Przeczytałam (42)

dobra książka 

Ganbare. Warsztaty umierania – Katarzyna Boni

Ganbare to opowieść o Japonii po trzęsieniu ziemi w 2011 roku i o tym jak sobie radzą jej mieszkańcy ze zniszczeniami jakie spowodowało nawet nie tyle to trzęsienie, co wywołane tym trzęsieniem tsunami. Warsztaty z płakania, które mają przełamać zapisaną w tej kulturze nieokazywanie uczuć. Warsztaty z umierania, które mają oswoić ze śmiercią. Tradycja nakazuje pochować kości zmarłych, bo inaczej nie zaznają spokoju. Trudno sprostać jej wymaganiom, w czas katastrof. Świetna książka. Japończycy nie są w niej tacy dzielni i hardzi. Drogi wcale nie są tak szybko odbudowywane. Nikt jeszcze nie wymyślił jak zlikwidować skażenie wokół Fukiszimy. I tak jak się można było domyśleć., wcale nie łatwo im żyć ze świadomością, że nie była to ostatnia katastrofa naturalna w Japonii.

Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił Jennifer Teege 

Jennifer Teege ma dość skomplikowany życiorys. Matka Niemka, ojciec Nigeryjczyk. Krótko byli w związku. Niedługo po urodzeniu Jennifer została oddana do rodziny zastępczej, utrzymywała wówczas kontakt z rodziną matki, zdążyła pokochać swoją babcię Ruth. Gdy miała sześć lat została adaptowana. przestała się wówczas kontaktować ze swoją rodziną biologiczną. Dorosła, założyła rodzinę, urodziła dzieci. Po drodze studiowała hebrajski w Izraelu i tam też nawiązała przyjaźnie. I pewnego dnia, zupełnie przez przypadek, w wieku 38 lat dowiedziała się że jest wnuczką „rzeźnika z Krakowa” – sadystyczny komendant obozu w Płaszowie – Amona Goeth’a. A jej ukochana babcia, która w międzyczasie popełniła samobójstwo, mieszkała z nim w Płaszowie i nie mogła nie wiedzieć kim jest jej mężczyzna. Książka to zapis tego jak autorka próbuje sobie z tym poradzić. Opisane jest to bardzo szczerze, ale i trochę infantylnie. To co jest dla mnie niezrozumiałe, to siła więzi Jennifer Teege z rodziną biologiczną. Ale to jak o tym pisze daje do myślenia.

I odpuść nam nasze winy Janusz Leon Wiśniewski

Kiepsko opowiedziana historia romansu Andrzeja Zauchy z żoną francuskiego dziennikarza. Książka Wiśniewskiego w zasadzie oparta jest na wywiadzie tym francuskim dziennikarzem, ich zabójca, który odsiedział już swój wyrok, założył rodzinę i zaszył się gdzieś na polskiej prowincji. Inni z nim rozmawiać nie chcieli. Nie dziwię się. Autor bardzo chciał „ocieplić” wizerunek zabójcy. Ale przynajmniej ze mną mu się to nie udało. Czytając co ma do powiedzenie, nie odniosłam wrażenia by tak bardzo się zmienił – jest zadowolony, bo wydaje mu się, że znalazł kobietę która go nie zdradzi. Czego tylko – wiedząc do czego jest zdolny – można tylko jej j jemu życzyć.

347

Fejsbuk mi zaproponował spotkanie z Krzysztofem Środą, autorem książki Las nie czeka, zapisałam termin w telefonie, nie sprawdziłam czy się coś nie zmieniło i poszłam. Przy wejściu zdziwiłam się dlaczego jest tak dużo ludzi i zamiast do księgarni, wszyscy jadą schodami do góry. Przemknęła mi nawet myśl, że może to z powodu tak dużego zainteresowania , przenieśli spotkanie z księgarni na piętro. Na najwyższym piętrze Domu Jabłkowskich było już dużo ludzi, którzy już na pierwszy rzut oka wyglądali na gorszy sort, więc banner KOD-u mnie nie zdziwił, tyle że dalej nie wiedziałam o co chodzi. Usiadłam, wzięłam druty i spokojnie czekałam co dalej. Po jakimś czasie usłyszałam oklaski, wstałam i zobaczyłam jak wchodzi Adam Michnik.


Gadali z Maziarskim o Polsce. Chyba są większymi optymistami niż ja. Ludziom podobał się socjalizm, nie podobał im się brak kiełbasy i antykościelność. Kościół jest, kiełbasy długo jeszcze nie zabraknie, więc ja bym na bunt suwerena nie liczyła. I nie przeceniałabym siły czarnego poniedziałku, za dużo wizerunkowo stracili, by tak to zostawić.

Oczywiście byli i goście z „tamtej strony”. Gdy przyszedł czas na pytania z sali, jeden z nich zabrał głos, zaczął bronić ONR-u i atakować Michnika za nazywanie ich faszystami. Ale nie był dobrze przygotowany. Michnik zgasił go odwołując się do przedwojennej delegalizacji tej organizacji. Ponieważ o tym chłopców na ich kursach nie uczyli, nie wiedzieli co odpowiedzieć, więc wstali i wyszli.

