Przeczytane (52)

Dziewczyna z pociągu Paula Hawkings

Rok temu często widziałam, jak ktoś w pociągu czytał tę książkę. Zaciekawiona dlaczego cieszy się taką popularnością wzięłam do ręki i teraz, po przeczytaniu, zupełnie tego nie rozumiem, Sprawny kryminał, nic poza tym. W dodatku chyba nie najlepiej przetłumaczony. Podobno film jest dużo lepszy. Ale teraz wiedziałabym od pierwszego kadru kto zabił – taka wiedza w oglądaniu kryminałów „trochę” przeszkadza.

Dziewczyna z kamienia Izabela Cywińska


Autobiografia. Z tym, że kamień w tytule nie ma nic wspólnego (tak myślałam w pierwszej chwili) ze spiżem. Tak nazywał się przedwojenny majątek jej rodziny, w którym Izabella Cywińska spędziła pierwsze lata życia.

Mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony (traktuje to jako oczywistą oznakę starości) coraz bardziej lubię książki historyczne, o latach które już pamiętam. Fajnie się je konfrontuje z własnymi wspomnieniami.

Z drugiej strony za dużo w tej książce o teatrze, o sztukach których nie widziałam (większość z nich była wystawiona spoza Warszawą), o aktorach tamtejszych teatrów, których również nie znam. No i coś co budzi największe kontrowersje – rząd Mazowieckiego. Mam do nich żal o podłożenie ładunków wybuchowych pod III RP. Dlatego gdy czytam o jej ówczesnych wzruszeniach (pamiętam, też mnie to wówczas wzruszało), to ich udawana naiwność budzi tylko mój gniew. Nie przyjmuję wyjaśnień, że nie zdawali sobie wówczas sprawy. Kto jak kto, ale akurat oni mieli ogromną wiedzę historyczną.

A na deser jej refleksje z pierwszych dni dobrej zmiany

Zawsze uważałam, że klęsk i porażek narodowych nie powinniśmy zbytnio eksponować w naszym świętowaniu i pamiętaniu przeszłości. Co w takim razie zrobić z ostatnimi dwoma stuleciami, w których głównie przegrywaliśmy? Ja jestem cała z Gombrowicza. Uciekłam z jego „Transatlantyku”. Ale nie „od Polski”, tylko „do innej Polski”. Racjonalnej. Pozbawionej złudzeń, zabezpieczonej przed trującymi mitami. Może dlatego, że ukształtowały mnie czasy Peerelu, zmuszające nas, mnie, do życia w kłamstwie. Żyłam wtedy z jednej strony w bezkrytycznym kulcie Dwudziestolecia, a z drugiej mocowałam się z upaństwowionym patriotyzmem. Osaczały mnie te przejęte na własność słowa: ojczyzna (ale koniecznie z przymiotnikiem „ludowa ), patriotyzm (wyłącznie „prawdziwy”, czyli lepszy, komunistyczny). Gdzie tylko spojrzeć, puszyły się w tamtej Polsce różne Związki Patriotów Polskich, chwalono księży-patriotów, na koniec, już w latach osiemdziesiątych, próbowano nas zaktywizować Patriotycznym Ruchem Odrodzenia Narodowego (osławiony PRON!). Patriotyzm był takim dyżurnym skłamanym słowem-hasłem, które zbierało pod wspólny mianownik kilka innych mniejszych kłamstw. Był elementem powszechnej paranoi! Ale moje pokolenie – a przynajmniej jego część, jednak jakoś to wytrzymało, odzyskało to skradzione słowo. 1 dziś za patriotyzm w czasie pokoju, a nie wojny (nigdy nie przestanę podkreślać tej różnicy!) uznaje uczciwą pracę, terminowe płacenie podatków, solidarność w chwilach dla ojczyzny trudnych i… odrzucenie postawy roszczeniowej: „bo mi się należy!”, „bo zostaliśmy skrzywdzeni!”, bo „oni o nas zapomnieli!”. Napisałam z rozpędu „odzyskaliśmy skradzione słowo – «patriotyzm»”. Niestety, na krótko. Bo ostatnio ukradła je nam część Polaków uważających się za tych „prawdziwych” i „lepszych”, obywateli i synów Ojczyzny. Naród podzielony na lud smoleński i całą resztę ma znowu dwa patriotyzmy. Dziś, ilekroć mijam warszawski pomnik Małego Powstańca, myślę o nas, idących ze świeczkami w dłoniach przez ciemny kurpiowski bór. Czy to był tylko symbol naszej naiwności, czy raczej piękny i odważny gest młodzieży, która pamiętała, jak ważne są czasem takie gesty? Co wtedy tak naprawdę świętowaliśmy? Jaką ojczyznę kochaliśmy? Te nasze gorące dyskusje i „partyzanckie” nocne podchody w Wacliu poprzedziły kolejny mocny cios zadany przez zetempowców gronu profesorskiemu. To wtedy wyrzucili profesora Eugeniusza Frankowskiego, kierownika katedry etnografii, specjalistę od kultury Basków, naszego opiekuna. Nie wiem, czy dużo się od niego nauczyłam, ale na pewno dzięki niemu poznałam wagę fundamentalnych pytań: kto, kiedy, po co, dlaczego, jak? Kazał nam, młodym naukowcom, stosować je zawsze i wszędzie, w każdej dziedzinie życia, nie tylko w pracy. Okazały się niezbędne nie tylko przy opisie cepów na Kurpiach Białych, ale także później, na próbach analitycznych w teatrze. 

