Piszę w telefonie, ze słonecznej Malty, gdzie udało mi się uciec z Ańćką na tydzień od przygnębiającej, listopadowej Polski.

W poniedziałek miałam chemię. Lubię sobie po niej dużo pospać, ale w tym tygodniu nie było mi to dane. Niepodziewanie tego dnia zapowiedziała swój przylot córka. I co z tego, że zaraz po chemii padłam, gdy sama z siebie obudziłam się kilka godzin później, jak porządna polska matka. Chwilę później usłyszałam przekręcanie klucza w zamku.

Z córką spędziłam dwa dni. Pospacerowałyśmy, odpaliłyśmy kominek, pograłyśmy w Scrabble. W środę pojechała spać do hotelu na lotnisku, leciała świtem spiesząc się na jakieś spotkanie w pracy. Nie wzięła pod uwagę, że u nas coraz większy burdel i odleciała z trzygodzinnym opóźnieniem. Jak typowy korpoludek przesyłała na Whatsupie coraz bardziej rozpaczliwe zdjęcia, na które mój synek odpowiadał kolejnymi widoczkami ze swojego raju.

A ja zamiast spać, poszłam na doroczne spotkanie ludzi z mojego roku.

Jeszcze ciągle nas obfitość, dwa lata temu nie przypuszczałam że najprawdopodobniej będę pierwszą, która się z tego grona wykruszy. Ale niezależnie od wszystkiego jest w nas wszystkich przejmujący wkurw bezsilności.. Nie o taką… Mogę tylko przypomnieć, że jak wznoszono toaty na pohybel czerwonym, lubiłam wtrącić że po czerwonym przyjdzie czarny i też nie będzie fajnie. Trzeba było po 1989 roku nie zagłuszać środowiska Barbary Stanosz.
Potem jeszcze w czwartek mama i obiecana jej rozmowa z wnukiem.

i czapeczka (dałam bez pompona)

W piątek, szykując się do wyjazdu, odhaczałam kolejne punkty na tworzonej od kilku dni liście rzeczy do załatwienia.
Wydawało mi się, że listę tworzyłam z pomyślunkiem, ale o tym by umieścić na niej punkt: zabrać wszystkie potrzebne leki, zapomniałam. I tak o godzinie 21 wylądowałam u Ańćki na Saskiej Kępie bez najbardziej potrzebnego leku. Miałam do wyboru dwie opcje: jechać do Brwi lub zdobyć receptę. Uratował mnie mój lekarz paliatywny. Potem jeszcze rajd po aptekach w poszukiwaniu leku i byłam gotowa do wyjazdu.
Przynajmniej tak mi się wydawało.
Leciałyśmy z przesiadką. Na Maltę bezpośrednio lata tylko Wizzair. Bilet kosztuje 700 zł, ale do tego musiałabym doliczyć 1000 zł za walizkę i 350 zł za podręczny bagaż, bo chyba nie udałoby mi się spakować podręcznego do torebki. W tej sytuacji Lufthansa z przesiadką w Monachium, też za 700 zł, była jedyną rozsądną opcją. Tym bardziej, że odkąd jestem faszerowana antydepresantami, wsiadam do samolotu jak do tramwaju. Zero lęku.
Po przylocie na Maltę okazało się, że wydrukowałam certyfikat szczepień Pl, a na wyspie wymagany jest certyfikat EU. Jakoś udało się go ściągnąć i już bez przeszkód znalazłyśmy się w hotelu.
Podobno Amerykanie ostrzegają Europę, że Rosja rozważa atak na Ukrainę. Ciekawe, czy już mają opracowane plany zajęcia Lwowa. Myślę, że zapatrzeni w historie dwudziestolecia międzywojennego są gotowi powtórzyć manewr z Zaolziem. W każdym razie patrzyłam na czwartkowy marsz jak na przemarsz ich wojsk. Są tak tozgrzani, że komuś muszą wpuścić łomot. Pewnie skończy się na imigrantach.
Na razie miałam okazję przyjrzeć się „sukcesom” polskiej dyplomacji. Z okazji 50-lecia współpracy polsko-maltańskiej, ambasada Polska zorganizowała w centralnym punkcie stolicy Malty wystawę.

Na osobnych planszach opisali w poniższy sposób około 20 Polaków, którzy deklarują, że na Malcie znaleźli swoje miejsce na ziemi. Większość z nich wyjechała po 2015 roku, szukając miejsca przyjaznego do życia. Młodzi, świetnie wykształceni, ambitni.

Ps. Wątpiącym w to czy jestem umierającą, mogę tylko odpowiedzieć: widziałyście moje papiery? Za każdym nie najgorszym TK dostaję odroczenie o kolejne 3 miesiące. Nie więcej




















