140

Powrót do życia się przeciąga, ale z tygodnia na tydzień jest jaśniej. Słowem widać światełko w tunelu. W domu pojawił się zalążek dawno oczekiwanych schodów. 

Musiałam też zmienić wcześniej przygotowaną listę zakupów, bo dowiedziałam się, że miska musi mieć kształt „kubełka”.  

Po tym wszystkim uznałam, że należy mi się nagroda i pojechałam do mojej świątyni resetu.

Za każdym razem czeka tam na mnie coś nowego

Wprawdzie fajniej było kąpać się w rzece, ale zagrodzili i ostał się jeno basenik. W dodatku padał deszcz i dużo tego kąpania nie było. 

Jest tam też teraz dziki kot, który zachowuje się jak pies i rzucił się na mnie, gdy niczego nieświadoma przeszłam obok jego miski.

Dzięki temu, że nie ma tam sieci, przez te dwa dni nie myślałam o remoncie. 

Jak zawsze, tak i tu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Remont stanowi doskonałe wytłumaczenie, dlaczego nie mogę w tej chwili „zabrać się z siebie”  i bez napinki przypatrywałam się z boku, co wyprawia jedna z moich ciotek. 

O tej diecie, czytałam w książce „Zakonnice odchodzą po cichu” jedna z byłych sióstr wspominała, jak w klasztorze była zmuszana do jej stosowania i ta dieta była traktowana jako narzędzie umartwiania. Im więcej się na niej było, tym lepiej. 

Z drugiej strony, ta sama instytucja, a tak zupełnie inne podejście do tematu:

W poniedziałek rano czekało mnie twarde lądowanie. Dziesiątki telefonów i kołacząca się z tyłu głowy myśl: przestań wypierać kozo/kominek, zanim położy się podłogę, trzeba przerobić dolot. Brr…