355

Coraz bardziej boję się otwierać strony z wiadomościami. Ale zakładając, bo tak podobno trzeba, by nie zwariować, że ten świat jeszcze chwilę będzie istniał, mam problem z czasem. Dla wygody często w tygodniu często zostaję w Wwie u mamy. Jak jeszcze tak jak teraz biegam na kriokomorę, to nawet jak pojadę do Brwi, jestem za późno w domu, by się zabierać za coś dużego. Jak jeszcze do tego dochodzą weekendowe wyjścia, ogród wygląda tak, że żal patrzeć.

Postanowiłam przestać zmniejszyć areał trawnika, tam gdzie sięgają korzenie sosen i tak zamiast trawy rosną chwasty. Za to bluszcz świetnie sobie radzi, więc teraz będę go powoli rozsadzać.



Gorzej, że tam gdzie może być trawnik zalęgło mi się jakieś cholerne coś. Ma to bardzo rozległe korzenie, nawet nie mogę tego wytępić roundupem, ma odnogi i pod pod mahonią, więc nawet jak opryskam, to tam się uchowa i jak tylko będzie można ruszy z powrotem na podbój mojego trawnika.

W kinach plaża na Subtelność poszłam trochę na siłę.

Subtelny romans sądowy. On jest sędzią, od którego odeszła żona. I pewnego dnia, jako sędzia przysięgły pojawia się ona – lekarka, która kiedyś opiekowała się nim, gdy po wypadku leżał w szpitalu. W tle proces, na początku wina była oczywista, a w którym z godziny na godzinę, przestaje to być takie pewne.

Do obejrzenia w telewizji (jak jeszcze ktoś ją ogląda), w kinie niekoniecznie.

A Jerzy Stuhr w swojej książce  Ja kontra bas też narzeka na współczesny teatr. Bo za naszych czasów … 



 

Dykcja aktorów młodego pokolenia:

Wdrażanie tego nawyku ćwiczenia u młodych lu­dzi uczących się w szkołach artystycznych sprawia mi jako pedagogowi coraz więcej kłopotu (…) przedmioty, które pozwalają akto­rowi kształtować formę, są przeważnie – a nawet na pewno – bardzo nudne, żmudne, nieatrakcyjne, a młodzi ludzie dzisiaj są przyzwyczajeni, by uczyć się tego, co lubią. Jak polubić ćwiczenie, w którym dla rozpracowania przykurczu szczękowego trzeba dziennie około godziny trzymać pionowo w zębach pudełko od zapałek (trzymałem je od roku 1969 do 1970, w czasie studiów w szkole teatralnej) czy dla uelastycznienia górnej wargi jak najszybciej głośno na jednym dźwięku wypowiedzieć lub wyśpiewać: „mamomemimu, nanoneninu, papopepipu, lalolelilu, tatotetitu, dadodedidu”. Coraz trudniej młodych adeptów sztuki aktorskiej na to namówić, co potem niestety słychać (a może właśnie nie słychać) ze sce­ny.

Krzysztof Lupa zdobył u mnie kolejny minus:

Pamiętam taki egzamin u profesora Krystiana Lupy na drugim bodajże czy trzecim roku. Najpierw wyszedł przed komisję egzaminacyjną profesor Lupa i oświadczył: „Bardzo proszę komisję, aby nie zwracała uwagi na dykcję i impostację głosu”. „To na co?” — jęknęły głucho panie profesorki, zwłaszcza starszego pokolenia, a za kulisami słychać było figlar­ne chichoty studentów, uradowanych, że wreszcie pedagog uwalnia ich od głupiego „mamomemimu.

