Would it help?

Obejrzałam typowy amerykański produkcyjniak

Nudny i przewidywalny. Ale jeden motyw jest boski. Amerykański szlachetny bohater (Tom Hanks) nie może zrozumieć, dlaczego jego klient, radziecki szpieg, nawet w najbardziej dramatycznych momentach zachowuje spokój i zimną krew. Gdy Tom Hanks się dziwi, ten odpowiada: Would it help?

To pytanie powinno stać się moją dewizą.

Synek przypomniał mi o Chorobie jako metaforze Susan Sontag. Kiedyś to czytałam, ale dziś, siłą rzeczy, zupełnie inaczej to odbieram. Esej ma już kilkadziesiąt lat, w wielu punktach zdążył się zestarzeć, ale rozważania o języku są wciąż aktualne.

Choroba postrzegana jest jako inwazja obcych organizmów, na którą ciało odpowiada własnymi działaniami bojowymi, jak choćby mobilizacja „obrony immunologicznej”, a medycyna staje się „agresywna”, jak w przypadku języka opisującego większość typów chemioterapii. Ta bardziej ogólna metafora przetrwała jednak w języku edukacji publicznej, gdzie chorobę przedstawia się zazwyczaj jako „atakującą” społeczeństwo, a próby ograniczenia śmiertelności wywołanej jakąś chorobą nazywa się walką, batalią lub wojną. (…) Podczas gdy kiedyś bellum contra morbum, wojnę z chorobą, prowadził lekarz, obecnie prowadzi ją całe społeczeństwo. Uczynienie z wojny pretekstu do ideologicznej mobilizacji mas sprawiło, że stała się użyteczną metaforą wszelkich kampanii naprawy świata, których cele przedstawiane są jako pokonanie „wroga”. Mieliśmy więc wojny z ubóstwem, obecnie zastąpione przez „wojnę z narkotykami”, a także wojny z konkretnymi chorobami, takimi jak rak. W społeczeństwie kapitalistycznym nadużycie metafory wojskowej jest być może nieuniknione. W społeczeństwie tym bowiem odwoływanie się do zasad moralnych staje się coraz trudniejsze i mniej wiarygodne, a poczynania niepodporządkowane kalkulacjom interesu i zysku uważa się za głupie. Wojna pozostaje jedną z nielicznych dziedzin, w których od ludzi nie oczekuje się „realizmu”, to znaczy bilansu potencjalnych zysków i strat. W prawdziwej wojnie koszta się nie liczą, pieniądze wydaje się na lewo i na prawo – wojnę określa się jako stan zagrożenia, wobec którego żadna ofiara nie jest zbyt wielka. Ale wojny z chorobami nie są jedynie apelami o większy zapał i większe wydatki na badania. Metafora ta sugeruje, że wzbudzające szczególny lęk choroby postrzegane są jako coś z zewnątrz, coś „obcego”, tak jak postrzegani są wrogowie w nowoczesnej wojnie; przejście od demonizacji choroby do przypisania winy pacjentowi jest nieuniknione nawet wówczas, kiedy o pacjentach myśli się jako o ofiarach. Ofiary kojarzą się z niewinnością. Niewinność zaś, za sprawą przedziwnej logiki rządzącej wszelkimi pojęciami pokrewnymi, sugeruje winę.


Wracając do Londynu. Tylko jeden dzień spędziłam poza domem. Na spacery po Londynie miałam zaplanowane dwa dni, poszłam tylko raz. Drugiego dnia tak wiało, że nie zachęcało do wyjścia z domu. Ale co widziałam, to widziałam.

Pierwsze kroki skierowałam do National Gallery (w mojej ulubionej National Portrait Gallery trwa remont i będzie otwarta dopiero za trzy lata). Nigdy nie lubiłam National Gallery – wielkie sale gimnastyczne z natłokiem płócien, za dużo wszystkiego, by móc się skoncentrować. Pobiegłam do moich ulubionych malarzy holenderskich, do małych salek w których prezentowane są małe obrazki, na których uwieczniono sceny z życia codziennego (Steen, Ostade itd), ale spotkało mnie rozczarowanie: zmieniono repertuar i powieszono jakieś koszmarne martwe natury. Luknęłam więc na Avercampa i stanęłam przed Halsem (lata temu Gumiś kazał mi przytargać wózek z moim kilkumiesięcznym wnukiem i postawić przed Halsem, by od początku wdychał opary wielkiej sztuki)

I pognałam dalej. I to co kątem oka zobaczyłam lekko mnie zbulwersowało.

Tu wytłumaczenie.

Do mnie nie przemówiło.

Tak samo jak instalacja na Trafalgar Square.

Generalnie Londyn jest pusty.
Ale mimo braku turystów, są miejsca które niezmiennie trwają.
Sporo radości dało mi też pokręcenie się po okolicy.

ps. podtrzymuję swoje zdanie, że business class do Londynu to totalna porażka.

4 uwagi do wpisu “Would it help?

  1. klasyki powinny zostac klasykami, a lody lodami. Pozazdroscic pustek, u nas jak za starych, dobrych czasow, nie mozna znalezc miejsca do parkowania, w sklepach tloki.

    Polubienie

  2. Europa zdycha. A ta wojna ją ostatecznie dobije. Wszyscy będziemy przegranymi. Przeżyłam komunę, pierestrojkę, upadek muru, narodziny kapitalizmu ale tego szaleństwa będzie trudno przeżyć i ogarnąć. Ale nie ma co się spinać. Would it help?

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.