333

Co można zrobić, gdy się ledwo człek wyrabia: zapomnieć o asertywności!

I tak gdy zadzwonił Łoś i powiedział, ze chciałby podarować getry w „słowika”, oczami duszy zobaczyłam getry robionych na piątkach, powiedziałam „tak”.

Posłałam mu znalezionego w necie słowika:

Następnie spokojnie łyknęłam opracowany na tej podstawie wzór:


i dopiero gdy przyszło do kupowania wełny okazało się, że aby sikorka nie zdominowała całych getrów, muszą być robione na dużo cieńszych drutach (sikorka też musi być mniejsza).

No i teraz robię, a raczej dłubię na dwójkach. Wełna tak jak to z Dropsem bywa: kolory wspaniałe, za to nitka do kitu

Tak więc zamiast dziergać pussy hat,

 

dziergam Słowicze getry. A czasu mam mało, muszę zdążyć przed wyjazdem do Wietnamu.

Zobaczyłam w necie zdjęcia zatoki Ha Long, nogami przebieram i gromadzę rzeczy na wyjazd:

 

Niewiele się udzielam.

W tym tygodniu dwa wieczory spędziłam w Hali na Koszykach. Jak na razie lemingi trzymają się mocno.

Zapytałam Kasię.eire (bo to z okazji jej przyjazdu te spotkania) co rzuca się jej w oczy, gdy po pięciu miesiącach znów odwiedza nasz kraj. Powiedziała, że nie tyle że się podzieliliśmy – to jest widoczne i oczywiste już od dłuższego czasu. Według niej zaczynamy się na odległość wyczuwać – dzięki temu, poznając się po zapachu, unikamy nawet przypadkowych kontaktów z „tamtą” stroną”.   Trochę tak jak geje, uczymy się obsługiwać wewnętrzny, intuicyjny „radar”.

W kinie byłam raz, w  ramach Kina według Marii Janion

Posłuchałam dyskusji,  w programie nazwano to „debatą” Kino i fantazmaty (Małgorzata Szpakowska, Roman Gutek, Zbigniew Majchrowski i Tadeusz Sobociński) oraz obejrzałam jeden ze wskazanych przez Marię Janion filmów: Miłość Adeli H

Film piękny. Trochę wprawdzie trąci już myszką, ale w taki sposób, że tylko dodaje mu to uroku. Isabelle Adjani jeszcze piękniejsza niż ten film.

Po przyjściu do domu, poczytałam o córce Wiktora Hugo, o której opowiada ten film  – wniosek z tego taki, że każde, nawet tak powierzchniowe otarcie się o Marię Janion, wzbogaca.

Bezpośrednia interakcja z suwerenem

Koleje mazowieckie. Skłębiony, zmarznięty tłum usiłuje na pani w kasie wymóc by zadzwoniła i dowiedziała się, kiedy coś w końcu przyjedzie. Stojący przy kasie suweren awanturuje się, bo chce natychmiast kupić bilet. Pytamy po co, skoro nic nie jeździ?. Odpowiada: poczekam. Usiłujemy go przekonać, że spóźniamy się do pracy i chcemy wiedzieć czy nie przejść do WKD. Na to on lekko zdenerwowany: Trzeba było godzinę wcześniej wyjść. Wtedy byście się nie spóźnili.

334

Jeszcze nie zgłębiłam jak ja to robię, że nie mam czasu. ale wygląda na to, że im bardziej nic nie robię,  tym bardziej mi go brak. Strach pomyśleć co to będzie na emeryturze?

Trochę ugrzęzłam w nieudanym projekcie – dziś dopiero doszłam do wniosku,że nie podejmę kolejnej próby zrobienia na okrągło całej  listwy (chciałam powtórzyć myk z Sunrise Circle Jacket, jednego z  moich pierwszych kupionych na Raverly wzorów):


Najpierw zrobiłam listwę z szarego rowan tweed – nie wyszło, bo jest za mało sztywny. Teraz, w ten weekend zrobiłam dwukolorowo – miał być czarny spód, szary wierzch. Ale na koniec (byłam tak pewna swoich wyliczeń, że w trakcie nie sprawdzałam) okazało się, że wyliczenia dla czarnej wełny były wprawdzie ok, ale przy szarej szlag je trafił i to co wyszło, wygląda paskudnie.

 

Ale nic to. W  przerwach podczytuję otrzymaną od córy książkę i już wiem, że druty to medytacja. Tym samym godziny poświęcone na robienie czegoś, co chwilę później się spruje, w żadnym wypadku nie można uznać za stracone. 

Przygotowania do wietnamskiej wycieczki weszły w nową fazę. Opracowałam plan podróży:

Mamy ubezpieczenie, promesę wizy, bilet lotniczy z Da Nang do Hanoi. W tym tygodniu zaczniemy kompletować rzeczy.

Zaliczyłam w tym roku już pierwszy pogrzeb – fajnie by było gdyby był i ostatni, ale o to z roku na rok coraz trudniej.


