Ostatnio usłyszałam sporo komplementów, że jak na swój wiek świetnie wyglądam i takie tam … Dopiero waga powiedziała mi prawdę. To co mi miała do powiedzenia, zrobiło na mnie takie wrażenie, że na Szarotkach nie wzięłam ani jednego słodkiego kęsa. Odkryłam też co tak zajadam – brak czasu!
Nie mam nawet czasu czytać książek. Dojazdy z z Brwi, trwały na tyle długo że warto było wziąć do ręki książkę. Teraz jak jeżdżę od mamy, trudno mi się skupić w zatłoczonym autobusie. O tym, że w reaktywowanym w tym roku klubie czytelniczym ŻiH będzie rozmowa o Judaszu Amosa Oza wiedziałam kilka dni przed spotkaniem. Zdołałam wgrać go sobie na Kindla, przeczytać już nie.

Sądząc z dyskusji, warto przeczytać tę książkę. Chociaż wszyscy uczestnicy spotkania zgadzali się z tym, że Opowieści o miłości i zmroku do pięt nie dorasta.
Gdybym była na emeryturze miałabym więcej czasu na wszystko, na książki też. Ale jest to ruch w jedną stronę i jako taki budzi mój lęk. Na podstawowe wydatki starczy. ale na wymianę sprzętów już nie koniecznie. Taka sytuacja jak dzisiaj – laptop, który mam u mamy ledwo dyszy, jest na tyle stary, że chyba nie opłaca się go reperować. W kolejce czeka pralka … I tak po kolei ze wszystkim.
Na razie zaskarżyłam do sądu wyliczony mi przez ZUS kapitał początkowy. Z uwagi na wcześniejsze urlopy wychowawcze, do podstawy wyliczenia kapitału początkowego muszę mieć wliczone lata 93-94. Całkiem dobrze wtedy zarabiałam, mam nawet świadectwo pracy, tyle że ZUS go nie uznaje: nie ma dwóch pieczątek i nie jest tam podane, że pracowałam na pełny etat. Mam też kopie Pit-ów, ale urzędy skarbowe – to oczywiście przypadek – skrupulatnie zniszczyły archiwa czasu transformacji.

Gdzieś w archiwach ZUS pewnie jest dokumentacja mojego ubezpieczenia, ale ZUS nie ma żadnego interesu by ja odnaleźć. Świadomość, że miliony innych są w takiej samej sytuacji jak jak, nie pomaga. W tej potyczce jedyne co ewentualnie uda mi się wywalczyć, to uznanie faktu, że pracowałam, wtedy policzą mi wynagrodzenie minimalne i jeszcze będą uważali że zrobili mi łaskę. Tego państwa nawet jak się bardzo chce, nie można lubić.
A bez laptopa nie ma Netflixu. W tym tygodniu obejrzałam jeden całkiem miły film Blue Jay. Amerykańska prowincja. Po latach przyjeżdża do niego dawna mieszkanka i spotyka swojego chłopaka z tamtych lat. Spędzają dzień wspominając swoją młodość. Takie słodkie romansidło. Po obejrzeniu dwóch sezonów The Affair, obejrzałam i trzeci Dobry do robienia na drutach, bo nie trzeba się koncentrować. Chyba każdy serial po dwóch sezonach siada i kolejne sezony robione są trochę na siłę. Ten sezon reżyserowała Agnieszka Holland, ale ręki mistrza tu nie widać. czysta komercja.

dobry film
Party

Angielska komedia – czego chcieć więcej.
Pani domu została ministrem i urządza z tej okazji kolację dla najbliższych przyjaciół. Niby wszyscy się cieszą, ale … miodzio.
Square

Zbierałam się do tego filmu jak do jeża bo, nie wierzę w istnienie dobrych komedii, które trwają 2 godziny 22 minuty. I miałam rację. Gorzej, to nie tylko nie jest dobra komedia, to nie jest również dobry film. Chociaż kilka momentów ma świetnych.
Szwecja (chyba, w każdym razie Skandynawia). Dyrektor muzeum sztuki współczesnej, młody, przystojny, bogaty król życia przygotowuje kolejną ekspozycję. To jak się do tego zabiera, co o tym mówi, jakie rady daje mu agencja PR jest dla reżysera okazją by wyszydzić nie tylko sama sztukę, ale i cała „szczytność” jaka jest przy okazji do niej dopisywana. Nasz bohater, dyrektor muzeum, też jest do bólu poprawny politycznie, ale głównie dlatego że starannie omija sytuacje,, w których musiałby to sprawdzić w praktyce. Gdy zostaje do tego zmuszony, nie zdaje tego egzaminu. I ponieważ jest inteligentny, zdaje sobie z tego sprawę i dobrze się z tym nie czuje.
Ot i cały film. Gdyby był godzinę krótszy, byłby nawet niezły. A tak jest męczący. Czekając jak skończą się niektóre sceny przeglądałam komórkę.