Spotkanie z Krzysztofem Środą było przeniesione na następny dzień. Nastawiłam się na nie, więc poszłam.


Ciekawie mówił o swoich podróżach do Maroka, przyjaźni z Czeczenami. Mogę mieć tylko nadzieję, że książka o tym będzie równie ciekawa (kupiłam ebooka). Ale gdzie nie pójdę, ludzie mówią o poczuciu nadchodzącej katastrofy.

Podobno zrobili badania i lepszy sort jest teraz szczęśliwy. Ale czy szczęśliwi ludzie robią takie murale?


Takie coś jest namalowane na Młynarskiej, przy Żytniej. Niedawno. Bo na przedostatnich Szarotkach tego nie widziałam (albo nie rzuciło mi się w oczy). 

Mnie szczęście ma przynieść taka zawieszka – prezent od Joanny:

Na Szarotkach zobaczyłam kupione w Tigerze „kółko do robienia sznurków” – są tam też miseczki na włóczkę. Nie za tanie – 25 zł/sztuka. 

Na razie cieszy mnie wszystko co jeszcze się nie zmieniło, jest takie jakie było i do czego się przez te lata przyzwyczaiłam. Na przykład Warszawski Festiwal Filmowy (chyba nie wszyscy tak mają, na WFF dziwnie mało ludzi, są ciągle bilety na wszystkie filmy).

 

Już pierwszego dnia na prawie pustej największej sali Multikina w Złotych Tarasach obejrzałam dobry kameralny film: Po tamtej stronie.  

dobry film 


Vesna ma dorosłe dzieci wnuka i przeszłość, która ukrywa przed obcymi. Gdy w Chorwacji wybuchła wojna, jej mąż stanął po drugiej stronie, był oskarżony o zbrodnie, niedawno wyszedł na wolność. Chociaż ani ona, ani jej dzieci od 20 lat się z nim nie kontaktowali, to kim był, dalej rzuca cień na ich życie: córka nie może dostać upragnionej pracy, dawni sąsiedzi oczekują, że Vesna skontaktuje się z mężem i pomoże im znaleźć groby zamordowanych przez niego ich bliskich.  Pewnego dnia Vesna odbiera od niego telefon …

Świetny film. Cudownie nie przewidywalny,  nie oczywisty z zaskakującymi zwrotami akcji i trudnym do przewidzenia zakończeniem.  Niesamowity jest kontrast wagi problemów, z którymi zmagają się bohaterowie z tym, jak to jest opowiedziane: spokojnie, w rytmie codziennego życia,  ani przez chwilę, nic w tym filmie nie dzieje się na wysokim „c”.

dobry film 

Antena

Kolejny rewelacyjny film. Współczesny Izrael. Sąsiedzka wojna o zamontowaną na dachu przekaźnikową. ten co zamontował podpisał umowę i gdyby od niej odstąpił, zapłaciłby ogromną karę. Drugi uważa, że wytwarza promieniowanie i z tego powodu pogorszył się jego stan zdrowia. W wojnę z anteną angażuje swoich trzech dorosłych synów. 

Ciepły, momentami wesoły, momentami tragiczny portret współczesnej rodziny. Po zakończeniu projekcji widownia klaskała i te oklaski były jak najbardziej zasłużone. 

Opowieści z Meksyku 


Spodziewałam się czegoś więcej.

Kilka filmów (każdy innego reżysera), które w całości opowiadają 100 lat historii Meksyku. Bardzo lubię takie epopeje, a tu czegoś mi brakowało. Z jednej strony każdy film miał stanowić odrębna całość, z drugiej niektóre watki, nagle , w kolejnej etiudzie miały swoją kontynuację.

Ale tez nie jest to zły film. I niektóre „odcinku” oglądałam z zaciekawieniem.

I tak jak to czasami bywa, byłam przekonana, ze z tych trzech film o Meksyku będzie najlepszy, a był najsłabszy.

Z poradnika wk … konsumentki

Napisałam do NC+ takie pismo:

Zwracam się o rozwiązanie umowy z miesięcznym terminem wypowiedzenia. Powodem niniejszego wypowiedzenia, jest brak technicznych warunków do odbioru sygnału przy pomocy standardowych rozwiązań. Podjęłam decyzję, że nie skorzystam z usług kolejnego montera obiecującego, że jeżeli zainwestuje w odpowiedni „wysięgnik” to tym razem, jemu na pewno uda mu się złapać sygnał. Takich przed nim było kilku, każdy to obiecywał, ale efekt był zawsze taki sam – po kilku dniach wszystko wracało normy. W efekcie w zasadzie od ponad roku nie mam możliwości odbierania telewizji (dobrej jakości odbioru nigdy nie miałam, ale czasami coś na ekranie było widać).

Tak na marginesie: to polityce Państwa firmy – czyli braku wsparcia technicznego i skazaniu klientów na korzystanie z usług „monterów” – zawdzięczam całkowite odzwyczajenie się od oglądania telewizji.