Las nie uprzedza Krzysztof Środa

Opowieść, która nie ma ani początku, ani końca. Rozważania o tym co każdy z nas, żyjąc „tu i teraz” widzi – łatwo odnaleźć w nich swoje myśli. Wszystko podszyte lękiem o przyszłość, świadomością jak kruchy jest ten nasz bezpieczny świat, jak łatwo się może zawalić. Tak jak tym, którzy do nas przyjechali, przywożąc ze sobą przekonanie o nieuchronności nadchodzącej katastrofy. W książce Krzysztofa Środy w tej roli występują Czeczenii. Zarażony tym niepokojem wiezie go do Maroka i obserwuje tam przez niego, niczym przez pryzmat, dobrze znane z poprzednich podróży kąty. Pytanie czy widzi coś, bo to ze sobą przywiózł, czy widzi to, bo zaszła zmiana, pozostaje otwarte.

Moja walka Karl Ove Knausgård

Spodobała mi się jego Moja walka 1, więc sięgnięcie po Moją walkę 2 było tylko kwestią czasu (w kolekcje czekają następne tomy). Współczesny skandynawski Proust Tym razem pierwsze lata małżeństwa, porzucenie Norwegii i zamieszkanie w Szwecji.  Autor abiera się też za pisanie książki, która w przyszłości zapewni mu sławę (czyli Mojej walki). Facet potrafi pisać, kolejny raz zdałam sobie z tego sprawę gdy uświadomiłam sobie że nie znudził mnie kilkudziesięciu stronicowy opis spędzenia z córką przedpołudnia na placu zabaw w parku. Z drugiej strony, rozpisana na wiele tomów autobiografia chwilami ostro przyspiesza, nagle przeskakujemy o kilka lat, pisarz ma trójkę dzieci, mieszka na prowincji, nie w Sztokholmie. Ale tak jak i wcześniej, lubi się zatrzymać na jednym wydarzeniu w wnikliwie przyglądać się towarzyszącym mu w tym uczuciom.

 

Smutek cinkciarza Sylwia Chutnik


Kolejna książka z serii Na F/AKTACH. Tym razem opowieść o PRL-owskim warszawskim cinkciarzu. Książka ma format „spowiedzi życia” , jaką bohater snuje już zza grobu i jest świetną opowieścią o życiu codziennym „warstw niższych” w owych czasach. Pierwowzorem głównego bohatera był cinkciarz z Trójmiasta, który został zamordowany w windzie własnego domu. Wszystkie poszlaki wskazywały na to, kto jest mordercą, ale w sądzie mu tego nie udowodniono i sprawa została umorzona. Dla mnie książka kończy się tam, gdzie powinna się zacząć, czyli na morderstwie w windzie. To co stało się potem skwitowane jest kilkunastoma zdaniami. Ja mam niedosyt, lubię reportaże sądowe.

