakami” rozbijał się po kraju, balangował w hotelach. Nikt nie reagował. Urząd Skarbowy nie pytał.
A ponieważ wszyscy mają za paznokciami, prawdopodobnie jeden ucisza drugiego. Ale to musi runąć. Ciekawe tylko co uruchomi tę lawinę.

Jak powstało Przesłuchanie Ryszard Bugajski

Książka dokładnie o tym, co w tytule. Świetnie (i ciekawie) opisane kulisy powstania filmu. Fajnym fragmentem jest szczegółowy opis kolaudacji – odbyła się wiosną 192 roku i w książce przytoczone są, spisane z taśmy magnetofonowej, wypowiedzi jej uczestników” (kilka lat temu czytałabym to jako dokument tamtej epoki, dziś już nie). Deja vu.
Po przeczytaniu tek książki, w ramach uzupełnienia, obejrzałam film Marcela Łozińskiego Tonia i jej dzieci (jest dostępny w Ninotece). Warto

Moje abecadłowo Ludwik Jerzy Kern

Niektóre książki się starzeją szybciej, inne wolniej. Ta, wydana w 2000 roku, już zdążyła się zestarzeć.
Plotki i ploteczki o związanych z Przekrojem krakowianach. Ale po Ludwiku Kernie spodziewałam się lżejszego pióra i większego dowcipu.
Tymczasem jak dla mnie było drętwo i ziało nudą.

Jesiennie

Tempo życia takie, że jak dotąd udało mi się poświęcić tylko jedno sobotnie popołudnie na moje ulubione jesienne zajęcie, czyli kapsułowanie (leżenie w łóżku z książką, laptopem i herbatą). Argument mojej mamy, że na leżenie będę miała całą wieczność, do mnie nie trafia.

W meczu z fachowcami, zdobyłam jednego gola – udało mi się (pierwszą próbę podjęłam w lipcu) doprowadzić do założenia podlicznika na wodę. To jedyny sukces na tym polu. Zrezygnowałam z usług pana od uszczelek i nawiązałam kontakt z nowym zakładem. Cały czas czekam by hydraulik zdemontował pompę. Powinnam też wypompować wodę z linii nawadniających. A nikt nie ma kompresora. Mam autko i powinnam nim jeździć, więc może w przyszłą sobotę pojadę i kupię. Biorąc pod uwagę, jak teraz cenią się fachowcy, zakup zwróciłby się już po dwóch sezonach.

W tym tygodniu pani dentystka założyła mi plombę nowej generacji – jest przezroczysta i „dopasowuje” się kolorem, do ząbka, taka plomba-kameleonik. Żeby taki postęp był i gdzie indziej odczuwalny.

Byłam na Szarotkach, jak posłuchałam wstępnych podsumowań tegorocznych udziergów, z tym co mi się udało skończyć za chwilę będę się uważała za sympatyka, a nie za pełnoprawnego członka tego klubu (jakoś „sympatyczka” i „członkinia” mi nie brzmi).

Cały czas dziergam powoli swoją chustę

Ale jestem tak porażona liczbą nieudanych projektów, że boję się planować. Kiedyś, jak przełamię impas, pomyślę o takiej kamizelce.

Ale to pieśń dalekiej przyszłości.

W tym tygodniu byłam na warsztatach robienia bizuterii z podkoszulków.

Za tydzień kontynuacja. Do tego czasu mam zamiar kupić metalowe zapięcia, bo zabezpieczanie końcówek przyklejonym paskiem, kiepsko wygląda i psuje cały efekt.

Jest jeszcze jest ogród. A w nim zarażony mącznikiem dąb, który nie chce zrzucić wszystkich liści

Wygrabiłam całą ściółkę i teraz mam zamiar nanieść zdrową (czyli bez chorych liści) – trochę przypomina mi to przenoszenie piasku na pustyni z jednego miejsca na drugie. Jak już to zrobię, resztę liści dębu będę musiała wyzbierać rękami, trochę to czasochłonne. Ale rododendrony uratowałam, więc się chwalę (gorzej z mahonią, tu nie mam sukcesu, dalej cała zagrzybiona).

Ciągle jeszcze dużo się w ogrodzie dzieje. W tym roku imponująco zakwitła trzmielina.

