190 Audiobooki

dobry audiobook 

Czarna Wojciech Kuczok

 

Seria N/A Faktach wydawnictwa Od deski do deski – czyli historia oparta na faktach. Pamiętam tę historię, przez chwilę żyła nią nie tylko brukowa prasa. W jednym z miasteczek na ścianie wschodniej nauczycielka zabiła dziecko swojego kochanka.Świetnie napisana opowieść o toksycznej, zaborczej miłości samotnej kobiety

.A wisienką na torcie jest to, jakie są dalsze losy bohaterów tego literackiego reportażu.

Montecristo Martin Suter

 

Klasyczny kryminał klasy B. Współczesna Szwajcaria, a jak Szwajcaria to banki. W pierwszym rozdziale w pociągu, którym jedzie nasz główny bohater ktoś (potem okazuje się że to urzędnik bankowy), popełnia samobójstwo. Chwilę później nasz bohater przypadkowo natrafia na dwa banknoty o tym samym nominale. Początkowo, nie łączy tych dwóch faktów ze sobą, ale jak wymagają reguły tego gatunku, nie ma wątpliwości że muszą być ze sobą powiązane.I są, ale nie olśniła mnie pomysłowość autora. Kryminały są pisane trochę na jedno kopyto. Ale mogą zaciekawić opisem postaci, dialogami, ciekawą intrygą. Nic z tych rzeczy. Kryminał klasy b. Ale jako audiobook może być. 

 

Paradyzja Janusz Zajdel

 

W poszukiwaniu „tamtych” wrażeń sięgnęłam po Zajdla i po  przeczytaniu  Limes Inferior przyszła kolej i na Paradyzję. Niestety czas tej prozy nie obronił. Poza klasycznymi kliszami: antyutopia, państwo autorytarne, zbuntowana jednostka … najciekawszym fragmentem życia w krainie Paradyzji był język koalang. Język, dzięki któremu można było powiedzieć coś na głos, a „słuchające ściany” nie były w stanie tego zrozumieć. Dziś nie ten czas, nie ta finezja życia społecznego. Nikt na takie szczegóły nie zwraca uwagi. Przez co, mimo że po części świat, który opisuje, znów jest naszym światem książka ma jedynie wartość sentymentalną i historyczną.   


Vernon Subutex 2

 

Skoro przeczytałam część pierwszą, przeczytałam drugą i na pewno przeczytam i trzecią. Książka jest tak napisana (albo przetłumaczona), że świetnie nadaje się na audiobook. Z zaciekawieniem śledzi się koleje losu tytułowego Vernona, podstarzałego hippisa, nie tak dawno właściciela mieszkania i wypożyczalni płyt, dziś bezdomnego mieszkańca Paryża.

dobry audiobook 

Ból Zeruya Shalev

Klasyczna babska powieść, ale taka „lepsiejsza”.Główna bohaterka, 45-letnia dyrektorka szkoły, ma męża i dwoje wchodzących w dorosłość dzieci. 10 lat temu była ofiara zamachu terrorystycznego i od tego czasu cierpi na uporczywy bóle. Podłoże nie jest jasne, wszystko wskazuje na ból traumatyczno-egzystencjalny. Przypadkowo w poradni bólu, spotyka swoją wielką młodzieńczą miłość, który dziś pracuje tam jako lekarz neurolog.  Zaczyna się zastanawiać, czy nie zmienić swojego życia o 180o i pójść dalej z tamtym, niegdyś kochanym do szaleństwa facetem. Sytuacja zmusza ją do przemyślenia swojego życia. Na te przemyślenia wpływa to co dzieje się w życiu męża, syna a przede wszystkim córki.Niby banalna opowieść, ale jak napisana!

 


Nowy wspaniały świat Aldous Huxley

 

Po Zajdlu sięgnęłam po klasykę. Nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Może dlatego, że teraz to był audiobook, w dodatku czytany przez Karolinę Gruszkę, ona nawet taki tekst, czyta słodkim, kojącym głosem. Ale w zestawieniu z Paradyzją, ksiażka Huxleya nie tylko się nie zestarzała, ale jest przeraźliwie aktualna. Może dlatego, że w swojej antyutopii Huxley tak duży nacisk położył na „prawidłową”, całkowicie kontrolowaną przez państwo, reprodukcję?