Jakbym kiedyś miała napisać książkę, to zdanie wzięłabym na motto:

Życie to poszczególne momenty z puentą

Celnie wytłumaczone to, czego jesteśmy świadkiem

Powód gniewu był zawsze ten sam – że im ktoś zabrał życie. Że mieli się radować i żyć, a żyli na niby, w mękach, na siłę i w desperacji. Przezywali życie, a nie mieli z niego pożytku. I za to nienawidzili wszystkich, a siebie najbardziej

dobra książka  

Wchodzi koń do baru David Grosman

Na Goodreads jestem jedyną osobą, która kiedykolwiek przeczytała tę książkę. Dziwne, bo nawet na okładce są recenzje wskazujące na to, że książka ukazała się już w kilku językach, polskie tłumaczenie jest kolejnym (może tylko nie potrafiłam jej powiązać z żadną inna książką Dawida Grosmana na tym portalu?). 

A książka warta przeczytania. Polecam. Całą opowieść ogranicza się do jednego wieczoru w knajpie, w której tego wieczoru ma swoje przedstawienie (wg. formatu tzw. stand-up comedy) starzejący się komik, Dowale. Zamiast sypać żartami, czego oczekuje publiczność, zaczyna opowieść o swoim życiu. Co jakiś czas – przywoływany przez widzów do porządku, znów zaczyna opowiadać żarty. Ale przez to jego przedstawienie, wcale nie robi się śmieszne, tylko coraz bardziej tragiczne. W międzyczasie orientujemy się ze niektóre osoby na widowni nie są przypadkowe … Bardzo gorzka opowieść o życiu. To, że to wszystko nie skończy się happy endem jest oczywiste, już po kilku pierwszych stronach. Ale jest to tak napisane, że chociaż wiadomo jak się to skończy i na pewno ta powieść humoru nie poprawia – czyta się z zapartym tchem. Inna sprawa, ze pomaga to, że nie jest to długa opowieść – 240 stron. Zanurzyć się w czymś takim na 800 stron, chyba bym nie dała rady.

W normalnych czasach, ten opowiedziany przez Dowale kawał kojarzył by się z d…. Ale czasy teraz takie, że mi się skojarzył z politykami PO i ich zdolnością do zaadoptowania się do nowej sytuacji.

Jest sobie statek, który tonie na morzu, tylko jednemu facetowi udaje się na czas wyskoczyć i płynie przed siebie. Macha rękami, woda go zalewa, ale płynie. Wreszcie resztką sił dopływa do jakiejś wyspy i widzi, że oprócz niego uratowały się pies i koza. (…) Mija tydzień, mijają dwa tygodnie, wyspa jest pusta, nie ma ludzi, nie ma zwierząt, tylko facet, koza i pies (…) Po miesiącu facet na wyspie jest podniecony jak jasna cholera. Patrzy w prawo, patrzy w lewo, żadnej baby w zasięgu wzroku, tylko koza. Mija kolejny tydzień, on już nie może wytrzymać, przycisnęło go nie na żarty, zaraz eksploduje. (…) Kolejny tydzień mija i facet już nie wytrzymuje, podchodzi do kozy, wyciąga kapucyna, ale raptem pies zrywa się i warczy, grrrrr! Jakby mówił: uważaj, ani się waż dotknąć kozy! Trudno, facet spietrał, zwija interes i kombinuje: w nocy kundel zaśnie, wtedy zadziałam. Przychodzi noc, pies chrapie, a ten po cichu czołga się do kozy. Jeszcze się do niej nie dobrał, a pies rzuca się jak pantera, szczeka, ślepia nabiegłe krwią, kły jak noże, no więc co ma biedny gościu robić, kładzie się z powrotem spać z sinymi do bólu jajami. (…) I tak im leci czas na wyspie, następnego dnia to samo, mija jeszcze jeden dzień, tydzień, miesiąc. Za każdym razem, jak tylko facet zbliża się do kozy, pies od razu: grrr! (…)Pewnego dnia facet siedzi załamany na brzegu morza, nagle w oddali widzi dym, następny statek tonie! A ze statku wyskakuje blondynka, w pełni wyposażona: wszystko ma na swoim miejscu, jest za co chwycić. Facet ani przez moment się nie waha, wskakuje do wody, płynie, płynie, dociera do blondynki. Ona już prawie utonęła, on ją łapie, holuje na wyspę, kładzie na piasku, ona otwiera oczy, śliczna jak marzenie, jak modelka, i mówi: Mój bohaterze! My hero, cała jestem twoja, możesz ze mną zrobić, co tylko zechcesz! A wtedy on rozgląda się ostrożnie na boki i mówi jej cichutko na ucho: Mogłabyś mi na chwilę przytrzymać tego psa?