348

Była Kasia.eire i poszłyśmy na Ostatnią rodzinę

Historia rodziny Beksińskich to temat na serial, nie dwugodzinny film. Tu skoncentrowano się na problemie z Tomkiem, który nie potrafiąc poczuć radości życia, chce się zabić – matka tego nie rozumie i cierpi, ojciec stara się go zrozumieć i próbuje to zaakceptować. Inne wątki są tylko zasygnalizowane – aby wiedzieć co się pod nimi kryje, trzeba coś wiedzieć o czasach PRL-u, nie zaszkodzi też znać książkę Grzebałkowskiej.  

Z tym, że nie jest to konieczne do zrozumienia filmu. Popis gry aktorskiej. Na koniec pokazane są amatorskie, kręcone przez Beksińkskich, filmy – budzi podziw jak odtwórcy trzech głównych ról upodobnili się do odtwarzanych przez siebie postaci. 

Ale też nie jest tak, że popełniono błąd nie wskazując go jako kandydata do Oskara, na to jest to według mnie film za bardzo ‚lokalny”. 

W drugiej połowie tygodnia pojechałam na Suwalszczyznę, na sam koniec Polski:

Gdzie nie spojrzeć tam krowy:

Niektóre mają bardzo ciekawe pyski:

Ale też nie jest tak, że spacerowałam patrząc na krowy. Pochłonęły mnie prace ogrodowe, między innymi przygotowałam miejsce na rabatkę:

Polska coraz bardziej przypomina step. Posadzone przy drogach drzewa to smętnie wyschnięte badyle. To nie było suche lato, padało, a zieleni coraz mniej i ziemia sucha jak pieprz. Przez ten brak zieleni coraz bardziej widoczna jest betonowa brzydota współczesnej architektury. Bolą od niej oczy. Wszelkie rekordy biją domy weselne – są tak koszmarne, że zasługują na album. Czekam kiedy Filip Springer o tym napisze.

Wszyscy wokół pełni nadziei po czarnych marszu. Moim zdaniem Polska B trzyma się mocno. I jak czyta, to takie gazety:

  

349

W tym tygodniu zdobywałam sprawność opiekunki. Przy okazji uświadomiłam sobie, jak bardzo rozrósł się we mnie gen egoizmu. Kot jest fajny, ale nawet w sobotę i niedzielę bezlitośnie budził mnie o siódmej rano.

Pies lubił wprawdzie rano pospać, ale lubił też chodzić na długie spacery. A ja niekoniecznie. Nie mam samochodu, nie muszę w ten sposób nabijać kroków. 

Słowem w domu pusto, ale chyba tak wolę. Pogadać to sobie mogę przez telefon. Dodatkowo, po raz pierwszy od dawna żyłam w rytmie praca-dom, żadnego skrętu po drodze w bok. Też mi to nie przypadło do gustu.  

Zanim zaczęłam być opiekunką, zdążyłam pójść do kina.  

Geniusz


Oparta na faktach historia przyjaźni nowojorskiego redaktora literackiego (gra go Colin Firth, to dla niego poszłam do kina) z Thomasem Wolfem. Redaktor zajmuje się wyszukiwaniem talentów i ma na swoim koncie spore sukcesy: Hemingway, Fitzgerald. Wolf ma nadzieję, że gdy w niego uwierzy, podzieli ich sukces. I tak się dzieje. Ale Wolf jest bardzo trudnym partnerem w tej przyjaźni.

Popis gry aktorskiej i bardzo fajnie pokazana ówczesna Ameryka.

Po opiekuńczej szychcie wybrałam się na koncert. Szkoda, że jak tylko skończyły się Szalone Dni Muzyki, Plac Teatralny znów zaczął pełnić role miejskiego parkingu. Z zielenią, nawet taką z rolki i w doniczkach, jest mu dużo bardziej do twarzy. 

 

Na koncercie, na którym byłam, grali nie tylko utwory znane nawet takim antymelomanom jak ja. Był i bęben taiko. Pan Japończyk wyszedł ubrany bardzo inaczej od reszty orkiestry (jak zaczął grać to zdjął nawet i ten kubraczek) i zapamiętale walił w wojenny bęben, a orkiestra dawała lekki tusz. Bęben był biało-czerwony, grzmiało tak, że przypominały mi się ekranizacje Hoffmana i jestem więcej niż pewna, że byłby piękną ozdoba na urządzanych ostatnio okolicznościowych imprezach. Pasuje nie tylko kolorystycznie.

 

Rękawiczki w ptaszki sprułam – były za ciasne, ale są dalej w planie. W przerwie postanowiłam zagospodarować szary Rowan tweed, co miał być w jednym odcieniu, ale nie był. Tym samym został skazany na żakard. Miała być z tego długa kamizelka, ze skośnymi paskami, ale mi nie wychodziło.

Po kilku wieczorach prób, zdecydowałam się na kombinację tych dwóch żakardów:

I robię.

Jak zwykle do pierwszego prucia.