A zaczęło się niewinnie. W poniedziałek żwawo jechałam na chemię, bo miałam w sobie poukładane, że się na nią nie zgodzę. Kiepsko przeszłam trzecie szczepienie, przyczepiło się jakieś dziwne przeziębienie, straciłam węch. Ale mój lekarz mnie uprzedził – zamiast tak jak zawsze zapytać czy godzę się na chemię, oświadczył, że mam bardzo złe wyniki wątroby i wstrzymuję mi chemię, Na to nie byłam gotowa.
Zastosowałam standardowe pocieszenie. Padło na buty zimowe Campera.
Są boskie!
Ale wstrzymanie chemii było na tyle mocnym ciosem, że nawet buty Campera nie pomogły. I tak tydzień, który miałam poświęcić na przygotowania do przyjazdu Anki, w zasadzie przespałam. W rekordowym dniu przespałam 21 godzin. Przy czym stres jest na tyle mocny, że to że śpię w dzień, w żaden sposób nie wpływa na mój nocny sen.
W przerwach przyjmowałam gości ze świątecznymi prezentami.
Starałam się zrobić zdjęcie Rózi, pierwszy raz spotykam się z psem, który nie chce by mu robić zdjęcia, bo się wstydzi … No taka śliczna labradorka, a buzi nie pokaże.
Wymieniłam też blat w szafce łazienkowej. Lakierowane blaty się nie sprawdziły i trzeba było pogodzić się z kamieniem.
Śpię do środy. W środę mam omówienie tomografu. Jak będą złe wyniki, może poproszę o dosypanie psychotropków. Zobaczymy.
Już za tydzień, za dni siedem przylatuje moja córka z mężczyzną mojego życia. Tak dobrze, jak poprzednio pewnie już mi nie będzie. Córka po powrocie do pracy zmęczona i nie jest tak wyrywna jak drzewiej, by się mną zajmować.
Wnuk wchodzi w wiek dojrzewania, chce być „handsome man”, czyli przekładając na koszyk zakupowy, chce „dorosłych” ciuchów. Kupiłam mu podkoszulki polo i ciepłą bieliznę. Wprawdzie za moich młodych lat noszenie kalesonów uwłaczało młodemu mężczyźnie, ale oni są cosik tak bardziej delikatni.
Generalnie ostatnio nie jest dobrze, tak jakbym na Malcie wypsztykała się ze wszystkich sił. W jakiejś części może to być i psychosomatyka, 20 grudnia, na omówieniu kolejnego tomografu się okaże. A może trzecia dawka szczepienia? Mam, jako onkologiczna, dawkę dodatkową, a nie przypominającą. tzn. pod względem biochemicznym nie ma żadnej różnicy, to ta sama szczepionka Phizer. Tyle, że przypadku dawki dodatkowej, nie jest przedłużany certyfikat. Dlaczego tak, nikt nie potrafił mi wytłumaczyć. Przy okazji, jeden rzut oka na interfejs Internetowego Konta Pacjenta wystarczy, by wyrobić sobie o nim zdanie. W moim przypadku, po upływie 6 miesięcy od drugiej dawki program wystawił mi skierowanie, poinformował mnie o tym bym się na to szczepienie zapisała, a następnie uznał moje skierowanie za przeterminowane. Na szczęście ludzie, którzy muszą w tym programie na co dzień pracować, nie takie numery z nim przerabiali i podchodzą do niego z dystansem.
Dużo się też dzieje. Lista spraw do załatwienia w moim weekly plannerze, zamiast się kurczyć, rozrasta. Staram się to ogarniać. zapisując to czego nie załatwiłam w zeszłym tygodniu, w aktualnym tygodniu na czerwono. Sama to wymyśliłam. W moim przypadku działa.
W zeszłym tygodniu gdy wymieniłam nieszczelną plombę, myślałam, że raz na zawsze pożegnałam się z dentystą. Jedyne co ewentualnie może mi grozić to wyrwanie piątki – na tzw. rewizję kanałów się nie zdecyduję, pomijając mój stan, inwestowanie w martwe zęby w tym wieku zawsze uważałam za stratę pieniędzy. Ceny usług stomatologicznych poszły jakoś horrendalnie w górę: plomba w przednim zębie ze znieczuleniem 400 zł. Tyle … że nie była to moja ostatnia wizyta u dentysty. W poniedziałek spadła mi korona z implantu i na tempo musiałam ją „przykleić”. Mam nadzieję, że implanty nie zdążą mi wypaść – na pantomografie widać jak z powodu nowotworu i chemioterapii cofa mi się kość.
Sporo zainwestowałam w „dobrą” starość, jak widać zupełnie niepotrzebnie.
