Świat oszalał na punkcie akcji #metoo. Im dłużej ona trwa, tym bardziej poszerzany jest zasięg „niewłaściwych” zachowań – z jednej strony jest to bardzo wygodny sposób, przykrycia i zrelatywizowania tych naprawdę „złych”. Z drugiej, prowadzi do uprzedmiotowienia ofiar. Odmawia się kobietom zdolności do samodzielnego stawiania granic. Jeszcze krok i się okaże, ze skoro my jesteśmy takie słabe, a mężczyźni tacy zwierzęcy, jedynym rozwiązaniem jest ścisła segregacja.
W sumie to takie rozwiązanie się samo nasuwa – czekam kto pierwszy z nim wyjdzie.
W ramach przygotowań do świat, zamiast pójść na Szarotki, latałam na miotle. Ale ponieważ w przeciwieństwie do mojego wnuka, nie wierzę już w Mikołaja, sama sobie kupiłam kilka gadżetów:

Lampka nie tylko do robótek, ale i w podróżach będzie nieoceniona. Słuchawki bezprzewodowe pokochałam miłością wielką – kabelek przy sprzątaniu przeszkadza, a warto wtedy mieć głowę w audiobooku, jakoś mniej się ma wtedy poczucia totalnego marnowania czasu. Głośniczek Sony jest w tym wszystkim najmniej praktyczny – potrzebowałam głośników, ale tu akurat urzekł mnie design. Tyle że jak na razie się nie polubiliśmy – ma jakiś pokręcony interfejs, trudno się z nim dogadać, mam go od kilku dni i cały czas udaję mi się go włączyć po całej chaotycznej sekwencji prób i błędów.
A głośniczek do Netflixa niezbędny. Zwłaszcza gdy jest już drugi sezon Królowej.

Tego dnia było w Wwie kilka wieczorów autorskich – wybrałam ten bo był o 19 – w bonusie był Marcin Meller.

Tyle, że było na nim bardzo mało ludzi – zaczęło się ze sporym opóźnieniem, najwyraźniej liczyli, ze ktoś może jeszcze przyjdzie i po pół godzinie było po wszystkim. Szkoda, bo książka zapowiada się bardzo interesująco.
Wieczór autorski kolegi. Nie wypadało nie być. Ale też było nie tylko ciepło, ale i ciekawie.

W dyskusji zabrała głos młoda dziewczyna, którą rodzice „wypychają” na studia za granicę. A ona z jednej strony ma do nich bezgraniczne zaufanie – ojciec, dziennikarz w jednej z gazet gorszego sortu, mówi „uciekaj póki czas”, sama też ma oczy i widzi. Z drugiej strony, ma tu przyjaciół, chłopaka i boi się że te relacje nie wytrzymają próby czasu. Będzie trochę tu, trochę tam. Potem tylko tam. I chciałaby wiedzieć, czy nie będzie żałować. Mają chyba gorzej niż my – bo uciekają przed czymś co ma nadejść, ale nikt im nie potrafi powiedzieć kiedy to nadejdzie i jaki ostatecznie przybierze kształt.
A po spotkaniu, cynk z Fejsa, że Kasia.Eire zauważyła mnie na zdjęciu. Świat jest mały, na pierwszym planie kobieta z którą chodziłam przez rok do liceum.

Crazy castle – Film otwarcia Festiwalu Filmów Irańskich.

Grupa młodych ludzi (ale już nie nastolatków), która znała się dotąd jedynie w sieci spotyka się w realu. Jeden przed drugim się popisuje i zdarza się coś, czego nikt nie chciał, co scala ich grupę we wspólnym poczuciu, że uczestniczyli w czymś, co nigdy nie powinno się zdarzyć. Tyle, że za jakiś czas dowiadujemy się czegoś, co zmienia nasz sposób patrzenia. Jak już poukładamy klocki tej układanki, znów dowiadujemy się czegoś co wywraca nasz sposób patrzenia na to co się stało. I tak do ostatnich minut filmów. Powiedzieć, że film zaskakuje to mało.
To co trochę przeszkadza to na każdym kroku dająca po oczach „niskobudżetowość” Pomysł jaki miał reżyser na ten film zasługiwał na większe wsparcie finansowe.

Hamid Reza Ghorbani asystował Farhadiemu jaki drugi reżyser przy jego najlepszym filmie Co wiesz o Elly i przy Rozstaniu. Jego pierwszy film, Dom przy 41 uliczce jest w podobnym klimacie jak filmy Farhadiego – nie jest tak dobry jak te dwa, wyżej wymienione, ale od jego czwartego pokazywanego u nas filmu Klient, już tak.
W pierwszych minutach filmu w kłótni o pieniądze, jeden brat zabija drugiego. Bracia mieszkali ze swoimi rodzinami w domu swojej matki, każda rodzina na osobnym piętrze. Teraz te trzy samotne kobiety muszą ułożyć swoje relacje na nowo, ale jak się można domyślić, łatwo im to nie wychodzi.
Ciężkie, cudownie nie przegadane kino. Jaka szkoda, że tego typu filmu są teraz jedynie na festiwalach – a i to nie wiadomo jak długo jeszcze, bilety były po 12 złotych, a sala Luny była zapełniona mniej więcej w 10%.
Przy okazji można zobaczyć ciekawe jak działa w praktyce, bardzo odmienne od prawa europejskiego – i nie da się ukryć mocno preferującego ludzi majętnych – rozwiązanie, pozwalające poszkodowanemu decydować, czy chce dla zabójcy kary, czy dla siebie odszkodowania.