O improwizacji, która we współczesnym wydaniu zazwyczaj oznacza jedynie bezwładny chaos:

Pozwolę so­bie na kolejną dygresję unaoczniającą różnicę po­koleniową w sztuce aktorskiej. Otóż tam, gdzie na scenie czy planie filmowym zaczynają rządzić mną emocje, absolutnie wystrzegam się improwizacji. Muszę mieć wszystko, a zwłaszcza warstwę teksto­wą, niezwykle precyzyjnie przygotowane. Bo emocja nie rządzi się prawami logicznego myślenia, mówiąc prościej — „odbiera rozum” i kończy się najczęściej na wywrzaskiwanych „piii. Debiut fabularny Krzysztofa Kieślowskiego pt. Petrochemia w Płocku. Był to jeden z pierwszych filmów zajmujących się problemem skażenia śro­dowiska. Dyrektora grał wybitny aktor Franciszek Pieczka. Pamiętam, jakie pan Franciszek, który przecież nie mógł być uczniem Lupy, miał kłopoty z improwizacją na planie. Gdy Kieślowski nieśmiało (debiutant!) prosił o zaimprowizowanie, pan Pieczka krzyczał: „Niech mi pan napisze, to ja – zaimprowizuję. Nieprawda, że improwizacja to absolutna wol­ność. Nie, rządzą nią żelazne reguły formalne. Muzycy jazzowi improwizują, ale nieubłagane wę­dzidło perkusji wybija wciąż ten sam rytm i reszta musi się do niego stosować. Nasi wielcy romantycy, kiedy się umawiali na biesiady improwizacyjne, naj­pierw ustalali: improwizujemy trzynastozgłoskowcem czy sekstyną? (…)Pomyś­lałem sobie też wtedy, że ów wstęp Krystiana Lupy otwiera nowy rozdział aktorstwa i estetyki teatral­nej w Polsce. Od tej chwili mniej ważne w warsztacie f aktora będzie dotarcie do całej, czasem wielkiej wi­downi. Im te widownie już nie będą potrzebne. Gdy już im przyjdzie dla nich grać, użyją mikrofonów albo się ich zbliżenia pokaże na rozwieszonym nad sceną ekranie za pomocą wszędobylskiej kamerki. To raczej my, widzowie, powinniśmy wykonać wy­siłek dotarcia do ich świata przedstawionego, jeśli nas łaskawie do niego dopuszczą.

Generalnie książka taka sobie. Już trzydzieści lat Jerzy Stuhr jeździ po świecie z monodramem Kontrabas. Ja kontra bas to luźne refleksje jakie mu z tej okazji przyszły do głowy.

Z pamiętnika wk … konsumentki

Wysłałam do Solid Security taki mail:

7 lipca br. otrzymałam sms z wezwaniem do zapłaty w przeciągu 3 dni . W windykacji Państwa firmy dowiedziałam się, że „brakuje” wpłaty z lipca 2013 roku. Sprawdziłam w banku: rzeczywiście w lipcu 2013 roku nie została wpłacona comiesięczna należność – ale to dlatego, że czerwca 2013 zapłaciłam ww. kwotę dwa razy. O tym, że saldo na moim rachunku powinno się zgadzać, poinformowałam o tym Państwa dział windykacji i miano do mnie w tej sprawie jeszcze oddzwonić. Ponieważ nikt się do mnie nie odezwał, zwracam się z prośbą o potwierdzenie tą drogą, że sprawa została wyjaśniona i nie zalegam wobec Solid Security z żadną wpłatą.

Przy okazji chciałam zwrócić uwagę, że nie podoba mi się przekazywanie tego typu informacji dopiero po kilku latach. Zgodnie z obowiązującymi przepisami każda firma musi co roku sporządzać bilans i to wtedy – jeżeli nie jest to robione na bieżąco – powinny być pisane tego typu monity. Zgłoszenie się z taką sprawa po trzech latach dla kogoś kto opłaca rachunki na poczcie oznacza niemożność udowodnienia dokonania takiej wpłaty (nieliczni przetrzymują latami takie rachunki). Z kolei dla kogoś kto zamknął konto, czy zmienił bank wiążę się to z koniecznością uiszczenia wcale nie tak małej opłaty.