Strach mieć dziecko

Stoję w kolejce po chleb, za mną mężczyzna, mniej więcej w wieku mojego synka. Dobrze ubrany, nawet jeżeli nie hipster, to te klimaty. Zaczepia go starsza kobieta, widać że go zna, ale dawno go nie widziała (nauczycielka?) i pyta co u niego. On zaczyna opowieść jaki okropny za nim rok. Zaczął się od operacji guza mózgu u najstarszego syna, guz nie był złośliwy, można go było operować, ale bez śladu nie minęło: wyszedł z tego z padaczką i tak już mu zostanie. Potem u najmłodszej stwierdzono dysplazje nerek, przeszła przez urosepsę, cudem przeżyła, jest po operacjach, które mają zapobiec nawrotom zapalań pęcherza. Teraz jeszcze okazało się że ma coś co niby nie jest padaczką (nie ma zmian EEG), ale i z daleka i z bliska tak wygląda. Średnie dziecko mają na razie zdrowe, ale boją się co będzie dalej …
Ta jego opowieść pokrywa się z moimi obserwacjami, gdzie nie spojrzę, chore dzieci. Ale zamiast zastanowić się nad zanieczyszczeniem środowiska i dzisiejszym polskim położnictwem, które wypowiedziało wojnę doborowi naturalnemu, ludzie upatrują wszelkiego zła w szczepionkach. Daleko nie zajedziemy …
W środę odkryłam z Gumisiem oczywistą oczywistość, że dzieci rosną i nie wiadomo kiedy wnuczka naszej zmarłej psiapsióły, z niemowlaka, przepoczwarzyła się w 2,5 letnią panienkę. Wybierając się do niej z wizytą pojawił się problem co zanieść: sklepów z zabawkami brak, na rynku ostał się jedynie Smyk, który jeżeli poraża, to cenami, nie ofertą. Namówiłam Gumisia by wpadł po drodze do Galerii Mokotów, gdzie jest firmowy sklep Lego, w którym za 80 zł kupił kilka zwierzaków Duplo.
Od Marceliny podreptałam za Gumisiem robić tłok na spotkaniu w modnym lokalu: Państwomiasto.

Za stołem siedziały ciotki rewolucji. Gdy nadszedł czas zadawania pytań z sali, wstała młoda dziewczyna, przedstawiła się jako matka dzieci w wieku szkolnym i zapytała co ma zrobić, gdy jej dziecku zaczną w szkole pakować do głowy „nowe dogmaty”. W odpowiedzi usłyszała, że ma pójść do szkoły i zaprotestować. Z jednej strony niby racja, ale coś mi tu „zgrzyta”. To te ciotki rewolucji zgotowały tym dziewczynom ten los.
Byłam na przyjęciu – lekkim wypasie kulinarnym. Spodobał mi się pomysł na dekorowanie papryką i oliwkami sałatek śledziowych. Polecam z myślą o świętach.