 

dobry audiobook 

Syn Philipp Meyer

 

Saga o Amerykańskim Południu. Kronika teksańskiej rodziny McCulloughów Równoległa opowieść trzech pokoleniach: porwanym przez Komanczów chłopaku, jego potomkach budujących podwaliny przyszłego, opartego na ropie, bogactwa rodziny, i losach kolejnego pokolenia tej rodziny w końcu XX wieku.Świetna powieść. Z dużym rozmachem. Dobrze przedstawionymi postaciami. Ciekawie zaplątanymi historiami. Audiobook tez niczego sobie.

191

Krynica nie ma pomysłu na siebie. Dziwne. Bo od 27 lat organizowane jest w niej „polskie Davos”, więc gdyby ktoś miał jakiś pomysł, środki są.Jedynym śladem po Forum, są tygodniami rozbierane (a pewnie wcześniej też i tyle budowane) koszmarne namiotowe hale, Na zdjęciach stan dwa tygodnie po zakończeniu Forum.

Tymczasem stare budynki powoli niszczeją. Ten po prawej, miejsce dawnych kąpieli borowinowych, od kilkunastu lat stoi pusty, ten po lewej jeszcze „dycha”, teraz w nim serwują kąpiele borowinowe  i wydaja kuracjuszom wodę. Ale nie wiadomo jak długo.

Obok nich, na deptaku w centralnym miejscu postawili nową pijalnię. Jedyna nadzieja w płaskim  dachu – może zimą zapomną odśnieżyć i się zawali. 

To nie jedyny tego typu odpał architektoniczny. Ale zdecydowany lider. Na drugim miejscu, mojej listy umieściłam wybudowaną już kilka lat temu, ale nadal nie oddaną do użytku galerię handlową.

Budowlany misz-masz świadczy to tym, że nie miało (i nie ma) to miejsce szczęścia do gospodarzy.  Tak samo to źle wygląda z góry, jak i z dołu (brakuje tylko Hotelu Gołębiowski).

Ja mieszkałam w tzw. Nowym Domu Zdrojowym, który – wprawdzie w bardzo przaśny sposób, ale jednak wyremontowany. 

W stojącym naprzeciwko niego, po drugiej stronie deptaku Starym Domu Zdrojowym jedno skrzydło podobno też zostało wyremontowane. 


Ale nawet jeżeli, to cała reszta straszy – tu wszystko, nie tylko kotary, ale i zgromadzony w nich kurz, od kilkudziesięciu lat trwa w bezruchu. 

Ten nastrój Starego Domu Zdrojowego nie ogranicza się tylko do jego murów – w Krynicy, gdzie się nie popatrzy, widać, że coś kiedyś było i działało, a potem się popsuło i już tak zostało. Oferta dla kuracjuszy w zasadzie sprowadza się do licznych dancingów oraz koncertów orkiestry zdrojowej. Jedynym miejscem, gdzie dało się jeszcze wytrzymać to knajpa, gdzie nie było tańców tylko występy kapeli, śpiewającej standardy rockowe.

A jak nawet coś sensownego powstanie, robi wrażenie strzału kulą w płot. Średnia wieku kuracjuszy to ok. 60-lat. Dlatego nie wiem z myślą o kim powstał park linowy na zboczu Góry Parkowej. Już bardziej dopasowany do rzeczywistości jest wystrój kawiarni na szczycie. A sama górka idealna na emeryckie nogi – wchodzi się na nią góra 30 minut, a po drodze urokliwe widoczki, strumyczki, stawy.  

To nie jedyny szczyt na którym byłam. Tu widok z Jaworzyny
Podpatrzyłam tu bardzo fajny sposób układania drewna

Szala nie udało mi się skończyć. Widocznie taka moja karma.

Ale nawet w tak zapomnianym i zapatrzonym w przeszłość miejscu, nie da się uciec od rzeczywistości i na spacerze też można dostać między oczy. np. taką gablotą apolitycznego związku zawodowego.