Nie odpowiedzieli na ten mail. Wyślę to poleconym. Wolę mieć na piśmie, że nie zalegam. 

Przeczytane (27)

dobra książka 

Preparator Hubert Klimko-Dobrzaniecki  


Preparator to zawód głównego bohatera zawodu – polega na przygotowywaniu zwłok do złożenia w trumnie. 

Książka ma formę „spowiedzi życia” – swoją opowieść snuje po tym jak coś popełnił coś strasznego. Jak tak opowiada o tym co przeżył, nasuwa się na ile sam stworzył swój los, a na ile wykuło mu ten los dorastanie w patologicznej (dziś się mówi dysfunkcyjnej) rodzinie. Opresyjne normy i zakazy, struganie dzieci według chorych wyobrażeń (począwszy od tępienia leworęczności) podlane religijnym sosem. Słowem od początku nie było mu lekko, ale też nigdzie dalej w swoim dorosłym życiu nie poszedł. Począwszy od tego, ze swój zawód „odziedziczył” po tatusiu. Następnie założył, dysfunkcyjną rodzinę, a potem to już poszło … 

Czyta się to tak, jak by to był reportaż, nie powieść. Jest to wprawdzie oparte na faktach, ale jest też w tym sporo dodanej przez autora „wartości dodanej” (tzw. „powieść dokumentalna).

Przejmująca książka. I jak zawsze u niego, rewelacyjnie napisana.

Świeżo po przeczytaniu Preparatora, błędnie przekonana o tym, ze prozy Klimko- Dobrzanieckiego nie ma w ebookach (kiedyś tak było, ale świat pędzi do przodu),, weszłam do empiku i kupiłam jego kolejną książkę: Samotność.


Pisana w pierwszej osobie opowieść o bogatym, niepracującym, bo żyjącym ze spadku, Austriaku.

Bruno Stressmeyer nie budzi sympatii – jest wyniosłą, faszyzującą, ksenofobiczną zimną ryba, która delektuje się czystym i pięknym życiem w samotności. Ta samotność zapewnia mu nie tylko ciszę i spokój, ale i pewność że nikt nie zakłóci wystylizowanej harmonii codziennego życia.

O bogatej Europie, której przewróciło się w głowie i do jakiej to doprowadziło egzystencjalnej pustki. Coś w klimacie Houellebecq’ a (z tym, że bez obscenicznych opisów seksu).

Klimko Dobrzaniecki to zdecydowanie mój faworyt wśród współcześnie piszących polskich pisarzy.

Weekend w Trójmieście

Pojechałam pociągiem spędzić weekend u Mońka.  

Nie tylko po Warszawie oprowadzają zakochani w swoim mieście pasjonaci, wszędzie można się na to załapać. W Gdańsku w ten sposób zwiedziłam Nowy Port, Dawna dzielnica portowa ostatecznie umarła, gdy w latach 50-tych by ograniczyć wynoszenie przez robotników, port odgrodzono płotem i od tej chwili prowadzące do niego drogi prowadziły już do nikąd

.

Zapomniana i niedoinwestowana dzielnica dziś ma być poddana tzw. rewitalizacji. Z tym, że w odrestaurowanie zabytkowych budynków za bardzo nie wierzę. Tym bardziej, że nie są one aż tak wielkiej urody, do kamienic z gdańskiej starówki im daleko … 


Okazało się, że jeszcze nie tak dawno wpływające do portu statki witała umieszczona na dachu rzeźba Statuy Wolności (dziś zasłaniają ją inne budynki).  

Nie miałam też pojęcia, że w tak szybkim tempie narastał ląd. Ta dziś oddalona od morza o prawie kilometr baszta, była budowana na samym brzegu morza.

Inna sprawa, że z tą odbudową też różnie bywa. Dawniej nad Nowym Portem królował kościół z dwiema szpiczastymi wieżami. Kościół wojnę wprawdzie przetrwał, ale w takim stanie, że zamiast wież, dostał mały, wieżyczkopodobny kikutek.