Ja też urządziłam doroczne przyjęcie. Sama postawiłam na stół standardowe dania. Patrycja przywiozła sałatkę z kasztanów, Pyszna, ale mało fotogeniczna. Natomiast Elka pojechała roladą szpinakową. Nie tylko ładne, ale i pyszne. Mówi, że to proste stawia się tablet przed nosem i robi to, co pokazują na ekranie.


Kominek po wizycie nowej ekipy kominiarzy dymił. Zastanawiałam się nad reklamacją, gdy zadzwonił do mnie wspólnik zmarłego kominiarza, który przychodził do mnie kilkanaście lat. Poskarżyłam mu się na znalezioną w necie ekipę, przyszedł, wszedł na dach nie potrzebując do tego żadnych trepów”, miał taki sam jak tamci wycior,  ale w przeciwieństwie do poprzedników, miał efekty.

Sully

Film o pamiętnym wodowaniu na rzece Hudson. Z tym, że na szczęście Clint Eastwood wielkim łukiem ominął schemat  filmu o bohaterskich czynach zwykłego amerykańskiego człowieka. Opowieść nie kończy się, ale zaczyna w chwili szczęśliwego wodowania. Linie lotnicze, ubezpieczyciel i jakieś jeszcze inne dbające o bezpieczeństwo lotów instytucje tworzące Narodową Radę Bezpieczeństwa Transportu, rozpoczynają śledztwo. Nie obchodzi ich bohaterstwo i medialny wymiar wydarzenia, chcą odpowiedzieć na pytanie czy pilot podjął właściwą decyzję – tym bardziej, że pierwsze symulacje komputerowe wskazują, że spokojnie mógł lądować na pobliskim lotnisku.
Wadą tego filmu jest jego przewidywalność, ale wychodząc z kina doceniłam, że mimo to potrafił zaciekawić. Mocnym atutem jest gra Toma Hanksa. 

339

Patrzę z boku na to jak wygląda opieka nad chorym dzieckiem i cieszę się, ze mój wnuk jest daleko. Tak wygląda wejście do warszawskiej kliniki dla dzieci.

 W pokoju, w którym są cztery łózka, mieszka osiem osób: obok chorego dziecka na materacu mieszka pełniący dyżur opiekun, szpital oczekuje, że rodzina zapewni 24-godzinną opiekę i mało kto się z tego wyłamuje.
Zdrowe dzieci też nie mają lekko. Tak jak i dorośli. Z tym, że wszystko jest względne. W tym tygodniu nawymyślałam jednej ciotce, że konsekwentnie zachowuje spokój tonącej krowy – jej zdaniem szkoda zdrowia na bezsilnie przejmowanie się tym, na co nie ma się wpływu, jest jeszcze kilka miejsc, gdzie nie dotarła fala zmian i póki jeszcze istnieją,  warto się tam schować.  Dwa dni później inna ciotka mnie zapytała, jak udaje mi się zachować taki spokój, podczas gdy ona budzi się w nocy i z przerażenia nie może do rana zasnąć. 
Chcąc się spozycjonować spędziłam wieczór z rocznikiem Przekroju z 1953 roku. Jasne, że różnice widoczne są na pierwszy rzut oka, ale też nie jest tak, że nie widać części wspólnych. Język kultu, wskazywanie wroga, ma bardzo podobne klisze.  

   
Na marginesie: wtedy lustrowano pola, nie życiorysy.

Spotkanie z cyklu Między religiami
Jakiś czas temu, kiedy nikt jeszcze poważnie nie traktował mojego gadania o nieuchronnie nadchodzącym mroku, wychodząc z Gumisiem z Polin przepowiedziałam, że już niedługo będzie to jedno z nielicznych miejsc, w których będzie można pooddychać wolną kulturą.  
Teraz w poniedziałek poszłam do Polinu na spotkanie Tron i ołtarz, obok prowadzących ten cykl: Stanisława Krajewskiego i  Andrzeja Saramowicza (to nie ten pisarz, tylko twórca Szkoły Nauk Sufich), dyskutowali: Adam Michnik i Stanisław Obirek. Ludzi sporo, nie zmieścili się na jednej sali i część siedziała na sali obok, oglądając prelegentów na telebimie. Myślałam, że spotkanie będzie na głównej sali, ale gdy do niej zajrzałam, zobaczyłam Maję Komorowską przygotowującej się do wieczoru poetyckiego.

