Bez czarnej herbaty

Przez całe moje życie podstawowym napojem była dla mnie czarna, prawdziwa herbata. Gardziłam wynalazkami: typu herbaty Lipton (i „niżej”), kolorowymi klonami: czerwoną białą zieloną, z bergamotką. Herbata musiała być mocna i bez żadnych dodatków (no najwyżej kardamon). Piłam ją od rana do późnej nocy. Była nie do zastąpienia: na wszelkie włóczęgi zabierałam zawsze ze sobą „swoją” herbatę i grzałkę na wypadek gdyby nie było w pokoju czajnika.

I nagle … zaczęłam do herbaty wsadzać cytrynę, potem coraz więcej cytryny by na koniec stwierdzić, że herbata jest be … Synek stwierdził, że to go dopiero przekonało, że jest za mną bardzo źle.

I teraz piję wodę z cytryną na zmianę z rozcieńczoną coca-colą zero z cytryną (nigdy nie piłam coca-coli, teraz nie wiem czemu zaczęła mi smakować).

Przy czym z żywieniem jestem gorsza niż małe dziecko. Dopiero jak coś zobaczę na talerzu, mogę wypowiedzieć czy to zjem. Raczej na wszystko mówię „nie”, ale dzieci próbują. Żal mi ich. Żadne z nich nie było tak rozkapryszonym niejadkiem.

Ogarnia mnie coraz większa wściekłość … bo z boku patrząc jak na razie nie mam za bardzo na co narzekać, bo nic mnie nie boli i takie tam. Tyle, że wezmę prysznic i cała jestem zasapana – bebzun odrósł po dwóch tygodniach, ale saturacja jest ok, więc nikt mi go nie przekłuje…

W tym tygodniu weszłam z moimi dziećmi w ostry spór ideologiczny. Poszło o trawnik. Ania wymarzyła sobie kwietną łąkę, Zadowoliłby ją nawet taki trawnik jak jest u sąsiada.

Tomek był jak najbardziej za, bo to oznaczałoby, że nikt by od niego niczego nie chciał.

Ja się uparłam na koszenie. Poddali się gdy oświadczyłam, że moim przedśmiertnym marzeniem jest położyć się w hamaku przy skoszonej trawie>

A poza tym za oknem toczy się normalne życie. Joluśka pojechała na Lanzarotę i nie jest nią zachwycona. Może gdyby była ze mną byłoby inaczej? Ańcka już po operacji barku. Gracjana, sądząc z zamieszczanych w relacjach zdjęć, tak jak przypuszczałam jest zachwycona Bali. W Londynie kot bengali znów zaatakował. Może będzie z tego większa afera, bo ofiara była operowana w szpitalu. A mój wnuk wygrał ze swoją drużyną jakiś ważny mecz.

I tylko suweren zachowuje się nieprzewidywalnie. Inflacja 12,5% go nie ruszyła. Może jak dojadą do 70%, jak w Turcji, coś zauważy?

On poleciał, ona przyleci, a chwasty mają rosnąć

Pierwsze dni tygodnia zdominowały rozmowy na temat ewentualnego zamknięcia polskiego nieba. Wyszło na to, że też byłabym nieźle poszkodowana – w zaproponowanym przez nich rozwiązaniu, Anka musiałaby latać do mnie na weekendy w środku dna, czyli brać dwa dni urlopu. To co było w tym wszystkim ciekawe, to, to że Anka była jedyną osobą, która uważała że na to się nie odważą. Wszyscy pozostali (to nie przypadek, że mieszkańcy tego kraju), brali taką ewentualność poważnie pod uwagę. No ale polecieli, w tym mój syn, który właśnie podziwia Sztokholm.

Następni zaraz polecą, np. Łoś z Gracjaną na Bali. Jak ja im zazdroszczę! Przed wyjazdem przywieźli mi tulipany w tak obłędny kolorze, że cały czas nie mogę przestać się zachwycać.

W ogóle to był tydzień fajnych prezentów. Od Olki dostałam kubek tak wielkiej urody, że do tej pory jeszcze ani razu się z niego nie napiłam, tylko się w niego wgapiam. Z kolei Leny przyniósł mi do teatru przesłodką kartkę.

Bo byłam w teatrze na próbie generalnej Drakuli (z tym, że tylko na pierwszym akcie). Na przerwie Ańćka się przyznała, że dzwonili do niej ze szpitala i kazali jej się stawić o 19, bo następnego dnia jest zapisana na operację. Wytłumaczyłam jej, że o 23 nikt do szpitala jej nie przyjmie i musi się wyrychtować tak, by być tam przed 21.

Gdyby ta pierwsza część mnie porwała, to bym może i została. Ale jak dla mnie był to przerost formy nad treścią, Bez dokładnej znajomości libretta trudno było zrozumieć sceny zbiorowe. Kilka solówek było naprawdę dobrych, ale ja i tak jak stara zrzęda siedziałam i co jakiś czas mruczałam pod nosem: miało być równo, ale nie było.

Gdy wyszło słonko, wpadłam na genialny pomysł by może kogoś wziąć do ogrodu by wypielił te cholerne chwasty.

Dowiedziałam się, że chwasty mają rosnąć, bo np. taki znienawidzony przeze mnie mlecz, wystarcza dwóm trzmielom! A że mnie te mlecze wku ….? Who cares?