W rewitalizacji Nowego Portu mają wziąć czynny udział mieszkańcy Nowego Portu. To jak wystroili  otoczenie swojej parafii nie nastraja optymistycznie. Ale to jest szerszy problem.


Mieszkałam na Zaspie. Blokowisko jakich wiele, ale jak się bliżej przyjrzeć jest (a raczej było) integralną koncepcją architektoniczną. Budynki tworzyły plastry miodu, a w środku królowała zieleń. Dziś w każdą dziurę wkręca się deweloper i wygląda to coraz gorzej. Na tych nowych blokach nie ma nawet miejsca na murale, z których słynie Zaspa.

Chyba też warto je obejść z przewodnikiem. odsłuchałam kilka historii na Youtubie, ale to nie to samo. W każdym razie murali z Wałęsą jeszcze nie zamalowano.

Ale widać „nowe”. W Europejskim Centrum Solidarności jeszcze stare klimaty, ale już na murze:


 

Jak Moniek, to i teatr 


Książkę jako lekturę obowiązkową czytałam, ale o ile do Lalki wracałam i dalej kocham ją miłością wielką, to mimo upływu lat Faraon nie przestał dla mnie wydzielać „zapaszku „lektury szkolnej”. Film Kawalerowicza również do mnie nie przemówił – prawdopodobnie dlatego, że już wówczas Zelnik nie pachniał dla mnie sex-appealem, tylko cuchnął podróbką hollywoodzkiej tandety. Dziś jest to chyba najbardziej aktualna książka z kanonu lektur szkolnych i naprawdę trzeba się postarać by opowiadana w niej historia nie brzmiała bardzo aktualnie. A tymczasem przedstawienie Teatru Wybrzeża udowadnia, ze jest to możliwe. Wprawdzie od czasu do czasu pada ze sceny jakieś zdanie, które w zamyśle reżysera miało prawdopodobnie nawiązywać do tego co się dzieje na zewnątrz, ale widownia na to nie reaguje, bo to nie o to w teatrze chodzi. Opowiedzianą przez Prusa historię można poznać biorąc do ręki książkę lub bryk. W teatrze warto by była jakaś wartość dodana. Z cała sztuką jest tak jak ze stojącym na proscenium chórze. Zapamiętam, bo stanowił element wpadającej w pamięć, ciekawej scenografii. Z tym co mówili było jest w gorzej – momentami rozpaczliwie brakowało mi prompetra. Ale ponieważ znam książkę, nie przeszkadzało mi to w dalszym śledzeniu historii. A może nie jest źle wystawiona sztuka, tylko nie trafiła w moje oczekiwania? To już czytany na deskach Teatru Narodowego Pan Tadeusz był momentami bardziej „wywrotowy”.


Za to adaptacja powieści Jelinek Amatorki zapiera dech. Oczywiście jak to u Jelinek – ludzie ani nie są ładni, ani ładnie nie postępują. Jej bohaterowie to żałosne, głupie, spętane normami i oczekiwaniami społecznymi manekiny żyjące w świecie, w którym to kobiety płacą wysokie rachunki. I wszystko to okraszone seksem z lekko obscenicznym wydźwiękiem. Ale jak to jest zagrane!  Nie znam tych aktorów, może grają w jakiś serialach, może nie. Ale są dobrzy. Z tym, że w tym współczesnym znaczeniu dobrego aktorstwa. Dykcji Zapasiewicza oczywiście nie mają.

Przeczytane (25)

dobra książka 

Praska orgia Philip Roth

Moim zdaniem jednym z powodów tego, że PRL był najweselszym barakiem w obozie, było to, że w przeciwieństwie do innych demoludów, rewolucja kulturalna przebiegała u nas wyjątkowo płytko. W dużym uproszczeniu: w latach stalinowskich, nie tyle podważano znaczenie elit, ile postanowiono jednych zastąpić drugimi, a Gomułka nie zdążył się rozkręcić.