Taki zestaw prelegentów gwarantuje ciekawy wieczór. A że czasy nie wesołe, to i nic wesołego nie mieli do powiedzenia.
Wychodząc z sali (byłam z Ańcką), zobaczyłam dawno nie widzianych znajomych, chwilę zdążyłam z nimi pogadać, gdy zderzyłam się z moją mamą. Powiedziałam, że wrócę z nią do domu, ale zobaczyłam jeszcze innych znajomych, z którymi – zostawiwszy mamę pod opieką Ańćki – poszłam do knajpy, na dalsze pogaduchy. Mam wrażenie, ze życie towarzyskie kwitnie bardziej niż rok temu, ludzie lgną do siebie, szukając potwierdzenia, że to świat zwariował, nie oni.

Wielki Pokaz Trzech Armando
W zaproszeniu można było przeczytać:  Armando jest długą formą improwizacji pochodzącą z USA. Spektakl składa się z osobistych monologów, które inspirują serie szybko montowanych i rozwijających się w zaskakujące ścieżki fabularne scen improwizowanych. Przekładając to na nasze, to jest to wersja modnego obecnie nurtu teatru improwizacyjnego – widownia podsuwa temat, a aktorzy grają na ten temat wariacje.

W wypełnionej po brzegi, dusznej piwnicy na Chłodnej 25 byłam jedyną osobą z siwymi włosami. Uszanowano mój wiek: stałam tylko przez chwilę, od razu ustąpiono mi miejsca. A wszystko to po to, by zobaczyć na scenie debiutującego Łosia. Fajnie się dzieciaki bawią. Inna sprawa, że my w ich wieku dawno czuliśmy się dorośli, a w ich  głowach dalej maj.

Każdy dostanie w to co wierzy – Teatr Powszechny
Myśl przewodnia jest taka, że do współczesnej Wwy przyjechali bohaterowie Mistrza i Małgorzaty. To, że chodzi o tę powieść domyśliłam się, gdy padło imię Woland, bo Woland jest tylko jeden. A musiałam się dopiero domyślić, bo bilety kupił Gumiś i jak to ma w zwyczaju, poinformował mnie jedynie, że danego dnia wyprowadza mnie do teatru.
Przedstawienie interaktywne.
Widzowie siadają przy okrągłym stole, który pełni rolę sceny, dostają do ręki przyrząd do głosowania i co jakiś czas odbywa się głosowanie na zadane przez aktorów pytanie (chwilę później mogą obejrzeć wyniki  na zawieszonych na ścianach ekranach). Prawdopodobnie taka otwarta formuła sprawia, że różnie to wychodzi, może czasami nawet nie najgorzej, ale na spektaklu na  którym byłam, zupełnie to nie wyszło. Po części może dlatego, że  prawie całą widownię stanowiła młodzież licealna, obok siedzieli ich nauczyciele, więc ani nie mogli skorzystać z nietypowej jak na teatr oferty – cały czas jeździł barek z alkoholem, ani nie  sądzę by w tej sytuacji byli gotowi do szczerych zachowań. Wprawdzie po pewnym czasie, zaczyna się bardziej  „prawdziwy” teatr, ale stało się to gdy już miałam tego już tak serdecznie dosyć, że tylko myślałam o tym kiedy to się skończy i nie byłam w stanie skupić się na sztuce.
Przy okazji zobaczyłam. jak ogranicza bycie rozpoznawanym. W naszej grupie była też osoba łatwo przez wszystkich rozpoznawana, działająca na tzw. „polu kultury”.  Gdybym ja wyszła, nikt by tego nie zauważył. Gdyby to ona zrobiła, zauważyła by nie tylko widownia, ale i aktorzy. I w takich sytuacjach to ogranicza. 

340

Po 2,5 tygodniach zwolnienia, wyszłam na pole. Przede wszystkim Festiwal Filmów Żydowskich.

