W poprzednim odcinku napisałam, że tylko dwa rządki dzielą mnie od rozpoczęcia ostatniego fragmentu Kwiatuszka. Tak było, ale tylko do momentu gdy zorientowałam się, że pokićkało mi się z listwą. Trochę sprułam, trochę nadrobiłam szydełkiem i przyjęłam, że „może już tak zostać”.

Gdzieś, nie wiem gdzie, rozdwoiły mi się oczka i z jednej strony listwa ma o jedno oczko więcej, ale postanowiłam aż tak daleko w dół nie pruć.
Czyli kolejna kwiatuszkowa obsuwa i dopiero w tym tygodniu rozpoczynam ostatni (nie licząc zszycia i wykończenia) etap.

Generalnie jestem w chronicznym niedoczasie. Jutro idę na zabieg do szpitala, nic wielkiego, ale czapeczka chemochachapka by się przydała. Łada kupiła mi przepiękną, kolorową bawełnę (wzór jest zaczerpnięty z obrazu Justyny Stoszek Forest Forever).

Miała być czapka smerfetka, ale nie wyszło. Zrobię na kiedy indziej, np. na następną chemię. Zabieg mam robiony w ramach NFZ-tu, ale w szpitalu prywatnym, które tym się różni od szpitali państwowych, że bezwzględnie wymaga testu na Covid (na Ursynowie spędziłam dwa dni i nikt żadnych badań ode mnie nie wymagał). Może i lepiej. Test na Covid polegał na tym, że zaprosili na jedną godzinę (sobota 9.30!) około dwudziestu osób i przez ponad godzinę staliśmy na mrozie, bez możliwości by gdzieś przysiąść. W kolejce stali sami pacjenci onkologiczni, którzy w tym tygodniu mają być przyjęci do szpitala (autko nie wchodziło w grę, bo Anka mnie podwiozła i pojechała dalej).
Na pewno dużo czasu zabiera tzw. życie rodzinne. Wnuk przez te pół roku od ostatniego lockdownu, bardzo wydoroślał. Dużo czasu zajmuje mu szkoła, myśmy czytali pod ławką, oni w szkole on-line mają łatwiej.

Nie tylko w tym są bardzo podobni do nas. Wieczorami wnuk ogląda kolejne odcinki Gwiezdnych wojen.
Ulepił z córką bałwana, miał nos z marchewki, ale jak tylko przyszła odwilż, Mila miała deserek.

Tak na marginesie, bałwan występuje też u ostatniego Raczkowskiego.

Poza życiem rodzinnym (i chorowaniem, które też jest dość czasochłonne) intensywnie archiwizuję przeszłość. Po zrobieniu albumów do 2004 roku.

Zabrałam się za przygotowanie do druku 16 lat mojego blogowania Na razie jestem w latach 2005-2006. Biorę tekst „jak leci”. Z jednej strony, siłą rzeczy czas mnie goni i szkoda mi go już na redakcję. Z drugiej, kilka następnych lat mam tylko w pdf-ach, a nie chce mi się wszystkiego układać od początku. I tak jest z tym masę roboty, a tu jeszcze córka dodatkowo zamówiła albumy ze zdjęciami i po 2005 roku.
Jest w tych archiwalnych wpisach całe mnóstwo „smaczków”. Tu ja, jesienią 2005 roku, w roli jasnowidza:
( ….) zadzwoniłam do Joanny. Ta z kolei powiedziała, że wprawdzie teraz nie ma czasu na to by ze mną „poprzebywać” ale jeżeli tylko chwilę poczekam, to za kilkanaście lat, jak obie pójdziemy na emeryturę, z dwiema innymi ciotkami – brydżystkami będziemy spędzać dowolną ilość czasu przy zielonym stoliku. Opowiedziałam o tym wszystkim Gośce a ta od razu wyliczyła, że jak zbierzemy dwadzieścia ciotek i każda z nich będzie przez najbliższe 15 lat wpłacała 200 zł rocznie, to zebrane w ten sposób pieniądze wystarczą na urządzenie najbardziej odlotowego klubu wesołej ciotki-emerytki. Starałam się ostudzić jej zapał wyliczeniami ile ciotek powinno za te 15 lat paść na ptasią grypę (czy inną wykreowaną przez media i firmy farmaceutyczne i oczywiście przewidzianą przez Nostradamusa klęskę), by za wcześniej zebrane składki, te co przeżyły pandemię mogły przynajmniej troszeczkę poszaleć.
A tu Mila – zamieściłam zarówno zdjęcie, które rozesłała Joanna zawiadamiając nas o tym, że ma psa (zdjęcie pierwsze) jak i fotoreportaż z naszego pierwszego spotkania (zdjęcie drugie i trzecie).

Nawet mój wnuk na widok tych zdjęć się rozczulił.
I kto by pomyślał, że ten słodziutki szczeniaczek zamieni się w odkurzacz i worek bez dna na pożywienie wszelakie 😉
Ech, trzymaj się Kalina! ♥ Myślę o Tobie najcieplej jak potrafię 🙂
PolubieniePolubienie
ciekawa jestem jak robisz blogowa ksiazke, masz specjalny app do tego? pewnego dnia zniszczylam wszystkie zdjecia z mlodosci, nawet slubne, zaczelam zalowac dopiero tutaj i teraz nadrabiam pstrykanie z wyjatkiem robotek 🙂 trzymaj sie.
PolubieniePolubienie
Już zaraz, za chwileczkę kwiatowy będzie gotowy. nie powiem, robi wrażenie.
Poznałam tutaj dziewczynę z Singapuru, która ma całe swoje życie w albumach. Niesamowite. Wszystkie wyjazdy, spotkania rodzinne i służbowe ma na kartach albumów ze zdjęciami, biletami wstępu, zasuszonymi kwiatami, programami teatralnymi. Jak ja jej zazdroszczę! Ja mam wszystko w pudłach, na dysku.
PolubieniePolubienie
Ależ masz napęd:) jestem pełna podziwu, ja się nie mogę od czasu powrotu z Północnego Mazowsza ze wszystkim ogarnąć. Do tego Jasiek wyszarpał sobie narzędziami kawał ręki więc mam dodatkowo inwalidę, silny mróz i w perspektywie robienie kaloryferów na rancho….co jest akurat miłą wiadomością. Wierzę w Ciebie i ducha walki……
PolubieniePolubienie