Pogrzeb został zrealizowany w wersji „najtańsze z oferowanych rozwiązań”, urnę złożono do rodzinnego grobu, a jednak kosztował ponad 8 tysięcy – jestem ciekawa co robią ci, którzy nie mają 4,5 tysiąca złotych na to, by dopłacić do zasiłku pogrzebowego? Do tej pory mogli się przynajmniej zadłużyć w Providencie, teraz mają te firmy zlikwidować. 

Wygląda na to, ze opcja bez pogrzebu też nie jest żadnym rozwiązaniem. Zasiłek dostaje się po przedstawieniu zaświadczenia o pogrzebie. Więc pewnie jak się zapłaci za wszystko do momentu kremacji z własnej kieszeni, wyjdzie na to samo. Teraz rozumiem dlaczego przymyka się oczy na dzikie rozsypywanie prochów – system jest tak zbudowany, że wszyscy co mają dostać pieniądze, mają zagwarantowane, że na pewno je dostaną.

I jak to często z pogrzebami bywa, najprzyjemniejsze są stypy (Miełżyński na Burakowskiej jest czynny już od 9).

3357

Limes inferior  Janusz Zajdel

Skoro wrzucono „całą wstecz” pomyślałam, że warto sięgnąć do starych lektur. I miałam rację. Limes inferior to nie tyle science, ile social fiction. Idealny świat Argolandu. Świat w którym żyją podzieleni na klasy, bezwolni, karmieni ogłupiaczami obywatele oraz czerpiąca pełnymi garściami klasa władzy. Czyta się to bez tamtych wzruszeń, odniesienia do PRL-u dziś nie bawią, tylko przerażają tym, jak z dnia na dzień są coraz bardziej aktualne. 

Ginekolodzy Jürgen Thornwald

To nie jest najlepsza książka Jürgena Thornwalda. Zasadne jest też pytanie, na ile to jest jego książka, bo w tej postaci nigdy się nie ukazała (Autor nie zdążył jej skończyć). To co dzisiaj możemy wziąć do ręki, to ułożone w całość artykuły ze Sterna i Los Angeles Times. Ale zgodnie z tym co zamierzał; opowiada o brutalności wielu lekarzy, ich wrogości do kobiet, kulcie macicy, któremu się oddawali, nawet jeżeli kobieta musiała umrzeć z tego powodu.

Gorzej, bo chociaż świat się zmienił, a medycyna razem z nim – pogarda dla kobiet dalej trzyma się mocno. Zwłaszcza wśród ginekologów. Dawniej z oddaniem pracowali by zasłużyć na przydomek „rzeźnicy kobiet” 

Doktor Le Dran, Francuz, wynalazł inną metodę: wykonywał niewielkie otwory w ścianie jamy brzusznej i rozcinał cystę, następnie wprowadzał do środka ołowianą rurkę i kładł pacjentkę na brzuchu na dwa miesiące. Miał nadzieję, że rurka wrośnie – co nigdy nie nastąpiło. Jeszcze bardziej barbarzyńska była procedura wymyślona w 1848 roku przez Anglika, doktora Edwarda Tilla. Tak długo wcierał żrące pasty w brzuch, aż przegryzły się przez skórę, tkankę i ściankę torbieli. Także on chciał w ten sposób stworzyć stały odpływ dla cyst.

Lubili się popisywać „świętością” – początek XX wieku, Jena, prof. Krönig:

Operował je w niedziele, przy rzekomo świątecznie czystym powietrzem… 

Byli przeciwni antykoncepcji: 

Nigdy nie słyszał o francuskim teologu o nazwisku Bouvier, który w 1842 roku (kiedy on, Mensinga, miał sześć lat) donosił Stolicy Apostolskiej, iż coraz więcej Francuzek wyznaje w konfesjonałach, że uprawia stosunki przerywane. Francuskie społeczeństwo ogarnęła fala sprzeciwu wobec boskiego „mnóżcie się”. Bouvier chciał się dowiedzieć od Watykanu, jak mają się zachowywać księża wobec zaistniałej sytuacji. Otrzymał radę, aby odczekać. Być może kobiety podejmowały swoje działania z naiwności. Zbyt natrętne wypytywanie mogłoby się przyczynić do rozprzestrzeniania się grzechu.

Mieli słuszne poglądy na wszystko:

Nawet jeśli dla kobiety każda kolejna ciąża wiąże się z dużym zagrożeniem, a mąż nie chce się zgodzić na wyżej wspomnianą czasową abstynencję, to kobiecie i tak nie wolno sięgać po złą metodę (pesarium) zapobiegania ciąży. Oczywiście w wysokim stopniu można jej współczuć, nie pozostaje jej jednak nic innego, jak mężnie stawić czoło smutnym następstwom przyjętych wraz z małżeństwem obowiązków.

Brzmi znajomo.