W domu za to zakwitł zygokaktus, inaczej zwany grudnikiem, bo kwitnie w grudniu. Poczuł już święta?

dobry film

Bóg istnieje, a jej imię to Petrunia

Petrunia ma 32 lata, jest grubą, nieatrakcyjną bezrobotną absolwentką historii. Na kolejnej rozmowie o pracę, znów zostaje zdołowana: dowiaduje się, że nie nadaje się na sekretarkę,bo jest za brzydka by się z nią przespać.

Tego samego dnia, w macedońskim miasteczku, w którym mieszka odbywa się doroczna uroczystość religijna – kończy się tym, że na moście ksiądz rzuca do wody krzyż. Na ten moment młodzi mężczyźni czekają cały rok. Ten, który go wyłowi, staje się miejscowym bohaterem… tyle, że w tym roku wyławia go z wody Petrunia.

I tu zaczyna się historia, bo tego, że krzyż może wyłowić kobieta nikt nie brał pod uwagę.

Świetny obraz mizoginicznego świata. Film tak ciekawy, że nie przeszkadzają różne techniczne niedoróbki. Nie w tym jego siła.

Przeczytane 2019.15

dobra książka

Depesze Michael Herr

Dziennik o piekle jakim była wojnie Wietnamie.

W latach 1967-68 autor był korespondentem wojennym i napisał tę książkę z perspektywy zwykłych żołnierzy. Siłą tej książki jest sposób narracji, język, tempo – wszystko to idealnie współgra z opisywaną rzeczywistością.

I chociaż wojna w Wietnamie to zamierzchła przeszłość, sama książka się nie zestarzała, tak samo jest na każdej innej wojnie. Może zmieniły coś social media uniemożliwiające odcięcie się od reszty świata? Dowiemy się o tym, gdy ktoś napisze o tym książkę. Z tym, że biorąc pod uwagę kunszt książki Herra, porzeczka zawieszona jest bardzo wysoko.

Mariusz Urbanek Profesor Weigl

Jak zawsze u tego autora – kolejna biografia, którą za to samo można lubić: ciekawa, życzliwie przestawiona postać, jak i do tego samego przyczepić: autor często prześlizguje się po trudniejszych sprawach. Chociaż z drugiej strony, to ostatnie można traktować nie jak zarzut, ale zaletę – tak jak i w poprzednich biografiach, autor konsekwentnie „pudełkowe” aspekty życia załatwia kilkoma okrągłymi zdaniami.

Życiorys Rudolfa Weigla to gotowy materiał na film. Urodził się na Morawach, jego rodzina pochodziła z Niemiec. Gdy miał 4 lata umarł mu ojciec, jakiś czas potem matka wyszła kolejny raz za mąż tym razem za Polaka. Nie miał więc w sobie nawet kropli polskiej krwi, a tylko za Polaka się uważał. I wszystko przemawia za ty, że przez tę polskość z wyboru, której się nigdy nie zaparł, nie dostał Nobla. Już przez wojną był na liście nominatów. Ale „ubiegł” go Francuz Charles Nicolle, który udowodnił, że zarazki tyfusu są roznoszone przez wszy. Za stworzoną dwa lata później szczepionkę Weigl nie dostał nagrody, bo uznano nie można jej drugi raz przyznać „za to samo”. W czasie wojny Niemcy za podpisanie reichslisty obiecywali mu poparcie w Komitecie Noblowskim (mieli tam wówczas spore możliwości). Odmówił, bo czuł się Polakiem. Po wojnie uwalono jego kandydaturę, zarzucając mu że nie jest prawdziwym Polakiem i współpracował z Niemcami.

A tak na marginesie, profesor Rudolf Weigl powinien zostać polskim patronem ruchu Zero waste

Któregoś roku postanowił zracjonalizować sposób, w jaki żona, syn i służąca używają zapałek. Przeprowadził eksperyment i udowod­nił, że nie da się wszystkich pięćdziesięciu zapałek mieszczących się w pudełku zapalić, pocierając je wzdłuż draski, bo się ją wcześniej ze­trze. Natomiast pocierając zapałki w poprzek ścianki pokrytej fosfo­rem – można! Wniosek był prosty: żeby nie marnować niepotrzebnie zapałek, wystarczy zapalać je zgodnie ze wskazówkami profesora. „Wchodząc do kuchni, ojciec zawsze sprawdzał, jak wyglądają pudeł­ka zapałek” – wspominał syn. To było zmorą domowników, dodał.