Boje się, że zdążę jeszcze dożyć blackoutu. Nawet jeżeli nie będzie to wyglądać, tak jak opisał to Marc Elsberg, będzie strasznie. Mam gaz, studnię. To czego się najbardziej boję, to brak łączności. Zrobiłam mały research. Nawet, jak ktoś zachował telefon stacjonarny, to działa on przez sieć. Czyli d …
Na razie sieć jest i za 100 zł wykupiłam sobie dostęp do TVN24go. Sama nie wiem, czy to oznacza mam telewizję?
Kupiłam, bo bardzo chciałam obejrzeć Dowód osobisty Grynberga.
Warto obejrzeć. Grynberg reżyser bardzo przypomina Grynberga pisarza. Jak ja kocham tą jego zwartość i celność przytaczanych wypowiedzi! Półmrok. Na krzesłach siedzą: Grynberg i jego rozmówca. Światło skierowane tak, by było widać tylko ich, nie ma scenografii. I pytanie jak to jest być Żydem w Polsce.
No i tak się rozleniwiłam, że zamiast pójść do kina na Historie Guccich obejrzałam reportaż Don Stanislavo. Powiedzieć, że Dziwisz wypada w nim mało wiarygodnie, to mało powiedzieć. Słowem miód na moje serce.
A wszystko to w cieniu mega kryzysu druciarskiego.
Wełen mam huk. W moich rozterkach usiłowała mi pomóc Łada. Skończyło się na tym, że kupiłam następne wełny i kolejne słoje do przechowywania moich zbiorów. Weny od tego mi nie przybyło. Z poczucia obowiązku sprułam niedokończoną kamizelkę – teraz myślę o kamizelce-miasto, byłby to już trzeci pomysł na tę wełnę.
Wzór jest darmowy Cityscape Pullover, dostępny na stronach Vogue, ale tak po prostu nie można go ściągnąć. Jest jakiś haczyk, muszę nad tym przysiąść.
A na koniec coś śmiesznego, czyli jak o mały włos a dostałabym w pysk. Idę sobie do Galerii Brwinów i z czystego lenistwa, zamiast po pasach przechodzę jakieś 5 m bliżej. Z parkingu przy Galerii wyjeżdża autko, które jestem pewna, że mnie przepuści. Tymczasem facet wymusza pierwszeństwo, ma otwarte okno przez które krzyczy
Pasy są 5 metrów dalej!
Na to ja:
Gdybyście i w innych przypadkach tak prawa przestrzegali!
W pierwszej chwili facet przyhamował. Najwyraźniej nie był to pisowiec i go obraziłam. Ale na szczęście nie był sam i pojechał.
Nawet nie konsultując się z Ańćką natychmiast kupiłam dwa bilety na 15 stycznia. Teraz jeszcze muszę dożyć w dobrej formie. Przy okazji uważam za niesprawiedliwe to, że ja, osoba poszkodowana i chora, mam na kolei zniżkę 37%, a ona, tylko dlatego że jedzie ze mną, 95%.
Wszyscy w mojej bańce oburzają się tym, że od 1 stycznia Ministerstwo Zdrowia ma zamiar wprowadzić rejestr ciąć. A może to lobbing pracodawców, którym zależało na tym, by nie rejestrować wczesnych ciąż? Teraz każda matka bąbelka jak tylko zobaczy, że jest w ciąży idzie na 100 % zwolnienie lekarskie. Po wprowadzeniu obowiązkowej rejestracji ciąż, ciąże będą rejestrowane w systemie dopiero po wykonaniu USG 3D, czyli po 16 tygodniu. Zdaję sobie sprawę, że moje tłumaczenie jest naciągane, tak naprawdę chodziło o to, by Instytut Rodziny miał co śledzić i wykrywać. Ale moje tłumaczenie ma przynajmniej jakiś sens.
Natomiast przy kolejnej decyzji Trybunału Kulinarnego wymiękłam. Tu tylko sobie mogę przypomnieć, jaką kością w gardle było w latach 70-tych dla komunistów powoływanie się na ratyfikowany przez nich Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych. W jakiś sposób czuli się zmuszeni do udawania że go przestrzegają. A żył już wtedy Obsikany i trzeba było skorzystać z jego rady, uznać Konwencję za sprzeczną z Konstytucją i byłoby po sprawie.
Zostałam objęta opieką przez hospicjum domowe. Też są spętani kretyńskimi przepisami. Nie mogą objąć opieką osób, które mieszkają same. Częstotliwość wizyt jest narzucona: pielęgniarka 1x w tygodniu, lekarz 2 x w miesiącu. Dlaczego nikt nie ufa ludziom? W hospicjum mejzy nie pracują. Inna sprawa, że widać, że ledwo przędą. Pamiętam, że jak mój tata był pod opieka hospicjum domowego miał możliwość skorzystania z całkiem szerokiej oferty. Teraz, poza lekarzem i pielęgniarką, jest jeszcze kapelan i pracownik socjalny. Trudno mieć do nich o to pretensje. Ale też trudno by taka sytuacja nie wkurwiała.