192

Nie da się ukryć, że leczenie sanatoryjne to relikt z poprzedniej epoki. Pewnie dawno by to wszystko zamknięto z powodu nieopłacalności tego przedsięwzięcia, gdyby nie majątek, na który trudno by było znaleźć kupca i ludzi, którzy straciliby pracę. To, że takie trzy tygodnie dbania o siebie to potężna dawka profilaktyki, w co podobno najbardziej opłaca się inwestować, nie jest dzisiaj żadnym argumentem. Ale albo czasy się zmieniły, albo opowieści o zabawowym charakterze turnusów sanatoryjnych nie były prawdziwe, bo wszyscy wokół mnie przejęci zabiegami, skrupulatnie wywiązują się z tego co im zalecono. I jeżeli na coś narzekają, to na to, że tej opieki lekarskiej jest za mało. 

To czego się tu nauczyłam i co mam nadzieję będę kontynuować, to picia wody przed posiłkiem. Jako kuracjuszka raz dziennie „za pokwitowaniem” dostaję z pijalni porcję wody na cały dzień – mam ja pić trzy razy dziennie, przed posiłkiem. Nie wiem czy rzeczywiście ta woda ma jakiś wpływ na moje zdrowie. Ale niezaprzeczalnie siadając do stołu nie mam poczucia ssania w brzuchu.

I chociaż wyjeżdżam stąd dopiero za tydzień, już dziś się martwię jak zachować zdobytą tu kondycję. Wprawdzie dopiero jak przyjadę do domu porządnie przeszukam net, ale już dzisiaj widzę że są dwa typy ofert: mega luksusowe SPA i siermiężne, trudno dostępne NFZ. To co po środku, prywatne gabinety rehabilitacyjne, oferują tylko różnego rodzaju naświetlania, prądy i masaże (te ostatnie dość drogo). Stoły Slender Life znalazłam na tylko Wołoskiej. Cena dość wysoka, a zdjęcie pokoju ćwiczeń nie zachęca. W dodatku Wołoska nie jest na moim szlaku. Kąpiele borowinowe znalazłam na Ursynowie, jedna kąpiel 60 zł, a przecież  minimum w co warto się pakować to pięć zabiegów. Słowem obawiam się, że łatwo nie będzie. 

Dla zainteresowanych sanatorium, mam dwa przydatne triki:

  • jeżeli chcemy jechać z kimś znajomym (jest wtedy nadzieja na dwójkę) to przed wysłaniem trzeba spiąć skierowania i dołożyć do prośbę o to by jechać razem. Poznałam panie, które w ten sposób już trzeci raz są w sanatorium.
  • do sanatorium przyjeżdża się dzień wcześniej, wtedy jeszcze można coś upolować.  Jak przyjedzie się w dniu, który widnieje na skierowaniu, dobre pokoje są już dawno rozdane.

Dziergam krynicki szal techniką mosaic knitting.

Dobrze, że wybrałam wzór w którym tą techniką robi się tylko środkowy pas szala. Przy okazji dopadła mnie klątwa zapomnianego oczka.  Poprzednio, gdy pod koniec zielonego pasa zauważyłam takie oczko prawie na początku roboty, sprułam. Teraz, ponieważ oznaczałoby to sprucie również kawałka robionego mosaic knitting, muszę wymyślić coś innego (wszystkie sposoby jakie znam, zostawiają widoczne supełki i wychodzące nitki). Na szczęście w obu przypadkach gubiłam oczko z samego brzegu, więc wchodził w grę wariant „bez prucia”.

Tu w Krynicy jest budka, w której sprzedaje się rękodzieło. W oczekiwaniu na kupców, pani wyrabia kolejne klockowe cuda. Jest i trochę szydełkowego badziewia, ale to te klockowe przyciągają wzrok. Kupiłam córce kołnierzyk – taki „klockowy” jest poza moim zasięgiem, takie coś w moim wykonaniu jeno na drutach.

 

Zastawiam się jeszcze nad kupieniem obrazka, na pamiątkę z Krynicy.

 

Byłam w kinie.

 

Tym razem totalna porażka. Wyszłam po godzinie. Nie oczekiwałam zbyt wiele, wiedziałam że to typowy film familijny. Ale tak źle zagranego, z tak drętwymi dialogami filmu w kinie chyba nie widziałam. A przynajmniej nie pamiętam. Przed seansem była zapowiedź filmu o Maksymilianie Kolbe. Już dziś współczuję dziatwie szkolnej, która pewnie będzie siłą zaciągana na ten film.