Uczony opracował nawet specjalną metodę parzenia herbaty, bo tylko dzięki temu nabierała pożądanej przez profesora mocy. „Kuchar­ka przy mnie pytała się go, którym sposobem ma teraz herbatę zapa­rzyć” – wspominał wizyty w domu szefa Zbigniew Stuchly. Weigla złościło też, gdy z dzióbka dzbanka, z którego nalewano kawę czy mleko, skapywały krople płynu, brudząc w dodatku obrus. I na to znalazł sposób. Uznał, że wystarczy przy dolnej krawędzi wylotu dzióbka zrobić dodatkowy otwór, a kropla wpłynie z powrotem do dzbanka. Mieczysław Szymański, właściciel wytwórni wyrobów szklanych i specjalista od urzeczywistniania wszelkich pomysłów pro­fesora w zakresie nawet najbardziej skomplikowanego szkła laborato­ryjnego, wykonał zamówione naczynie. „Prototyp takiego dzbanka zdał egzamin” – napisał Jan Reutt. Ale potem, jak wiele innych pomy­słów Weigla, poszedł w zapomnienie. Profesor sprawdzał także, czy płomień gazu pod garnkami na ku­chence jest odpowiedniej wielkości. Nie za duży i nie za mały; powi­nien być taki, żeby jak najlepiej wykorzystać jego temperaturę. Iryto­wało to resztę rodziny, ale po latach syn doszedł do wniosku, że ojciec wdrażał w domu coś, co później nazwano ergonometrią i uczyniono odrębną gałęzią nauki.

Spróchniały krzyż Joanna Podgórska

Sprawnie napisana książka o bardzo dalekiej od jakiegokolwiek partnerstwa relacji państwo-kościół. W żaden sposób nie odkrywcza, ale warto przeczytać, bo dobrze porządkuje w głowie ten temat.

Nie jest to książka o całokształcie relacji kościół-państwo, tylko o tym co, jak i w jakim zakresie kościół zawłaszcza na światopoglądowym poletku. Wprawdzie życie codziennie pisze ciąg dalszy, ale wystarczy tego co na nami.

Jak zawsze w tego typu książkach uwielbiam przypominać słowa wielkich autorytetów Kościoła.

Dla św. Augustyna, wielożeństwo stał wyżej niż miłość i pożądanie jednej kobiety: „Pochwalam raczej wykorzystywanie płodności wielu kobiet dla niesamolubnego celu niż ciała jednej ze względu na nią tylko. Gdyż w pierwszym z tych wypadków zmierza się do korzyści zgodnej z potrzebą tamtych starotestamentowych czasów, w drugim chodzi jedynie o zaspokojenie lubieżności skierowanej na ziemską przyjemność.

Dla Arystotelesa treści prawa natury były wspólne wszystkim ludziom (…) Przy czym nie przeszkadzało mu to aprobować niewolnictwa jako naturalnego panowania obdarzonych większym rozumem (Greków) nad stojącymi niżej (barbarzyńcami).

Z kolei wg św. Tomasz kobieta jest jedynie pomocą w płodzeniu i pełni pożyteczną funkcję w gospodarstwie domowym. On z kolei nie bardzo mógł zrozumieć, skąd się biorą kobiety. Jak z czegoś tak doskonałego jak męskie nasienie może powstać twór tak wadliwy? W końcu doszedł do wniosku, że musi to być wpływ południowych wiatrów, które niosąc deszcze, sprawiają, że rodzą się dzieci z większą zawartością wody, czyli dziewczynki. Akceptował też niewolnictwo; po prostu niektórzy z powodu słabości rozumu przeznaczeni są do służenia innym jako obdarzone duszą narzędzia.

I tylko dziwi, że ludzie jak ten świstak dalej te cukierki w papierek owijają.

Izrael nie tylko dla pielgrzymów

Cały, widoczny na mapce program wycieczki, został zrealizowany (podkreśliłam miasta, gdzie nocowaliśmy).

Jak dla mnie było może trochę za dużo kościołów i za mało czasu na zwiedzanie „reszty” (np. Akce, pochodziliśmy tylko po mieście, cytadeli już nie zwiedziliśmy), ale generalnie był to bardzo udany format. Zwłaszcza z takim przewodnikiem jak Zuza.