W tym tygodniu mam tomograf. Omówienie wyników mam dopiero 20 grudnia. Najbliższe tygodnie to taki mało fajny, prywatny adwent.
A tak poza tym. Nie oglądam filmów, bo nie robię na drutach. Nie robię na drutach bo nie mam pomysłu. Z braku wielkich planów w tym tygodniu mam zamiar przeliczyć w Excelu kamizelkę-miasto.
I zacząć dziergać.
A wracając do tematu. Nawet jak się nie staram, jestem na bieżąco. W spisie powszechnym określiłam się jako tutejsza/europejka. Wzbudziło to różne dyskusje.
Tydzień na Malcie był dla mnie resetem – moje jelitowe pogawędki udało mi się przełożyć na godziny wieczorne i w dzień z powodzeniem robiłam za zdrową.
Malta jest bardzo fajnym miejscem na tygodniową łazęgę. Z tym, że w przeciwieństwie do młodych Polaków z poprzedniego postu, nie jest miejscem gdzie chciałabym mieszkać. Za dużo budynków, na tak małej powierzchni. W dodatku wiele z tych budynków robi wrażenie opuszczonych i zamiast je wyburzyć, budują obok nowe. Oczywiście wg. „współczesnych” standardów, czyli za nic mając krajobrazowe uwarunkowania. Mało to pocieszające, ale patodeweloperka też ich niszczy.
Mieszkałyśmy w samym środku wyspy, w Sliemie. Wychodziłyśmy z naszego hotelu o 10, wracałyśmy po 18 i jeżeli wierzyć przewodnikowi Michelina, zobaczyłyśmy wszystkie wszystkie największe atrakcje wyspy. Byłyśmy nawet tam, gdzie jeszcze niedawno było Okno świata. Myślałam, że zawaliła się tylko poprzeczna skała. Tymczasem po oknie nie ma ani śladu, jest goły klif. Można podpłynąć do miejsca gdzie ono było, przy okazji zahaczając o lazurową grotę. Jest tam też teraz turystyczny wybieg, takie skałki dla 60+.
We wszystkie „turystyczne” miejsca można dojechać autobusem. Kupuje się za 20 euro bilet na tydzień i jeździ się nimi gdzie się chce. Jest to na pewno wygodniejsze niż autem. Wąskie uliczki są w zasadzie wszędzie zakorkowane, między innymi dlatego, że autobusy mają tam specjalny „bus lane”. Taksówki też muszą stać w korkach. Wejścia są drogie, najczęściej ulgowy bilet dla seniora kosztuje 8 euro.
To co mnie najbardziej zadziwiło to bardzo uboga oferta kulinarna. W zasadzie w większości knajp podają jedynie pizzę, burgery i sałatki z majonezem. W tych lepsiejszych w menu są pasty. Oczko wyżej mają jeszcze maltańskie ravioli, czyli pierogi z ichniejszym serem. Minimalnie bogatsza jest oferta w dobrych knajpach, bo mają tam ryby. I tak kolejny raz przekonałam się, że nie jestem najtańsza w utrzymaniu. To z czego gotowałam w hotelu, też trochę kosztowało, a w dodatku nie było smaczne (po części pewnie dlatego, że nie wzięłam ze sobą dozwolonych przypraw).
Gdy byłam poza krajem, zadzwonili do Joluśki z hospicjum z informacją, że pan doktor właśnie się do mnie wybiera, tylko wcześniej chcą się upewnić czy ja jestem w stanie go przyjąć. Na szczęście Joluśka nie zapomniała języka w gębie i powiedziała że Kalinka dobrze się czuje, tak dobrze, że córka ją zabrała i do końca tygodnie nie warto mnie niepokoić. Pierwszym punktem mojego kontraktu z hospicjum, będzie to, że mają przestać mnie traktować jak osobę ubezwłasnowolnioną. W tym tygodniu pewnie się z nimi spotkam. Na razie mają u mnie kosę. Wiem, że różnie bywa. Niektórzy pacjenci nie chcą konfrontować się z tym, że jedyną ofertą dla nich, jest domowe hospicjum, ale to nie znaczy ze wszyscy!
Autko zostawiłam na lokatorskim parkingu. Po powrocie za wycieraczkami (zarówno z przodu i z tyłu) była włożona kartka.
Ten kto ją napisał, potrafi obsługiwać komputer. Ale czy potrafi liczyć?
Może pracuje w Ministerstwie Finansów. Właśnie mi przysłali ulotkę o tym, ile to ja niby nie zarobię na Polskim Wale. Chciałabym dożyć ich upadku. Ale skoro suwerena nie rusza perspektywa dwucyfrowej inflacji, to trudno mieć nadzieję.