 

193

Jestem na trzytygodniowym turnusie rehabilitacyjnym (kolano i kręgosłup) w Krynicy Górskiej. Jest cudnie. No może nie jest to raj, bo w raju w pokojach jest  WC i nie pada deszcz, ale to tylko drobne niedogodności wobec całej reszty. Poczynając od tego, że zasypiam nie układając planu na następny dzień. A potem same przyjemności. Od rana do wieczora. Z tym, że to, że do WC ganiam łącznikiem do drugiego budynku to mój wybór. Po koszmarnej nocy w autobusie,  od 6 rano do 7.30 czekałam w grupie ponad 20 osób w hallu sanatorium na przybycie siostry przydzielającej pokoje. Byłam jedyną czytającą. Jak w końcu zaczęto rozdzielać te pokoje, z trudem koncentrowałam się na kindelku, przeszkadzały mi w tym odgłosy awantury – przydzielano trójki bez łazienki i czwórki z łazienką. Podeszłam ostatnia i zrezygnowana poprosiłam  przynajmniej o pokój bez TV i uprzedziłam, że kiepsko widzę swoje zaprzyjaźnienie się z kimkolwiek z tej grupy. Panie spojrzały po sobie i dały mi „wybrakowaną” (czyli bez WC i łazienki), ale jedynkę. Te trzy tygodnie postanowiłam poświęcić sobie i swojemu zdrowiu. Z NFZ dostałam niby 60 zabiegów, ale w to wliczone zostało 20 dni picia wody zdrojowej, więc tak naprawdę jest tych zabiegów tylko 40. Dokupiłam masaże i trochę gimnastyki w tzw. salonie rekondycyjnym. Fajne miejsce.  Zmienia się tylko stoły, ma których się leży, a w tym czasie maszyny wykonują za człowieka ćwiczenia, on tylko musi się rozluźniając im poddać. Myślę o tym by napisać do Jacka Fedorowicza, i podziękować mu za moje obecne motto. Jest nim wypowiedziane przez niego dawno temu (jeszcze za poprzedniej komuny), zdanie. Że nie pije, nie pali, biega i dba o zdrowie, a wszystko to po to, by ich przeżyć. Mam teraz tak samo. Na marginesie, tzw. symetryści oburzają się, że obecne czasy porównuje się do komuny. Ale np. Trójki dawało się wtedy słuchać. Moim zdaniem nie tyle chodzi o konkretne treści, ale o reguły.  W przeciwieństwie do późnej komuny, teraz ma nie być żadnych wentyli bezpieczeństwa. A to dużo zmienia. Jedyną rzeczą, która mnie trapi, czemu tu też na nic nie mam czasu? Cóż z tego, że gdy świeci słońce, jest wiele miejsc wartych zobaczenia, gdy nie za bardzo mam czas by oddalić się od deptaku: za dużo zabiegów w poszatkowanym sztywnymi godzinami posiłków,. Generalnie czas zatrzymał się tu  w miejscu. Wystrój wnętrz, oferta kulturalna (orkiestra zdrojowa, artyści operetkowi + dancingi). Zaopatrzenie sklepów i menu w knajpach też bardziej przypomina czasy Gierka, niż III RP. Albo oni są aż  w takiej awangardzie? Jest i kino. Nie oczekiwałam wprawdzie, że będzie wyświetlało filmy studyjne. Ale to, że repertuar zmieniany jest rzadziej, niż raz w tygodniu, jest jedną z wielu rzeczy, których tu nie rozumiem. Byłam na Tulipanowej gorączce.

Kino familijne klasy B. Myślałam, że przynajmniej tak jak w Dziewczynie z perłą będą piękne zdjęcia, ale się przeliczyłam. 

Mam też bezpośredni kontakt z suwerenem i związanych z tym sporo przemyśleń. Tyle, że mam ze sobą tylko tablet, jest to mało przyjazne urządzenie, więc nie mam jak teraz o tym pisać.

I tak siebie podziwiam, że tak długi wpis na nim popełniłam.

ps. ten wpis stanowi po części kompilację moich postów na fejsie.