Natomiast jeżeli chodzi o sam Izrael, mam mieszane uczucia. Przede wszystkim spodziewałam się, że ten kraj będzie bogatszy i bardziej „europejski”. Pakiet „Ziemi świętej” mnie nie rusza i zważywszy na stopień komercjalizacji, dziwi mnie jedynie to, że ludzie są tam jeszcze zdolni do religijnych uniesień.

Znam wiele osób, które uważają Izrael za miejsce magiczne, ja – przynajmniej podczas tej wycieczki – tego nie poczułam.

Z drugiej strony, wąskie uliczki z domami z kamienia,

czy pustynia, cieszą oczy.

Więc też nie tak, że żałowałam, że pojechałam.

Dalej nie wiem, jaką walutę warto tam ze sobą zabrać: szekle czy dolary. Wszędzie można płacić w obu, z tym że cena towaru jest podawana tylko w jednej z nich. Odniosłam wrażenie, że nie jest dobrze gdy płaci się dolarami, tam gdzie ceny są w szeklach i na odwrót, zawsze jak przelicza sprzedawca to zawsze jest się sporo stratnym. Jakimś wyjściem jest karta typu Revolut (ale też nie wszędzie, bo w wielu miejscach nie można płacić kartą).

Karty trzeba zabrać i w plastiku, ja miałam tylko w telefonie. Zapomniałam, że aby opłacić kartą w telefonie musiałabym mieć włączona transmisję danych. Na przyszłość będę pamiętać.

Dalej udoskonalam swój backpackerski ekwipunek. Na tej wycieczce do nerki, w której zawsze noszę paszport, doczepiłam na smyczy komórkę: idealnie się to sprawdziło, ani razu nie szukałam telefonu (karty i pieniądze noszę w ciekiem, przystającej do ciała „kaburze”, też polecam). Kolejny raz dobrze też wyszłam na tym, że miałam ze sobą kubek i grzałkę.

Przed następnym wyjazdem swój ekwipunek muszę uzupełnić o wielofunkcyjny scyzoryk.

A teraz wracam do prozy życia: chciałabym by było wesołe, barwne i optymistyczne. Wokół kolejne znaki, że nie znamy dnia, ani godziny gdy przy kolejnych profilaktycznych badaniach, gapiąc się w podłączony do USG ekran lekarz „coś” w nas w środku zobaczy.

Powoli wracam do dziergactwa.

Ma powstać coś takiego (Hummingbird Feathers Shawl):

dobry film

Portret kobiety w ogniu

Francja. XVIII wiek. Matka wynajmuje portrecistkę, aby ta, w tajemnicy przed jej córką, namalowała jej portret. Z jedne strony: kostiumowe. ale idące z duchem czasu, romansidło czyli feministyczna opowieść o miłości dwóch bohaterek.

Ale też każdy kadr to uczta dla oczu. Bardzo mało słów, ale wszystkie celnie trafiające w punkt. Gra na najwyższym poziomie. Słowem dobry film, ale dla koneserów.

dobry serial

Katarzyna Wielka

Opowieść o związku Katarzyny Wielkiej z Potiomkinem. Związała się z nim w wieku 42 lat, umarła mając 67 (Potiomkin umarł 5 lat wcześniej).

Serial o władzy, której utrzymanie nigdy nie jest łatwe a gdy się jest austriacka księżniczka na rosyjskim tronie i rządzi się samodzielnie, jest zadaniem wręcz karkołomnym. To, że Helen Mirren ma 74 lata (wygląda świetnie, ale młoda nie jest) nie przeszkadza, bo gry miłosne są w tym filmie dla Katarzyny jedynie narzędziem, nawet jeżeli czasami zdarza się jej mówić coś innego.

Wygląda na to, że za nami złote czasy platform filmowych. Jest ich coraz więcej, każda ma coś ciekawego, ale „pilnie” strzeże swoich atutów. Na Netflixie za chwilę puszczą Crown, jest kolejny sezon Frankie and Grace, więc przez miesiąc, chętnie bym tam tam pobuszowała, ale decydować się na pełny abonament mi się nie chce.

Zrobiłam wielką listę rzeczy do zrobienia w domu i wokół domu. A na horyzoncie już widać Christmas. Kiedy ja to wszystko zdążę zrobić?