W zasadzie dopiero teraz nie jest tylko plan wyautowania inteligencji (a raczej tej resztki która jeszcze tu została), ale w dodatku ma on szanse na udaną realizację. Myślę że uruchomione zostaną podobne mechanizmy jakie zastosowano w Czechosłowacji po 68 roku. Chociażby dlatego warto przeczytać tę książkę..

Amerykański dziennikarz przyjeżdża na prośbę czeskiego emigranta na kilka dni do Pragi po zostawiony przez niego rękopis opowiadań. Roth napisał te powieść po tym, jak odwiedził Pragę i spotkał się z czeskimi dysydentami, jest więc to powieść z kluczem. I jak to u niego dobrze napisana, z tzw. nerwem. Inna sprawa że czytana dzisiaj, gdy historia zatacza koło, przeraźliwie smutna.

 Czy nie brzmi to znajomo?

 Rosjanie myślą stuleciami. Instynktownie wiedzą, że żyją w długim trwaniu i że czas należy do nich. Są tym głęboko przekonani i mają rację. Prawda wygląda tak: z upływem czasu ludność stopniowo godzi się ze swym losem. Minęło osiem lat, prześladuje się tylko pisarzy i intelektualistów, tłumi się tylko literaturę i filozofię – wszyscy inni są zadowoleni, zadowoleni nawet ze swej nienawiści do Rosjan, a przeważnie żyje im się lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Sama skromność nakazuje zostawić ich w spokoju. Trudno lamentować nad zakazem druku, nie zastanowiwszy się, czy nie przemawia przez nas tylko własna próżność (…) Pokazałbym panu, jak wygląda normalne życie w Czechosłowacji. Zrozumiałby pan, że zwykły obywatel tego kraju wcale nie myśli tak, jak ludzie, których pan sobie upodobał. Nie zachowuje się tak jak oni i wcale ich nie podziwia. Normalny Czech brzydzi się takimi ludźmi. Kim oni są? To zboczeńcy seksualni. Wyalienowani neurotycy. Zgorzkniali ekomaniacy. Wydają się panu odważni? Podnieca pana cena, jaką płacą za swoją wielką sztukę? Ich „święty” Kafka wiedział przynajmniej, że jest dziwadłem, zdawał sobie sprawę ze swej niezdolności do prowadzenia normalnego, zdrowego życia u boku rodaków. Ale tamci ludzie? To nieuleczalni dewianci, którzy chcieliby ze swojego oblicza moralnego uczynić normę. Co gorsza, pozostawieni sami sobie, niczym nie skrępowani, ludzie ci zniszczyliby nasz kraj. Nie mówię nawet o ich degeneracji moralnej. Przez swój sposób życia przynoszą tylko nieszczęście sobie i swoim rodzinom, niszczą życie swoich dzieci. Myślę tutaj o ich głupocie politycznej. 

  dobry audiobook 

Straszydła na co dzień Karel Michal

 

Nawet już nie pamiętam, skąd się dowiedziałam o tej książce. Z tym, że nie przeczytałam, a wysłuchałam, ale w jakim wykonaniu! Czytają m.in. Krzysztof Globisz, Krzysztof Gosztyła, Marian Opania, Jerzy Stuhr, Maria Peszek, Jan Peszek, Maria Seweryn Wiktor Zborowski.

Czeski humor w najlepszym wydaniu. Opowiadania o duchach. Dla mnie najlepszym było opowiadanie o martwym kocie, który nie zaczął się po śmierci rozkładać, tylko zaczął mówić.

Najsmutniejsze jest posłowie: napisana przez jego partnerkę, Violę Fischerova  biografia autora. W Czechosłowacji lekko mu nie było, w młodości prześladowano go za pochodzenie, potem za poglądy. Nie odnalazł się też i na emigracji. Po „wyjeździe” 68 roku, zamieszkał w Szwajcarii i tam, w połowie lat 80-tych popełnił samobójstwo.