W tym tygodniu, po zakończeniu pierwszego etapu robienia albumów ze zdjęciami (czyli do 2004) roku, kontynuowałam przygotowywanie Kaliningradu do druku z lat 2005-2007. Miałam wprawdzie kiedyś tam zrobione pdf-y z tych lat, ale postanowiłam jeszcze raz przygotować je do druku: w poprzedniej wersji zapisałam też i komentarze, które dzisiaj są zrozumiałe jedynie dla mnie, a i to nie zawsze. Pewnie bym się na to nie porwała gdybym wcześniej się zorientowała, że nie mam pliku wyjściowego z drugiej połowy 2007 roku. W dodatku wtedy robiłam to w Wordzie. Odradzam, Word się do wielu rzeczy nie nadaje, do przygotowywania do druku tekstu ze zdjęciami również.
Dla tych co jednak się na to porwą:
- przekopiowany z Wordpresu tekst warto przykleić via Notatnik. Czasami jak się przeklei bezpośrednio tekst „wariuje” i m.in. nie działa twardy enter.
- nie znalazłam w Wodzie możliwości ustawienia stylu dla obrazów i każdy trzeba formatować oddzielnie. Tymczasem, przynajmniej mój Word, automatycznie obraz zawsze wkleja się z aktywnym przypisaniem go do tekstu. W tej sytuacji za każdym razem musiałam wejść w formatowanie obrazu, układ, i odhaczyć ww. przypisanie. Przy n-tym obrazku można dostać świra.
Uwaga ogólna: z Wordpresuu można pobrać cały tekst albo w formacie pdf tekstu html. Osobno można pobrać zdjęcia. Z tym, że te ostatnie ja zmniejszam przed wstawieniem na blog, więc do druku się nie nadają (po ustawieniu wymaganej rozdzielczości 300 dpi, rzadko kiedy mają więcej niż 3 cm). Można też kopiować bezpośrednio, wpis za wpisem.
Wygląda to tak:

Chodzę na spacery i czekam na wiosnę (mam się ruszać, bo podobno nie ma lepszego sposobu ograniczenia wywoływanej chemioterapią neuropatii). Tu udokumentowałam spacer po Stawisku w imieniny Jarosława Iwaszkiewicza.

Jak już ta wiosna przyjdzie, to zamiast spaceru będę wolała godzinę dziennie pokrzątać się dla zdrowia w ogrodzie (o ile jeszcze będę miała na to siłę). A też i niedługo nie będę miała z kim chodzić: córka z wnukiem wyjeżdża i chwilę później Joanna ma zabrać Milę. Słowem ostatnie dni, gdy mogę się grzać w rodzinnym ciepełku.

Przygotowując blog do druku słucham radia, bo audiobooki za bardzo wciągają. Dzięki temu wiem, że muszę pójść do kina na film Zabij to i wyjedź z tego miasta (godzinna rozmowa z Mariuszem Wilczyńskim w radiu 357) oraz obejrzałam film De-lovely (polecił go Marcin Kydryński w swojej Sjeście, radio Nowy Świat).
De-Lovely (HBO GO)

Dla wielbicieli klasycznych, amerykańskich musicali. Biografia Cole Portera, opowiedziana za pomocą jego piosenek. Plus blichtr międzywojnia, Broadwayu, Hollywoodu … słowem film przy którym można odpocząć.
W tym tygodniu ruszam na Netflixie z Artystami Strzępki i Dębskiego. Podobno dobre. Może tak być, bo aktorzy są niczego sobie.
Obejrzałam też pierwszy sezon Bridgertonów (zapowiedzieli kolejne)

Delikatnie rzecz ujmując, za dużo uwagi nie wymaga. Oparta na motywach Jane Austen bajka o angielskiej arystokracji, w wyimaginowanych czasach regencji. Zastanawiam się, dlaczego wkraczając w świat historycznej fikcji, arystokracja angielska to tylko osoby czarnoskóre, przecież angielski kolonializm sięgał dalej niż Afryka. Generalnie niestety dialogi są pompatyczne, nie dowcipne. Z tym, że nie ma tego złego … spokojnie można robić sweterek.

Nigdzie tej robótki nie mogę ze sobą zabrać, wyrobiłam niebieska wełnę z kłębków i zostały tylko szpule. Ale też i niewiele zostało. Koniec coraz bliżej.
Z audiobookami też nie wszystko idzie zgodnie z planem. Odhaczając po kolei punkty na liście rzeczy, które chciałabym jeszcze zrobić, zabrałam się za W poszukiwaniu straconego czasu. Rzecz postanowiłam sobie uprościć audiobookami. Tu z kolei pogubiłam się w postaciach. Miała mi w tym pomóc jednotomowa powieść graficzna, ale niestety nie spełniła moich oczekiwań. Powinnam robić mapę drugoplanowych postaci – trochę głupio zabrać się za to w połowie sagi, ale chyba nie mam wyjścia.

PIS to jednak stan umysłu – poniżej odpowiedź na reportaż TVN wytykający że nie maja sukcesów w zwalczaniu luki VAT-owskiej (dla nieuważnych, pomijając to że rok 2015 i 2016 „zaliczyli do PO), chodzi o rok 2017)

A i nie lubię zwiędłych kwiatów w wazonie. Przypominają jak rzadko je dostaję …

oh, blogowy druk to niesamowite przedsiewziecie. Bridgerton podobno byl zainspirowany obrazami z naszego muzeum, gdzie krolowa Charlotte byla czarnoskora, ani nie czytalam ksiazki, ani nie ogladalam serialu. przydalaby mi sie graficzna ksiazka, bo ani czytanie, ani sluchanie W poszukiwaniu… mi nie wyszlo. Pozdrawiam 🙂
PolubieniePolubienie
Bridgertonowie to czysta rozrywka moim zdaniem. Piękne widoki, kolorowo, nieskomplikowanie…a jednocześnie nie jakoś tak beznadziejnie głupio i przewidywalnie. Na początku też się zżymałam, że czarnoskóry arystokrata…potem uznałam, że to nie jest serial historyczny tylko taka trochę zabawa… Dałam się ponieść czystej rozrywce. Uważam, że to bardzo dobre, czysto rozrywkowe kino, bez zadęcia i pretensji do bycia czym innym.
A Artystów na moim Netflixie nie ma
Choć jak zobaczyłam w obsadzie Karolaka to przestałam żałować. Nie znoszę filmów z jego udziałem…
Proust w wersji „komiksowej” bardzo mnie zachęcił chyba muszę poszukać
PolubieniePolubienie
Prousta żem kiedyś łyknął ciurkiem, wszystkie tomy. Wszpitalu, żeby było zabawniej. Inaczej by mi się pewnie nie udało, bo to czasochłonne przedsięwzięcie, a szpital jak to szpital – głównie nuda i czas stracony (tak było akurat w moim przypadku).
Ten sweter jest OBŁĘDNY!
Spaceruj, spaceruj! Wiosna zaraz będzie 😉
PolubieniePolubienie