Festiwal otworzył  japoński film Persona non grata.


Opowieść o japońskim dyplomacie Chiune Sugiharze, który w czasie drugiej wojny światowej, jako konsul na Litwie, uratował kilka tysięcy Żydów, wydając im wizy tranzytowe. Na ich podstawie mogli przekroczyć granicę z ZSRR i koleją transsyberyjską jechać na Wschód (Sugihara jest jedynym Japończykiem, który otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata). Świetnie zagrana główna rola rola (europejczyków grają w tym filmie Polacy, m.in. Borys Szyc i Agnieszka Grochowska). Film opowiada bardzo ciekawą historię, ale:

  • jak dla mnie był za długi;
  • nie wiem czemu miały służyć „drobne” retusze historii (np. przed wojną Sugihara wyjechał z Mandżurii nie zgadzając się z tym jak Japończycy traktują Chińczyków, a nie jak Chińczycy traktują Rosjan, miał tam żonę, a nie kochankę, w „dniach próby” jego druga żona nie dodawała mu otuchy, tylko razem z nim po kilkanaście godzin dziennie wypisywała wizy itd.;
  • Agnieszka Grochowska nie jest Ingrid (było Ingmar, poprawiłam) Bergman i nie przemawiały do mnie sceny-klisze z Casablanki.

Po powrocie do domu poczytałam trochę o Chiune Sugiharze i doszłam do wniosku, że jego życiorys nadaje się na wieloodcinkowy serial, tu został wprawdzie mocno okrojony, ale trzeba było jeszcze dużo „bardziej”. 

Przesłuchanie 


Dziwny film. W zasadzie wszystko dzieje się pomiędzy dwoma osobami – młody sędzia śledczy przesłuchuje Rudolfa Hössa, komendanta obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Czasami sędzia (bardzo dobry w tej roli Maciej Marczewski) odbiera telefon, jedzie samochodem, przygląda się jak Rudolf Hess pracuje w ogrodzie. W kilku scenach widzimy Rudolfa Hossa nie w pokoju przesłuchań, ale pod prysznicem, czy siedzącego na pryczy. Są to jednak jedynie zimne przerywniki – to co ważne dzieje się tylko podczas przesłuchania. Ale mimo tak statycznego przekazu, nie przypomina to teatru – jeżeli już, to reportaż. Film z tych świdrujących. Świetnie pokazana banalność złą.To co mi przeszkadzało, to zbyt dużo niedopowiedzeń. Nie zrozumiałam, dlaczego Hoss zaczął mówić. Bo zmienili mu śledczego, na takiego co świetnie zna niemiecki? Bo zwrócono mu obrączkę? Wyszłam z kina i nie dostałam na to odpowiedzi. A bardzo mi jej brakowało.

Fritz Bauer kontra Państwo.


Powojenne Niemcy. Opowieść o tym dlaczego kiedy prokurator generalny Fritz Bauer dowiedział się gdzie ukrywa się Adolf Eichmann – mimo że groziło mu oskarżenie o zdradę stanu i ujawnienie ukrywanej przez niego orientacji seksualnej – przekazał tę informację Mosadowi (zrobił to, by doszło do procesu, na czym ani Niemcom, ani USA nie zależało).

Ale nie samym Festiwalem Filmów Żydowskich żyłam. We wtorek umówiłam się z ciotką Szybka Kaśka w Kinotece – dałam jej do wyboru Zwierzęta Nocy i Trójkę (ten ostatni film był wyświetlany w ramach festiwalu Pięć Smaków, który mi przez to zwolnienie przepadł).  Ale nie wiedzieć czemu, okazało się, że czeka na mnie w Muranowie, wiec wylądowałam na rumuńskim Egzaminie.