 

Żywopłot Dorit Rabinyan


Dziwna książka.Z jednej strony typowe romansidło. Nowy Jork, początek XXI wieku, 23-letnia stypendystka Fulbrighta z Izraela zakochuje się w Palestyńczyku, który przyjechał do NY i usiłuje zaistnieć jako malarz. Niby stary i ograny temat miłości bez przyszłości, ale podany w ciekawy i boleśnie prawdziwy sposób. Łączy ich miłość do bliskowschodniego słońca (w NY jest tego roku wyjątkowo sroga zima). Dzieli coś dużo realniejszego niż spór Capulettich i Montekich: prawdziwa nienawiść.

Z drugiej strony, to wszystko zdarzyło się naprawdę. Już w 2003 roku Dorit Rabinyan „rozliczyła się” z tej miłości, publikując w Guardianie pożegnanie Hassana Houraniego (w książce występuje jako Hilmi). Porównując ten artykuł z napisaną 10 lat później książką widać, jak mało w niej fikcji.   

4/5 tej książki opowiada o tym co przeżyli w NY i tę część czyta się świetnie. Ostatnia część książki opowiada o tym, co dzieje się po powrocie bohaterów do domu i według mnie nie ma już tego uroku, co część „nowojorska”.

336

W tym tygodniu, wykorzystując to, że synek jeszcze był w Warszawie, zaprosiłyśmy go na spotkanie „grupy wietnamskiej”. Po pomyślnym zaliczeniu pierwszego etapu (szczepienia) przyszedł czas na podjęcie decyzji: wiza czy promesa i wybór ubezpieczenia. Zaczęłyśmy też opracowywać plan podróży.

Synek wskazał nam miejsca, gdzie można wykupić tanie ubezpieczenia, ale okazało się że są tam propozycje tylko dla osób do 59 r. ż, dla osób w naszym wieku nie było żadnej. Coraz częściej spotykam się z komunikatem: po co ty tutaj, jesteś dla nas za stara!
Opowiadając po kolei co mamy zrobić po przylocie do Sajgonu, dowiedziałyśmy się, że mamy sobie kupić karty telefoniczne. Bez uzgodnienia, wszystkie chórkiem na raz  powiedziałyśmy, że kupimy jedną, bo po co nam trzy.
Tomek zignorował naszą odpowiedź i dalej ciągnął swoją opowieść. Gdy z tego co mówił wynikło że według jego założeń wszystkie mamy w telefonach lokalne karty, poprawiłyśmy go, że nie wszystkie, tylko jedna.
Kiedy kolejny raz się to powtórzyło, synek spojrzał na nas wielkimi oczami i zapytał, dlaczego przy tych wszystkich kosztach, które gotowe jesteśmy ponieść, uparłyśmy się by oszczędzić akurat na zakupie karty.
Nie przyszło mu do głowy, że żadnej z nas nie chodziło o te 40 zł, tylko o to że wiąże się to z koniecznością wymieniania karty.
Zanim pojadę do Wietnamu, urodzinowy weekend spędziłam na zaprzyjaźnionej mazowieckiej wsi.

Pierwszego dnia przyjechała Agnieszka i upiekła udziec barani. Najlepsze z tego było takie coś do mięsa z czerwonych mirabelek, które udawało sos żurawinowy, ale nim nie było, tylko miało taki kolor. Bo baranina jest jednak bardzo specyficzna.

Drugiego dnia zmienił się zestaw gości, też było dużo jedzenia, ale ponieważ z tego kompletu gości nie udało się wykroić czwórki do brydża, podjęto próbę znalezienia czegoś co można by obejrzeć w telewizji. Mimo dobrych chęci, naprawdę nic nie udało się znaleźć. Jeżeli to ludziom nie przeszkadza, to ja już nic nie rozumiem.
Po Wietnamie chyba przymierzę się do Netfix’a – obejrzałam jeden odcinek Królowej i nabrałam apetytu.
 dobry film  
Tymczasem zaczęłam nowy rok od dobrej włoskiej tragikomedii (sic!)

Siedmioro przyjaciół (klasa średnia, kilka lat po 30-tce) siada do kolacji. Po części z nudów, po części bo do tego miejsca doprowadziła ich rozmowa postanawiają położyć swoje komórki na stół i tego wieczoru odbierać je razem.
Świetne dialogi, fajne obserwacje.
Do paru rzeczy można się doczepić – jest kilka niepotrzebnych uderzeń w wysokie „c”. ale generalnie warto zobaczyć.
Jest w tym filmie coś z klimatu starego Woody Allena.
Na następny film poszłam, bo dostałam, jako prenumerator Gazety, darmowy bilet.

Bohaterowie są młodzi, bogaci (występujący w tym filmie nauczyciele wygrywają kumulację i też stają się bogaci) i żyją w pięknych wnętrzach.
Ale okazuje się, że to nie oznacza, ze nie mają problemów.
Nawet niektórzy chorują!
I nie da się tego wyleczyć.
Ale jest przyjaźń ..
I ona pomaga.
Jedyne co warto odnotować, to że nie wszystkie dialogi były drętwe.