Kolejna runda

W Brwi trwa kolejna runda pożegnań, pewnie skończy się przed długim weekendem. Jedyną istotą, do której pojechałam, była Mila. Też trudno powiedzieć, by była w formie.

Ale z drugiej strony do miseczki sama z siebie człapie.

Zastanawiam się (serio) o co chodzi z tym deszczem pochwał, za moją rzekomo dzielną postawę. I nie mam na myśli jedynie komentarzy, to samo często słyszę, od tych z którymi się bezpośrednio spotykam.

Tymczasem, ta cała sytuacja jest wypadkową wielu zmiennych, w części zupełnie ode mnie niezależnych.

Przede wszystkim cały czas (i oby trwał on jak najdłużej) nie spełniam stereotypowych wyobrażeń osoby umierającej na raka. Rak kojarzy się z bólem, mnie na razie nie boli. A skoro nie biorę środków przeciwbólowych, to nie jestem przymulona itd… Nawet teraz, gdy już wyglądam jak osoba chora (za chwilę zejdę z wagą poniżej tego, ile ważyłam w ubiegłym stuleciu),

odruchowo głaszczę się po brzuchu (po tym, jak w tym tygodniu w ciągu 1,5 godziny odessano ze mnie 9 litrów płynu, przez powłoki brzuszne mogę się miziać z kolejnymi przerzutami), to poza tym, że jestem słaba, nic mi jak na razie nie jest.

Po drugie, co też nie jest bez znaczenia, moje dzieci usunęły mi sprzed nosa wszystkie przyziemne problemy: stworzyły warunki, w których mam tylko odpoczywać i robić to na co mam ochotę.

Po trzecie mają też na to oczywiście wpływ moje słuszne poglądy na wszystko. Zawsze był we mnie spory fatalizm (bez angażowania w to sił wyższych, wystarczyła mi natura). Uważałam, że aby walczyć z wiatrakami, trzeba mieć w sobie chociaż okruch wiary w to, że ma to jakikolwiek sens. Tymczasem wyrok jaki usłyszałam jesienią 2020 roku był jednoznaczny i nie dawał nawet cienia nadziei. Skoro tak, nie pozostawało mi nic niż uznanie, że widocznie gdy rozdawali talony na emeryturę, niepotrzebnie stałam tam, gdzie nie powinnam stać.

No i last but not least , Towarzyszy mi w tym wszystkim lekarz-anioł. Już na pierwszej wizycie poprosiłam, by był ze mną, gdy będę umierała. I mam nadzieje, że będzie to możliwe. Nawet jestem w stanie dostosować się do jego grafiku.

I tyle (oczywiście w sporym uproszczeniu).

Ja nie mam nic, ty ….

Ja w każdym razie nie mam nic (no może prawie nic, mam jeszcze poobijaną niemiłosiernie szesnastoletnią Toyotkę, którą muszę komuś podarować), W tym tygodniu byłam u notariusza i to co za moment miało być spadkiem, stało się darowizną. Zrobiłam to po to, by uniknąć sprawy spadkowej, czysto i prosto, tyle że kosztownie. Notariusz liczy swoją taksę wychodząc od wartości nieruchomości, a te tanie nie są, zwłaszcza teraz.

Tak że, trzymając się faktów, nie ma już Kaliningradu, nie jest to już mój dom, tylko córki. Ale żebym to poczuła chociaż jedną komórką ciała, to nie.

Dorota podjęła próbę, zmiany mojego podejścia do amstaffów.

Nie przekonała mnie, Co najwyżej do tego, że Mela jest rzeczywiście bardzo lulaśną psiną. Podobno jamniki tak samo zaciskają szczękę jak coś złapią. Ale nigdy nie wpadłabym na to by bać się jamników.

Przygotowań do świąt w zasadzie nie było. Gdyby nie Joanna, nie byłoby nawet kwiatków.

Same święta były jak zwykle na bogato, z boską sztufadą i paschą.

Tylko ja coraz słabsza. Po śniadaniu cała rodzina, razem z moją 88-letnią mamą, wyległa na spacer, a ja podusia, kocyk i luli luli.

Czasami usiłuję wylec z synkiem na spacer, ale nie mam dużych sukcesów. Tu chyba nie chodzi tylko o benzun, ten w tym, a najpóźniej w przyszłym tygodniu będzie ściągnięty.

Ja zwyczajnie słabnę i najchętniej śpię. A jak coś tam potuptam, to od razu tak się duszę, że wszystkiego mi się odechciewa.

Słowem przygotowania do wiadomej godziny trwają. Synek śpi przy otwartych drzwiach i odbiera ode mnie telefony nawet w nocy. Ja odkryłam, że brakuje mi butli z tlenem. Córka co trzy tygodnie ma przylatywać na przedłużony weekend. Moja mama jak mantrę powtarza, że nie chce żyć. A ludzie, których widzę, a z którymi za często się nie spotykam, wyjątkowo serdecznie rzucają mi się na szyję.

Nakręcono o tym niejeden film. Najbardziej zapadł mi w głowę 33 sceny z życia Szumowskiej. Nie mam odwagi do niego wracać. Niby samo życie. Ale nie mam ciekawości co czeka za rogiem.