Kolejny (po 4 miesiące, 3 tygodnie dwa dni) film Mungiu na naszych ekranach.Tym razem rumuński Kluż. Córka znanego lekarza zdaje maturę, od wyniku zależy to, czy otrzyma stypendium w Anglii. W przeddzień egzaminu zostaje napadnięta i traci egzaminacyjną formę. Tatuś postanawia pomóc losowi i wkraczając na grząską ścieżkę lokalnych układów (do tej pory trzymał się z daleka), grzęźnie. Dobry film. O zwykłych ludziach, zwykłych, codziennych sytuacjach, w których nastawieni na cel często się nie sprawdzają.


W ramach Czwartków na Tłomackiej, poszłam na spotkanie Żydowskie dylematy Andrzeja Wajdy. Już na początku spotkania urzekł mnie Wojciech Pszoniak, który gdy otrzymał mikrofon od zapowiadającej go pani, dał ręką znać, że go nie potrzebuje. I jako jedyny mówił bez mikrofonu. Lekko, wyraźnie, bez wysiłku i pogłosu słychać go było w najdalszym kątku sali. Stara szkoła …. 


Generalnie chodziło o to, dlaczego Wajda tak uparcie krążył wokół żydowskich wątków, chociaż dostawał za to bęcki od obu stron, czasami dość bolesne. Odbiór Ziemi Obiecanej w USA uniemożliwił międzynarodową karierę, Z Korczakiem we Francji też wesoło nie było. Jak zwykle na takich spotkaniach, parę bardzo rzeczy się ciekawych dowiedziałam. Ponieważ spieszyłam się na film, nie zadałam pytania, które chodziło mi po głowie (inna sprawa że  nie jestem pewna, czy bym go zadała, gdybym została). Dotyczy sprawy, w której wszyscy nabrali wody w usta: usunięcia przez Wajdę w obecnie rozpowszechnianej wersji Ziemi Obiecanej sceny w pociągu. Na spotkaniu wspomniano, że jednym z dowodów na antysemicką wymowę tego filmu był kontrast pomiędzy dobrą i cnotliwą Polką graną przez Annę Nehrebecką i złą, rozpustną Żydówką, graną przez Kalinę Jędrusik? Może o to chodziło? 

Tydzień dziwnych oświadczeń

Dawno temu Staniszkis uczyła mnie jak zdobywać informację czytają Trybunę Ludu, lab materiały z posiedzeń KC. Wykorzystując tamtą wiedzę w tym tygodniu zwróciłam uwagę na to, że:

  • Wicepremier Gowin powiedział, że gdy wybuchła afera Amber Gold był Ministrem Sprawiedliwości i czeka jak go wezwą by zeznawał, dając jasno do zrozumienia, że nie tylko nie będzie topił Donalda Tuska, a wręcz przeciwnie.
  • Drugi wicepremier, Gliński oświadczył, że będzie bronił niektórych z działaczy NGO, na których teraz organizowana jest nagonka, wskazując konkretne osoby, które już zostały odznaczone „do odstrzelenia z życia publicznego”.
  • Wypowiedź wicepremiera Gliński, skomentował wicepremier Gowin, sens był tego taki, ze jest dumny że jest w rządzie z takim prawym i odważnym człowiekiem.

Pomijając to, że odwaga dramatycznie staniała, coś to pewnie znaczy. Ale też nie aż tyle by coś na tym budować.

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję bytność na Szarotkach. Tym razem obyły w mateczniku. Jak byłam na zwolnieniu odwiedziła mnie Łada – pokazała sweter, który zaczęła robić. Na Szarotki przyniosła pokazać już skończony.

Nie miałam się czym pochwalić … A byłam na zwolnieniu …

Z pamiętnika wk …. konsumentki 

Tym razem PaypalPaypal, sam z siebie podjął decyzję o wylogowaniu mnie z prenumeraty Polityki.Pobierał z konta zawsze pod koniec miesiąca – tym razem podjął próbę zapłaty wcześniej niż zwykle, a ponieważ tego dnia miałam wykorzystany limit transakcji internetowych, transakcja została odrzucona. Takie rzeczy się zdarzają, ale to że nie podjęto kolejnej próby, tylko anulowano prenumeratę, zdarzyć się nie powinno.Napisałam do Politykę czy jest możliwość prenumeraty bez Paypala, bo się na nich obraziłam.